The Dead Goats: „Świat się zmienia, my też.”

Jakoś tak lubię The Dead Goats. W zasadzie to chłopaki stoją sobie trochę z boku polskiej sceny metalowej, nie wpychają się na siłę wszędzie gdzie się da, a na dodatek ostatnimi czasy mieli, że ujmę to dość łagodnie, trochę pecha i byli zmuszeni przystopować. Jednakże los się musi odmienić, jak to śpiewał Kazik i zespół wraca już na właściwe tory. Preludium tego była EPka „Baptized in the Grave”, która ukazała się jakiś czas temu dzięki Deformeathing Productions. Teraz zaś tylko siedzieć i czekać na pełnowymiarowy album. Zanim jednak to nastąpi, poczytajcie co do powiedzenia mieli Marcin i Radek, czyli trzon tej ekipy. 

Oracle: Hailz The Dead Goats! Na początek pytanie może z czapy, może nie. Nowy materiał zatytułowaliście „Baptized in the Grave”. Powszechnie chrzest czy chrzciny kojarzą się z początkiem. Czy biorąc pod uwagę zawirowania w zespole, jakie miały miejsce na przestrzeni ostatniego okresu należy brać tę EPkę jako nowy start?

Marcin: Cześć! Zupełnie nie. Paradoksalnie – jak się okazało – EPka jest końcem zabawy w dwuosobowy zespół. Nie, żeby nam było z tym źle (gramy już z Radkiem dobrych kilka lat razem, dogadujemy się chyba nienajgorzej), aczkolwiek brakowało nam trochę wyjazdów na koncerty, co owszem byłoby możliwe, przy czym nie brzmielibyśmy raczej tak, jak byśmy chcieli. Powiedzmy, że tym wydawnictwem żegnamy okres „przejściowy”, a więc ostatnie ponad 3 lata i zbieg kilku wydarzeń, które delikatnie rzecz biorąc trochę nas przystopowały. O ile jedna sprawa poszła dawno w zapomnienie (jedni wybaczyli bardziej, drudzy mniej, ale jebać to), druga ustabilizowała się na datę odpowiadania na te pytanie na tyle, że możemy zaktywizować nasze dalsze pomysły i spróbować wskrzesić trupa. Inna sprawa, że przy okazji nagrania numeru na składankę dedykowaną mojej Wiktorii odrobinę rozpędziliśmy się i zrobiły się 3 dodatkowe kawałki. Szkoda było je chować w szufladzie, stąd pomysł na 7”.

O.: Moim zdaniem dobrze, że zostaliście przy starej nazwie i starym dobrym napierdalaniu. Ale czy możecie wytłumaczyć, dlaczego w ogóle braliście pod uwagę jakiekolwiek zmiany w tym temacie? Poza odejściem jednego z członków założycieli nic się raczej nie zmieniło… No i skoro już przy tym jesteśmy – jaką nową nazwę braliście pod uwagę, zdradzicie tę tajemnicę?

M: Uczciwie przyznaję, że pomysł (nietrafiony!!) ze zmianą nazwy to moja inicjatywa, którą mądrzejsi ludzie skutecznie wybili mi z głowy. Wybiegałem po prostu daleko w przyszłość i chciałem uniknąć standardowych historii oraz porównań typu: „eee, w poprzednim składzie było lepiej / eee, we trójkę im się udawało, po co ich aż 5 / eee, nowy wokalista chujowy, stary był fajniejszy / eee” i tym podobne. Najprościej byłoby więc zamknąć rozdział The Dead Goats i rozpocząć nowy. Ale w sumie po co… Ciężko, jak na nas, pracowaliśmy, żeby znaleźć się w takim a nie innym punkcie. Szkoda byłoby to przekreślić i zabierać się za wszystko od nowa. Poza tym, 66,6% składu pozostało niezmienne. Muzycznie natomiast nie chcieliśmy w zasadzie nic zmieniać, aczkolwiek będzie inaczej (prościej, mniej „metalowo”?). Musiałem poznać się na nowo z 6-strunowym instrumentem, a tak dobrym gitarzystą jak nasz dotychczasowy raczej nie jestem i długo się nie stanę, co mi zupełnie nie przeszkadza.

