Mimo,  że nie jestem maniakiem takiej muzyki, to do Vidian miałem nosa już przy ich debiutanckiej demówce. Może nie wyrwała mnie z butów, ale była naprawdę dobrym materiałem. A potem było już coraz lepiej, więc z dużym zainteresowaniem – i przyjemnością – obserwowałem rozwój tej grupy z Bydgoszczy. Każdy materiał był coraz dojrzalszy, ale i coraz śmielej eksplorował różne okołometalowe muzyczne rejony. Więc i ja nabierałem coraz większej ochoty, żeby ich zwywiadować. Plan pojawił się po świetnym „Transgressing the Horizon”, ale jakoś tak zeszło… Dobrze, że panowie wypuścili niedawno „A Piece of the End”, bo i okazja się pojawiła. Zapraszam więc do wywiadu z Adamem, gitarzystą i współzałożycielem Vidian.

 

vidianOracle: Hej Adam! Może na początek pomińmy wszelkie konwenanse i grzecznościowe formy i przejdźmy od razu do rzeczy i pytań z grubej rury – czy sądzisz, że Vidian jest tą kapelą na polskiej scenie podziemnej, która przeszła największą zmianę, której dotknął największy progres? Bo słuchając Waszej pierwszej demówki i najnowszej Epki mam takie właśnie wrażenie…

Adam: Ciężko mi się do tego obiektywnie odnieść, jest z pewnością dużo ciekawych zespołów w naszym kraju, które nieustannie się rozwijają. Nasza muzyka zmieniła się bardzo wyraźnie, ale ciężko mi to umiejscowić w kontekście innych kapel.

O.: Może zacznijmy w takim razie od początku. Skąd pomysł na Vidian? Wasz zespół właściwie od początku nie grał typowego death metalu, a już na pewno nie brzmiał i nie brzmi jak typowy death metal z Polski. Nie obawialiście się, że ortodoksi z ekranami Necrovore powiedzą, że „Vidian to pozerstwo, chuj z takim death metalem!” i nie będziecie mieli zbyt łatwo na scenie?

A.: Pomysł na zespół powstał bardzo spontanicznie. Spotkałem kiedyś Macieja, naszego perkusistę, w knajpie i w czasie luźnej rozmowy wyszło, że podobnie myślimy o muzyce, mamy wspólne inspiracje i że kręcą nas te same rzeczy. Ja miałem wtedy przerwę w graniu, Maciej grał z kolei trochę lżejsze dźwięki. Słowo ciałem się stało, spotkaliśmy się pograć i reszta poszła już sama. Nigdy nie zakładaliśmy, że będziemy tworzyć w jakiejś ściśle określonej stylistyce, nie przywiązywaliśmy też specjalnie uwagi do tego, czy ktoś uzna to, co gramy za zbyt mało „prawdziwe”. Graliśmy to, co czuliśmy i tak pozostało do dziś. Obydwaj wychowaliśmy się na muzyce metalowej, do dziś jesteśmy fanami wielu starych kapel death metalowych ale nie czuliśmy się jakoś specjalnie przywiązani do takiego grania. Po prostu robiliśmy swoje, a to jak ktoś to postrzegał nie miało większego znaczenia. Liczy się to, żeby czerpać frajdę z grania.

O.: Przez długi okres sami sobie wydawaliście materiały – zarówno wspomniane demo, jak i dwie późniejsze pełnowymiarowe płyty. Świadomy wybór, czy proza życia zespołu, który nie gra muzyki łatwej do sklasyfikowania?

A.: I jedno i drugie, tak naprawdę. Z jednej strony wytwórnie raczej się o nas nie biły, z drugiej – najważniejsze było działanie, wyjście z naszą muzyką z sali prób. W przypadku „Transgressing the Horizon” nawet nie szukaliśmy wydawcy. Problemy personalne sprawiły, iż proces powstawania tego materiału przeciągał się bardzo długo, o wiele dłużej niż byśmy tego chcieli. Gdy wszystko w końcu wyszło na prostą byliśmy już tak zniecierpliwieni, że nie chcieliśmy tracić więcej czasu na szukanie wydawcy. Interesował nas powrót do grona aktywnych zespołów, granie koncertów a najszybszą drogą ku temu było wypuszczenie płyty. Inna sprawa, że w przypadku zespołów takich jak nasz dużą część działań promocyjnych można bez problemu ogarnąć samemu. Wiadomo, że jest o wiele łatwiej, jeśli wspiera Cię ktoś, kto ma odpowiednie kontakty i doświadczenie, ale nie znaczy to, że bez tego nie można sobie poradzić. Oczywiście, fajnie byłoby gdyby udało się wtedy nawiązać współpracę z wytwórnią, ale nie było to naszym priorytetem.

vidian1O.: No ale koniec końców trafiliście pod opiekuńcze odnóża Arachnophobia Records. Nie będę już chwalił Krzyśka po raz enty (zapewne Ty to zrobisz), zapytam jedynie – czy negocjacje co do wydania „A Piece of the End” przebiegały w równie morderczej atmosferze podejrzeń wśród sztabów prawników obydwu stron, jak to zazwyczaj w przypadku tej wytwórni, heh?