O.: Rozstanie z gitarzystą było dla Was ponoć mocnym zaskoczeniem, podejrzewam, że wkurwienie to jedno z lżejszych określeń na całą sytuację z Waszej perspektywy. Minęło jednak już trochę czasu – jakie są Wasze przemyślenia odnośnie całej zaistniałej sytuacji?

M: Jebać to! (chyba się powtarzam). Mam inne sprawy na głowie.

Radek: Zaistniała sytuacja była mega chujowa. Wydaje mi się ze tak się nie robi i tyle, ale tak jak mówi Marcin jebać to, każdy ma swoje sprawy i swoje życie.

O.: Widziałem Was na żywca tylko raz, w Rzeszowie, i kurwa łeb mi urwało. Szkoda, że z uwagi na zawichrowania w zespole, jak i w Waszych prywatnych sprawach, ostatnimi czasy Wasza aktywność zamarła. Jednak niedawno ogłosiliście pierwsze koncerty, czyli rozumiem, że powoli rzeczy wracają do normy?

M. Okazją do przypomnienia sobie czy jeszcze potrafimy i czy nam się chce się pocić na scenie będzie marcowa impreza w Warszawie. Jeśli się nie pozabijamy, a całość wypali, raczej wrócimy do regularnego jeżdżenia (w miarę codziennych możliwości; nie było nas prawie 4 lata jeśli chodzi o aktywność koncertową, w międzyczasie naprawdę dużo się zmieniło, nie tylko w naszych życiach i głowach, ale też na polskiej scenie). Robimy pełną płytę, żeby nie odgrzewać staroci. Aaa, właśnie. Wraz z nowym otwarciem nie planujemy raczej wracać do rzeczy zamierzchłych. No, może jedno się nie zmieni – w dalszym ciągu szybciej nas spotkasz przy barze niż na zapleczu klubu.

O.: Pasuje, też tam częściej bywam. Na „Baptized in the Grave” znalazły się trzy utwory – dwa autorskie i jeden cover. Muszę Wam powiedzieć, że ten cover mnie kupił. Nie znałem wcześniej The Baboon Show, ale po tej przeróbce się zapoznałem i o ile nie wszystkie numery do mnie trafiają, to akurat rzeczony „You Got Problem Without Knowing It” to petarda. Dwa pytania – skąd ten wybór? Oraz – zdarzyło Ci się kiedyś zainteresować danym zespołem poznając najpierw cover?

M: Nie był to mój pomysł, aczkolwiek zakochałem się w tej kapeli od pierwszego odsłuchu. Przerabialiśmy już „klasyczne” numery, dlaczego więc nie spróbować zagrać czegoś innego, co nam samym sprawiło ogromną frajdę? Chyba o to w tym chodzi.

R: Wybór był bardzo prosty albo Baboon Show albo Baboon Show. Hellacopters zrobiło mega robotę z albumem „Head off”, to właśnie przez nich poznałem naprawdę masę konkretnych kapel, których covery znalazły się właśnie na wyżej wymienionej płycie.

O.: Słuchając sobie Waszej dyskografii przekrojowo da się zauważyć, że jako zespół skręcacie chyba ku coraz bardziej ekstremalnym kompozycjom, inkorporując coraz więcej crustu, punka. W porównaniu do nowszych dokonań numery z „Path of the Goat” są jakby bardziej melodyjne, produkcja też jakby nie aż tak chropowata… Podobnie to widzicie?

R: Wydaje mi się ze od początku powstania zespołu zawsze stawialiśmy na różnorodność i nie ograniczaliśmy się jedynie do tworzenia muzyki stricte death metalowej. Wywodzimy się z różnych środowisk muzycznych i nigdy nie chcieliśmy nałożyć sobie klapek na oczy, znaczy się sandałów. Ja widzę to tak na pewno nie przyspieszamy ale za to na pewno wrzucamy coraz więcej zamieszania gatunkowego.