A.: Oczywiście, nasze kancelarie długo negocjowały warunki kontraktu. A tak na poważnie, to dogadaliśmy się bardzo szybko i sprawnie, wręcz ekspresowo. Krzysiek pochlebnie wyrażał się o „Transgressing the Horizon”, po jakimś czasie napisałem mu, że planujemy nagrać kilka nowych numerów, odpisał z zapytaniem czy ta konkretna data premiery nam odpowiada i w sumie tyle. Szczegóły dogadaliśmy raz-dwa.

O.: O ile wiem, „A Piece of the End” powstało po części jeszcze w trakcie sesji do poprzedniego albumu. Popraw mnie proszę, jeśli się mylę. Ale rozumiem, że to nie są żadne odrzuty z sesji?

A.: Te numery powstały już po nagraniu „Transgressing the Horizon”. Skupialiśmy się na promocji tego albumu, ale w międzyczasie spotykaliśmy się na sali prób i w pewnym momencie okazało się, że mamy nowe numery, które bardzo nam się podobają. Nie myśleliśmy jednak o nowej płycie, stwierdziliśmy że fajnie byłoby wypuścić je np. w postaci MCD. Absolutnie nie są to jednak żadne odrzuty z sesji.

O.: Jak określiłbyś tematykę tekstów w Vidian? Ewoluowały wraz z rozwojem zespołu? Osobiście zam tylko teksty do „Irrelevant Nonsense Machine Element”, gdzie dotykaliście raczej ludzkich ułomności, jak dążenie ku samozagładzie, zarówno całych społeczeństw jak i jednostek.

A.: To jak odebrałeś teksty to z pewnością jeden możliwy punkt widzenia, z mojej perspektywy są one na pewno bardzo osobiste, wręcz intymne. Przykładowo tytułowy numer z „Irrelevant Nonsense Machine Element” dotyczy śmierci mojego przyjaciela, który odszedł z tego świata zdecydowanie zbyt wcześnie. Podobnie wygląda to w przypadku następnej płyty czy epki, chociaż w tym ostatnim przypadku najwięcej do powiedzenia miałby Szymon, nasz wokalista, który na „A Piece of the End” jest autorem wszystkich tekstów. Zawsze zależało mi, żeby nasze liryki nie były zbyt bezpośrednie, żeby było pole do interpretacji i odebrania ich po swojemu.

O.: Uważasz, że muzyka zawarta na najnowszym wydawnictwie (ale i na wcześniejszych) jest trudna do przełknięcia dla przeciętnego polskiego… metalowca? Choć nie do końca wiem, czy to konkretnie twardogłowi metalowcy są Waszą grupą docelową, hehe… Przeczytałem sobie trochę tych recenzji i dochodzę do wniosku, że chyba nie wszyscy rozumieją o co Vidian chodzi…

vidian2A.: Każdy odbiera muzykę po swojemu, myślę, że nie ma jednej, obiektywnej wykładni jakie emocje ma w Tobie wywoływać. Nie wiem też kto jest naszą grupą docelową. Dla metalowców jesteśmy i byliśmy za mało metalowi. Dla wszelkiej maści alternatywy z kolei zbyt metalowi właśnie, a za mało alternatywni. Na szczęście jest też grono ludzi, którym podoba się co robimy i nas w tym wspierają. Jak już pisałem wcześniej – po prostu gramy swoje tak, jak czujemy i tak, jak nam to w sercach gra. Odbiór tych dźwięków pozostaje już indywidualną sprawą słuchacza. Jak się spodoba – super. Jak nie, to też włosów z głowy rwać sobie nie będziemy. Ważne, żeby kręciła nas nasza własna muzyka. Inaczej nie byłoby to szczere, a jeśli nie byłoby szczere – nie miałoby żadnego sensu. O krytykę nie ma sensu się obrażać, tak samo jak polemizować z recenzjami – czasami się z nimi zgadzam bardziej, czasami mniej, ale każdy przecież ma prawo mieć swoje zdanie. Jeśli wychodzisz z tym, co tworzysz do ludzi, to musisz się z tym liczyć. Nie ma nic bardziej żenującego, niż muzyk polemizujący z dziennikarzami i tłumaczący im jak mają odbierać jego twórczość.

O.: Też tak uważam, hehe… Na „Transgressing the Horizon” mieliście taki zajebisty motyw z trąbką a’la soundtrack do „Psów” Pasikowskiego, hehe. Cholernie żałuję, że nie zostało to u Was na stałe. To był taki jednorazowy wyskok?

A.: Na trąbce zagrał gościnnie Michał Michota i był to taki spontaniczny pomysł, dostał od nas nagranie i zaimprowizował. Wyszło super, mi także się to bardzo podoba. Czy wrócimy do tego typu zagrań w przyszłości? Z jednej strony nie chcielibyśmy powtarzać tych samych rozwiązań. Z drugiej – jestem wielkim fanem brzmienia instrumentów dętych więc mam nadzieję, iż takowe się jeszcze pojawią. Na razie jednak ciężko powiedzieć coś więcej.

O.: Do jednego z numerów, konkretnie do „V4: Breathe Out” powstało animowane wideo. Rozumiem, że jesteście zadowoleni z efektu? Pytam, bo szczerze mówiąc mnie z butów nie wyrwało, może nie zrozumiałem korelacji z muzyką i tekstami hehe…

A.: Czasami jest tak, że niektóre rzeczy nie wychodzą tak, jak się tego spodziewasz. Oscara to wideo może nie dostanie, ale myślę, że tragedii też nie ma. Ot, taki obrazek pod muzykę.

 

O.: Ale widzę, że działacie też nad nowym obrazkiem. Jakieś szczegóły? Sam widziałem tylko kilka fotek na Fejsie, z których wywnioskować mogę jedynie tyle, że pojawicie się w tym teledysku, hehe…

A.: Pojawimy się, jak najbardziej. Niedługo rozpoczną się prace nad montażem, ale więcej szczegółów na razie nie podam.

O.: Jest sobie grupa zespołów w Polsce powiedzmy – poszukujących. Nazwy takie jak Moanaa, Merkabah, Coffinfish i pewnie jeszcze sporo więcej, których po prostu nie znam. No i Vidian. Myślisz, że tworzycie coś na kształt forpoczty post metalowej sceny w naszym kraju?

A.: Wszystkie zespoły, które wymieniłeś lubię i cenię, nasz perkusista jest fanem Merkabah, dają niesamowite koncerty. Nie wiem jednak, czy poruszamy się po tych samych muzycznych terytoriach. Inna sprawa, że termin „post metal” bardziej niż jakaś spójna brzmieniowo scena to taki worek, do którego można wrzucić kapele niełatwe do zamknięcia w jednej szufladce. Tak czy siak wymienienie wśród tych zespołów uznaję za komplement, to prawda, że dużo ciekawego dzieje się na polskiej scenie i fajnie być tego częścią.

vidian3O.: Ostatnio jeden znajomy, gość już pod czterdziestkę, siedzący raczej tylko w oldskulu zapytał mnie „co to do chuja jest post metal?” Przyznam, że nie do końca wiedziałem jak mu odpowiedzieć, więc skwitowałem, że obecnie jak nie wiesz jak coś nazwać mówisz post metal i tyle. Jak Ty rozumiesz ten gatunek?

A.: Gdy słyszę słowo „post metal”, to pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to Neurosis, Isis czy Cult of Luna. Jak mówiłem jednak wcześniej, dziś jednak to słowo bardziej oznacza chyba bardzo pojemny worek, do którego wrzuca się wszystkie kapele niełatwe do skwalifikowania, które obracają się klimatach na styku metalu, hard core i alternatywy. Obecnie do nas przylgnęła taka etykieta, chociaż nie uważam żebyśmy byli typowym zespołem, jeśli chodzi o taki klimat. Koniec końców nie ważne jest to, jak Cię zakwalifikują, tylko sama muzyka. W tym stwierdzeniu, że jeśli nie wiesz jak coś nazwać, to mówisz że to post metal, jest z pewnością dużo racji.

O.: W wywiadzie dla „Gitarzysty” powiedziałeś, że szanujesz zespoły takie jak Emperor, które po nagraniu genialnej płyty zakończyły działalność. To samo tyczy się Vidian? Tylko skąd proszę ja Ciebie będziesz wiedział, że to jest właśnie TEN krążek?