O.: Kolejne wydawnictwo i kolejny wydawca. Jak to jest, nie możecie nigdzie zagrzać dłużej miejsca, czy po prostu nie chcecie nigdzie dłużej zagrzać miejsca? Z czego wynika ta ciągła zmiana labeli w przypadku The Dead Goats?

M: W zasadzie większość naszych wydawnictw ukazywała się na układzie: „Cześć. Nagraliśmy płytę / mCD / Ep. Nie chciałbyś tego wydać?”, ewentualnie, od drugiej strony: „Cześć. Nagraliście coś nowego? Nie chcielibyście, żebym to wydał?”. Wszystko odbywało się na partnerskich zasadach; my nie mieliśmy powodów do narzekań na którąkolwiek współpracę, mam nadzieję, że i osoby wkładające czas, energię i środki finansowe, żeby kolejne materiały pod szyldem The Dead Goats zyskiwały namacalną formę, były zadowolone. Więc nie jest tak, że nie chcieliśmy nigdzie zagrzać miejsca; działaliśmy bez ustalonego z góry planu, ale też spotykaliśmy na swojej drodze mnóstwo przychylnych nam osób. Chciałbym, aby w dalszym ciągu tak to funkcjonowało… A może kolejny materiał wydamy sami? Żeby podtrzymać tradycję zmiany?

O.: Były labele, pora na temat splitów. Skąd brały się pomysły tych konkretnych wydawnictw z Revel in Flesh, Icon of Evil, Demonbreed czy Calm the Fire? Kto to wszystko inicjował? Były przypadki, że planowaliście jakiś split, ale nie doszło to do skutku, bo drugiej stronie na przykład się odwidziało?

M: Inicjatorem wspólnej płyty z Icon Of Evil był Tukan z nieodżałowanego Dark Side of Punk Records, który planując wyjazd nasz i Wrocławian na kilka koncertów do Europy podsunął nam pomysł na takie wydawnictwo. Co nam bardzo odpowiadało. Historia z Calm The Fire jest dość podobna, tylko kolejność odwrotna – po wspólnej trasie, kilku dodatkowych koncertach polubiliśmy się do tego stopnia, że 12” split był wyłącznie ucementowaniem obustronnej relacji i sympatii (pech chciał, że w przypadku ekipy z 3M okazał się ich pożegnalnym…). 7” płyta z Demonbreed to idea Dennisa z Testmiony Records – po jednym numerze kapel zapisanych w jego nowo tworzącej się wytwórni pod cyferkami 1 i 2, a jednocześnie delikatne puszczenie oka do starych czasów, gdy funkcjonowało coś takiego jak „singiel” promujący przyszłą, nadchodzącą płytę. Inicjatorem natomiast wydawnictwa łączonego z Revel In Flesh był „nie wiem”, przy czym – znowu – mieliśmy nagrać 1 kawałek, zrobiliśmy 4; pozostałe wyszły jako demo „Ferox”.

O.: W zeszłym roku ukazała się kompilacja „The Dreadful Symphonies”, z którego cały dochód przekazany został na leczenie córki Marcina. Po pierwsze, mam nadzieję, że sprawy w tym przypadku idą ku lepszemu i mała ma się lepiej. Po drugie, zastanawia mnie, czy trudno było namówić tyle kapel na udział w takiej kompilacji – jak długo to trwało, zdarzyło się, że zwróciliście się do kogoś z pytaniem o udział i usłyszeliście, że jak za free to ich to nie interesuje?

M: Jest na tyle „stabilnie”, że mogliśmy trochę odetchnąć, aczkolwiek kontrolki musimy mieć zapalone jeszcze długo. Nie chciałbym opisywać całej historii, bo i tak mało komfortowo się czuję wiedząc, że część mojego prywatnego życia wyszła gdzieś dalej. Co do samej składanki – nie, nie było trudno. Co więcej, jakieś 8-10 numerów się na niej nie znalazło z prozaicznej przyczyny – pojemność jednej płyty CD jest zbyt mała, że upchnąć na niej więcej niż przepisowe niecałe 80 minut (o podwójnym wydawnictwie nawet nie myślałem, bo sama idea „składanki” z udziałem tak różnych zespołów, niezależnie od celu, jaki przyświecał wydawnictwu, przyprawia co po niektórych o dreszcze). Wszystko poszło naprawdę sprawnie –zaczęło się w zasadzie od luźnej rozmowy z Cyprianem z In Twilight’s Embrace, podczas imprezy ślubnej innego załoganta, czy przypadkiem nie mają jakiegoś niewykorzystanego kawałka (okazał się nim być „Pawns”). I tak od zespołu do zespołu do zespołu… część miała coś schowanego w szufladzie, część nagrywała specjalnie z myślą o tym zamieszaniu, część musiałem poganiać, część zaskakiwała mnie wiadomościami z gotowym nagraniem. Nikt mi nie odmówił. Za co jestem każdemu z osobna ogromnie wdzięczny i zobowiązany. Czy zadziałała magia pomagania innej osobie? Może też fakt, że dam się trochę lubić? Chciałbym wierzyć, że obie odpowiedzi są poprawne.

O.: Jesteście mocno zaangażowani w upolitycznioną scenę, przynajmniej takie odnoszę wrażenie – dość często występujecie na gigach o jasno określonym, lewicowym zabarwieniu, jak na przykład nadchodzący 161 Fest w Warszawie. Polska scena metalowa pod tym kątem jest totalnie dziwna, tutaj szybciej ktoś wystąpi na tak zwanym marszu niepodległości ramię w ramię z katolicką bojówką niż powie, że sytuacja w kraju nie jest optymistyczna. Nie macie z tym problemu jak widzę, ale czy macie czasem problemy w związku z tym?

M: Tajemnicą nie jest z jakiej wywodzimy się sceny więc nie widziałbym nas teraz „gdzieś pomiędzy” bądź całkowicie odseparowujących się od miejsc i ludzi, których znamy / lubimy / szanujemy. Natomiast czy nazwałbym nas zaangażowanymi w upolitycznioną scenę? Nie do końca. Wspieramy określone inicjatywy, występujemy w miejscach, w których niektórzy nie postawiliby nogi. Nazywano już nas „lewoskrętnymi amatorami falafla na cienkim cieście”, „gejami w obcisłych spodniach”. I dobrze nam z tym.

O.: A w związku z Waszymi poglądami i tak dalej, nie kusiło Was żeby inkorporować je do tekstów The Dead Goats? Nie myśleliście, że promowanie pewnych idei czy postaw dzięki muzyce przyniesie więcej efektów niż teksty o trupach, karłach w trumnach i tak dalej?

M: Żebyśmy się dobrze zrozumieli. The Dead Goats nigdy nie był kapelą polityczną, umoralniającą, głoszącą wyższe treści. Od początku hołdowaliśmy starej szkole death metalu z północy Europy, nie wyobrażam sobie też żebyśmy mieli śpiewać o czymś innym niż zwłokach, żabach, rzygach. Zespół ma być przede wszystkim dla nas samych źródłem dobrej zabawy. Najwyraźniej takie mamy poczucie humoru.

O.: Dość sporo inspiracji czerpiecie z filmów – tytuł ostatniej pełnowymiarowej płyty zaczerpnięty jest z „Dziecka Rosemary”, jedna z Waszych grafik nawiązuje do serii „Omen”, a to tylko te najbardziej rzucające się w oczy przykłady. Możecie powiedzieć o sobie, że jesteście kinomaniakami? Czasem spotyka się też kapele, które trochę pozują na maniaków danego kina, szczególnie horrorów, bo to oryginalne, a przynajmniej tak im się wydaje), a w rzeczywistości marnie u nich z jakimś poważniejszym zgłębieniem danej tematyki…

M: W ogóle nie oglądam filmów. Jeśli już to „Gliniarza z Beverly Hills”. Aczkolwiek widziałem w swoim życiu kilka mniej bądź bardziej ciekawych obrazów.