A.: Emperor jest dla mnie generalnie bardzo ważną kapelą, nie tylko z tego powodu. Jako gówniarz usłyszałem „In the Nightside Eclipse” i katowałem kasetę do bólu. Podobało mi się, że gdy doszli do punktu zero, którego już nie potrafili przeskoczyć, zeszli ze sceny zamiast nagrywać kolejne wymuszone i nieszczere materiały. Wiele kapel dzisiaj jedzie na tym, że kiedyś nagrało wybitne albumy, a dziś są po prostu rzemieślnikami odgrywającymi swoje stare piosenki. Nie oceniam tego w żaden sposób, po prostu szanuję ludzi, dla których głównym motorem do działania jest sama muzyka i ciągły głód tworzenia. Wiem oczywiście, że Emperor wciąż okazjonalnie występuje na żywo, ale cieszę się, że nie silą się na wielkie powroty i nagrywanie płyt udając, że wciąż mają po 20 lat. A co do Vidian? Liczę że TA płyta wciąż przed nami, nie wiem w jaki sposób ją poznam ale wierzę, że stać nas jeszcze na dużo.

O.: W innym wywiadzie wspominałeś coś o jakimś projekcie, który nie ma wiele wspólnego z metalem. Coś przegapiłem, czy koniec końców jeszcze to nie wykiełkowało?

A.: Są pomysły i plany, nie ma czasu na ich realizację. Planuję za to niedługo przygotować w końcu coś nowego z Mahyas, grindowym projektem, w którym się udzielam. Razem z Tymonem (Butterfly Trajectory, Navia) pracujemy też – powoli, bo powoli – nad doomowym materiałem. Klasyczne podejście do tematu, bez sludge’owych czy post metalowych wpływów. Mam nadzieję, że oba te zespoły nagrają coś jeszcze w tym roku.

vidian4O.: A to brzmi interesująco… Gracie kilka sztuk wkrótce – między innymi na bydgoskim MuszlaFest. Sprawdzałem skład i co tu dożo mówić – wielce zróżnicowany. Przyznam, że jak na mój gust to chyba nawet za bardzo, bo rozpiętość od Ulicznego Opryszka, przez Dezertera po zespół na V. (i nie chodzi mi o Vidian), którego nazwy wymieniać nie powinienem, bo nie jestem jednym z dwóch dziennikarzy muzycznych w kraju, hehe… Ok, ale do rzeczy – rozumiem, że Wam taki stylistyczny rozstrzał nie przeszkadza? Myślisz, że fani wspomnianego Ulicznego Opryszka czy Astrid Lindren będą zainteresowani twórczością Vidian?

A.: Na MuszlaFest zagramy już trzeci raz i zawsze jest to dla nas wielka przyjemność. Ten festiwal odbywa się już od kilkunastu lat i przez ten czas bardzo ewoluował. Na początku był jednodniową imprezą, na której występowało kilku lokalnych artystów. Teraz to dwudniowy festiwal zorganizowany na najwyższym poziomie i prezentujący różne odmiany rockowo-metalowego grania. Oprócz wymienionych przez Ciebie kapel zagrają także Vader, Decapitated czy Alastor, więc myślę, że też się wpasujemy. Co do Ulicznego Opryszka czy Astrid Lindren – nie znam szczerze mówiąc ich twórczości, ale taki urok festiwali, że często zespoły które słyszysz po raz pierwszy trafiają w Twój gust. Może więc spodobamy się tym, którzy na co dzień takich dźwięków nie słuchają, kto wie?

O.: Ok, pytanie z gatunku dziwnych/głupich (niepotrzebne skreślić lub dopisać swój epitet). Gdybyś musiał porównać każdy z materiałów Vidian z osobna do znanych kobiet – jakby to mniej więcej w Twojej opinii wyglądało?

O matko… tu mnie zagiąłeś… Nigdy nie myślałem o naszej muzyce w taki sposób. W sumie mówi się, że kobieta zmienną bywa, a my nigdy dwóch takich samych materiałów nie nagraliśmy. Demo to był cios mocny jak Margaret Thatcher walcząca ze związkami zawodowymi. Pierwsza płyta była mechaniczna jak Sean Young w „Łowcy Androidów”. „Transgressing the Horizon” to mrok Marleny Dietrich a z kolei „A Piece of the End” to melancholia, więc niech będzie “Casablanca” i Ingrid Bergman. Może być?

O.: OKm wybornie! To pewnie byłoby na tyle. Klasycznie, proszę Cię o spis albumów, których słuchałeś odpowiadając na pytania, a nuż komuś wpadnie coś w ucho, skoro artysta słuchał… A poza tym – czekam na kolejne wydawnictwo Vidian. Hails!

A.: Nie mam ostatnio czasu na nowości, ale urzekła mnie płyta James’a Blake’a, a jego duet z Justinem Vernonem z Bon Iver to mistrzostwo świata. Oprócz tego? Bolt Thrower, Killing Joke, Thy Worshiper, Mgła i Matt Eliott, czyli raczej starsze rzeczy. A kolejne wydawnictwo niedługo trzeba będzie zacząć tworzyć. Dzięki za wywiad! Hails!