R: To bardzo miłe ze jedna z naszych okładek kojarzy Ci się z serią „Omen”, którą bardzo lubię ale jednak tamta grafika jest przeróbka plakatu filmu „El dia de la bestia” w reżyserii Alexa de la Iglesia. Jeśli ktoś nie zna filmów tego reżysera z całego serca polecam zapoznać się z jego kinem bo jest mega miazga. Myślę, ze mogę sam o sobie powiedzieć ze jestem kinomaniakiem. Uwielbiam gadać o filmach uwielbiam je oglądać, uwielbiam o nich czytać. Poza tym zbieram, kolekcjonuje itp itd.

O.: I piąteczka, Radku! The Dead Goats to zespół typowo podziemny. Tak przynajmniej jesteście odbierani. Czym jednak dla Was osobiście jest podziemie, mityczny underground?

R: Czy typowo to nie wiem bo nie wiem jakie są wymogi na to żeby zespół był typowo podziemny. Nie gramy na kilkutysięcznych koncertach i nie sprzedajemy milionów płyt wiec chyba jednak siedzimy w undergroundzie. Juz dawno przestałem się zastanawiać nad tym czym jest ten cały underground, kserowane ziny? Przegrywane taśmy? Zrobione własnoręcznie koszulki?

O.: To może – co według Ciebie specjalnego jest w szwedzkim death metalu, że od ponad trzech dekad, pomimo różnych mód jest to mimo wszystko cały czas olbrzymia inspiracja dla kolejnych pokoleń muzyków?

R: Wszyscy dobrze wiemy, że jednak nie chodzi tu o sam szwedzki death metal, ale o szwedzkie brzmienie gitar, a konkretniej o brzmienie gitary uzyskanej w Sunlight Studio.

O.: Obserwując scenę death metalową widzisz jakieś kapele, które godnie zastępują prekursorów? Na zasadzie – strasznie zżynają na przykład z Dismember czy Entombed ale jest to na tyle wspaniałe, że nie macie problemu i stawiacie ich dokonania na równi?

R: Najgorsze jest to, że tych co najbardziej zżynają nie da się słuchać a z racji tego, że zamiast zżynać z klasą, to robią ze swojej muzyki jakieś dziwne kwadraty i kółka. Z nowych starych kapel które bardzo cenie jest np Galvanizer który zapieprza konkretny death/ grind ale na szwedzkim brzmieniu. Koncertowo po prostu zniszczenie. Pamiętam też, że Winterwolf robi naprawdę konkretna robotę. Nie mam takich rozkmin, że stawiam czyjeś dokonania wyżej czy niżej, po prostu coś mi się podoba lub nie.

O.: Okej, skoro EPka jest już faktem – jakie dalsze plany The Dead Goats?

M: Nie będziemy się rozdrabniać i spróbujemy o sobie przypomnieć pełną płytą, która się robi, ale też której znaczną część planujemy zagrać na najbliższych koncertach. Skład się rozrósł, mamy gdzie grać, może ktoś nas gdzieś zaprosi na gościnne występy. Nie ma ciśnienia. Świat się zmienia, my też.

O.: Dzięki za wywiad, mam nadzieję, że do zobaczenia gdzieś przy barze i kielonku. Na koniec powiedzcie, jakich albumów słuchaliście odpowiadając na ten wywiad i puszczam wolno.

M: Czy będę źle odebrany, jeśli powiem, że przesłuchałem Green River Dry As A Bone”, następnie tylko stronę B 12” W-T-Z (nie chciało mi się wstawać z kanapy i przekładać winyla)? Dzięki!!

R: Niestety nie słuchałem żadnego bo w tle leciał Dominik Bos komentujący kolejny idiotyzmy z polskiego YT. Trzymajcie się cieplutko.

Autor

11962 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *