Gdy pierwszy raz odsłuchałem Sons Of Crom pomyślałem „cholera, ale zrzynka z Bathory”. Gdy drugi raz odsłuchałem Sons of Crom pomyślałem „Zrzynka z Bathory ale fajna”. Gdy trzeci raz odsłuchałem Sons Of Crom wiedziałem, że chcę odpytać chłopaków. Jest ich dwóch, jeden bardzo gadatliwy, drugi mniej. Ale myślę, że wywiad wyszedł w porządeczku, coś się z niego można dowiedzieć, a chwilami panowie nawet byli zabawni. Do tego powiem Wam, że operują naprawdę zaawansowanym językiem angielskim – stąd też z tłumaczeniem chwilkę mi zeszło. No to łapcie rogi pełne pitnego miodu i zatraćcie się w lekturze. 

 

Oracle: Witam! Dokładnie dziś, kiedy zacząłem pisać pytania dla tego wywiadu Wy świętujecie pierwszą rocznicę powstania Sons Of Crom. Jak się z tym czujesz, jesteś dumny z tego okresu w swoim życiu?

socJanne: Hails! Absolutnie, jesteśmy bardzo dumni z tego, co osiągnęliśmy! W jeden rok stworzyliśmy zespół od podstaw, wydaliśmy singiel i pełnowymiarowy krążek, napisaliśmy materiał na kolejny album i zaczęliśmy jego nagrywanie. Powiedziałbym, że to jest zajebiście efektywne podejście. Zwłaszcza, że nie mieliśmy żadnych oczekiwań bo pierwsza idea The Sons of Crom nie była wówczas jeszcze narodzona, ale odkąd stworzyliśmy ten zespół, jego muzykę i świat, nie możemy bez tego żyć. To chyba była jakaś konieczność, jak widać mieliśmy tę muzykę gdzieś głęboko wewątrz nas, teraz doszło po prostu do erupcji.

O.: Ale jako, że Sons Of Crom to wciąż zespół dość nieznany, opowiedzcie może jak to wszystko się potoczyło? Kiedy poczuliście, że chcecie grać i śpiewać o wspaniałych i pełnych chwały dniach ery Wikingów?

Iiro: Janne już w zasadzie na to odpowiedział [to po co był taki wyrywny? – przyp. Oracle]. Znamy się w zasadzie od zawsze, od zawsze podzielamy entuzjazm dla muzyki metalowej, no i oczywiście od bardzo dawna wspólnie komponujemy i gramy. Ale tak naprawdę to nigdy nie zrobiliśmy czegoś takiego jak Sons of Crom. Tak, graliśmy black, death, thrash metal, ale nie miksowaliśmy tego ze sobą, nie dodawaliśmy do tego folk, heavy ani doom metalu. Myślę, że po prostu wspólnie doszliśmy do wniosku, iż bariery w muzyce nie mają sensu. W styczniu 2014 roku poczuliśmy, jak to ująłeś, że chcemy grać i śpiewać o dniach chwały wikingów i pogan. Wszystko zaczęło się od utworu „Victory”. Wszystko po prostu zaskoczyło i znalazło swoje miejsce – zarówno pisanie, aranżowanie jak i nagrywanie. Mnóstwo wspaniałych wspomnień wiąże się z tą sesją. Znaleźliśmy zagubiony element układanki. Prawda się nam objawiła. Czaisz o co mi chodzi?

O.: Się wie. Ale jeden z Was jest ze Szwecji, a drugi z Finlandii, jak więc w tym przypadku rzeczy się mają? Jak często gracie próby, czy w ogóle widujecie się twarzą w twarz? No i czy Sons of Crom to zespół szwedzki czy fiński?

J.: Obydwaj jesteśmy Finami, ja po prostu mieszkam w Szwecji i mam podwójne obywatelstwo [aaa… – przyp. Oracle]. Nie ma dla nas znaczenia, czy jesteśmy szufladkowani jako szwedzki czy fiński zespół – Crom oświecił nas w ten sam sposób. Logistyka to faktycznie trudna rzecz, nie mamy możliwości wpaść do siebie nawzajem i pojammować, musimy więc używac innych metod. Sporo materiału piszemy osobno, robimy z tego wersje demo i wysyłamy sobie netem. Potem sobie o tym dyskutujemy, sugerujemy zmiany, wariacje, aranże, kontynuacje, liryki i tak dalej. A potem kiedy naprawdę mamy szansę się spotkać wtedy właśnie robimy najwięcej, pracujemy najbardziej efektywnie, w zależności jaki jest cel naszej sesji – napisać piosenkę, zaaranżować ją czy nagrać.

O.: A co inspiruje Was najbardziej? Mam na myśli, czy najpierw była muzyka Bathory (bo moim zdaniem to jest Wasza główna inspiracja), czy może duch przodków i duma z pochodzenia były pierwsze, a muzyka przyszła potem?

J.: Coż, zawsze byłem świadomy swojej bliskości z naturą. Nie jestem jakoś przesadnie uduchowioną osobą ale potrafię wskazać na powiązania między mną a moimi przodkami jeśli chodzi o wyznawane wartości czy szacunek dla matki ziemi. W jakiś więc sposób to muzyka przyszła później, jakby druga warstwa – kolejny sposób na skanalizowanie moich uczuć i myśli.

Sons of Crom Riddle of SteelO.: Ok, rok 2014 był dla Was bardzo pracowity – wydaliście debiut, Epkę i singiel. Czy cały tem materiał napisaliście i nagraliście już po założeniu Sons of Crom czy może były jakieś wcześniejsze pomysły, zanim sformowaliście zespół?

J.: Nie, nic wcześniej nie istniało, dopóki nie popełniliśmy „Victory” w styczniu 2014 roku. To ten utwór narodził Sons of Crom. I kula się potoczyła. Ten materiał po prostu wypłynął z nas bardzo szybko. Skończyliśmy cały album i nie przestaliśmy komponować, dopóki piosenki same z nas wypływały – a drugi album był już napisany zanim skończył się ten rok. Co więcej, mamy już materiał na trzeci krążek! Nic nie zatrzyma Croma!

O.: I bardzo dobrze! Jak już powiedziałem, inspirację Bathory z okresu wikińskiego są bardzo wyraźne i oczywiste. To nie jest dla mnie problem, bo lubię Waszą muzykę, ale miałem problem z wokalem – wiesz, fałszowanie można wybaczyć Quorthonowi, ale nie jego spadkobiercom (czy może powienem rzec – kopistom, heh?). Czy więc rzeczywiście fałszujesz, czy może śpiewasz tak, bo Quorthon tak śpiewał?

J.: Ujmę to tak: podczas nagrań, gdy ma miejsce odpowiednia atmosfera, , specjalne uczucia a utwory po prostu z Ciebie wypływają nie zwracasz uwagę, czy wychodzisz nieco poza linię czy nie. Możesz starać się na lepszą kontrolę pewnych fragmentów, ale jeśli nie mają one tego „czegość” to nic im nie pomoże. Po jakiego chuja mamy wtedy się przykładać? W muzyce są ważniejsze rzeczy, niż śpiewanie w perfekcyjnej tonacji. Muzyka to ekspresja, to skanalizowanie wewnętrznych odczuć i to zawsze powinien być najważniejszy czynnik! Żebyś złapał przekaz emocjonalny a także ducha tekstów czy całą ich historię w możliwie najbardziej szczery sposób. Ja sam śpiewam na przykład w pół profesjonalnym chórze, z którym wykonujemy ekstremalnie złożoną i wymagającą muzykę. Tu wymagana jest zarówno wokalna technika, ale i interpretacja. A to już całkiem inna para kaloszy. Każdy dźwięk musi być nieskazitelnie zaintonowany, ażeby kompozycyjna mozaika się nie popruła. Muzyczna ekspresja jest tu natomiast o wiele bardziej wypolerowana niż w Sons of Crom. Do chuja, przecież gramy heavy metal! I ani mi się waż sugerować nam jakichś poprawek, jak auto- tuning, bo to jest największe gówno jakie kiedykolwiek wymyślono! Tak wiele piosenek i albumów zostało spierdolonych przez użycie Melodyne czy innego gówna do poprawiania wokali poprzez zrobienie ich wypranymi z emocji i sterylnymi – a ja słyszałem takie rzeczy nawet w pieprzonym viking metalu! Nie, nie powiem co to za zespół, ale uwierz mi – bardzo znany…

O.: Zarowno „Conqueror” jak „Riddles of Steel” zostały wydane przez Debemur Morti Productions. Lubię i szanuję ten label, bo z jednej strony są oddani prawdziwemu black metalowi, a z drugiej nie boją się eksperymentować, sięgać po zespoły spoza tego gatunku… Myślisz, że Sons of Crom był dla nich właśnie takim eksperymentem?

soc1I.: Absolutnie, tak jest. Co więcej mogę powiedzieć? Jestem nieopisanie dumny, że współpracujemy z Debemur Morti Productions.

O.: Ej, Janne tak ładnie opowiada, a Ty co? OK, widziałem Wasze koszulki z napisem „A New Age of Might – A Life Without Life”, ale nie zawuażyłem, czy jest to jakaś linikja z Waszych tekstów… Jak mamy rozumieć te słowa?

I.: Może rzuć okiem jeszcze raz? Bo to jest faktycznie część naszego tekstu, hehe! Pochodzi z utworu „Call of the Black Mountain”. Numer opowiada o potężnych hordach Zła i ciemności, które przejmują wszystko gdzie się pojawią. I o to właśnie chodzi.

O.: Cóż, nie widzę powiązania. Widziałem za to video „Got Wood”, hehe – czy to Wasza ulubiona aktywność podczas nagrań? Rąbanie drewna jest zdecydowanie wikińskim hobby, a macie może jeszcze inne?

J.: Hahaha, ten nasz fantastyczny wkład w kino światowe pojawił się, gdy postanowiliśmy przenieść się z pisaniem utworów do naszej chatki w górach. Konkretnie w północno-wschodniej Finlandii, w Kuusamo. Głównie chodziło o to, by wyeliminować rozpraszający typ normalnego życia, dodać coś na czym mogliśmy się skupić, ukryć się w nieziemskim łonie lasów, jezior i gór dla lepszej inspiracji. Aby znaleźć centrum naszych zainteresowań musieliśmy też odwiedzić serce każdego fińskiego domu – saunę. W tym miejscu padają tylko mądre słowa, a przy wspomaganiu zimnych napojów do głowy przychodzą tylko dobre pomysły. No a żeby osiągnąć temperaturę bliską stu stopniom Celsjusza potrzebujesz coś spalić. Niestety, nie znaleźliśmy żadnego chrześcijańskiego fundamentalisty zagubionego w lesie, a że nasze dusze wymagały ofiary, spaliliśmy zwykłe drewno. A poza totalnym kretyństwem i naszym zidioceniem, które widać na tym wideo, rąbanie drewna to rzecz prawdziwie oczyszczająca umysł. Za każdym razem, gdy mogę coś porąbać i jeszcze mieć z tego benefity, jestem szczęśliwym człowiekiem.

O.: Nie wątpię, hehe… OK, viking metal jest bardzo popularny, niektóre zespoły robią to lepiej, inne trochę gorzej. Myślę, że jesteście w pierwszej grupie, hehe… A możesz wymienić jakieś zespoły, które Twoim zdaniem nie mają nic wspólnego z duchem viking metalu i grają go tylko by zarabiać na nim pieniądze?

soc2I.: Raczej nie, bo kimże ja jestem, bym mógł określać, kto robi to dla kasy, a kto dla ducha? Myślę, że viking metal jest dziś bardzo popularnym gatunkiem z uwagi na to, iż łatwo się do niego zbliżyć.

O.: A to nie jest dla Was problem, że kapel grających w podobnym stylu są setki? I proszę, nie mów mi, że macie swój własny styl, bo go nie macie, co oczywiście nie jest dla mnie żadnym problemem, hehe…

J.: Koleś, czy Ty chcesz wszcząć bójkę? Ustawiam się z Tobą na zapasy, gdy będę następnym razem w Polsce! [To ja już dzwonię po Sekcję Sportową Loży! – przyp. Oracle] Haha! A tak serio, to absolutnie się tym nie przejmujemy, że brzmimy tak a nie inaczej! Nie obchodzi nas, czy zespołów podobnych do nas są miliony, tysiące czy może tylko jeden. Mamy swoją wizję i komponujemy swoją muzykę w sposób, jaki nas przybliża do osiągnięcia naszego zamierzenia. Jakikolwiek dźwięk powinien według nas zostać użyty – na pewno zostanie użyty, bez względu na to, czy ktoś już go użył, czy jeszcze nie. Niemniej jednak, w odniesieniu do Twojej uwagi na temat naszego brzmienia – nie mogę się z Tobą zgodzić. Naprawdę mamy swój własny styl. Na pewno możesz usłyszeć nasze inspiracje, bo nosimy je dumnie na naszych rękawach, ale składamy je do kupy w dość unikalny sposób i zawsze dodajemy coś od siebie – i voílà! – masz brzmienie Sons of Crom! Innymi słowy – wzywam Cię do wskazania innego zespołu, który ma w sobie pierwiastki wszystkich gatunków metalu ( heavy, doom, thrash, black, progressive, folk etc) jak i klasycznego rocka czy muzyki skandynawskiej lub słowiańskiej, muzyki filmowej czy symfonicznej. Nasza muzyka odzwierciedla nasze gusta – wszystko od Uriah Heep, przez Mayhem, Pink Floyd, Nicka Drake’a, Rachmaninoffa do Chicka Corea. I to dobra rzecz, taka różnorodność pomaga nam tworzyć rzeczy lepsze. Jak długo tylko ten strumień będzie płynął tak długo rzeka naszych emocji będzie nabierała na sile.

O.: Nie dziwnym jest, kiedy za liryki dotyczące Wikingów, Skandynawii, Mórz, mitologii biorą się zespoły z Północnej Europy. Ale przyznam, że śmieszy mnie trochę gdy robią to zespoły z takiej Południowej Ameryki czy Azji… Co o tym myślisz?

I.: Cóż, nie sądzę by muzyka dyskryminowała. Jeśli masz serce pełne pasji, by tworzyć taką muzykę, powinieneś to robić. Niektóre zespoły z Zachodu tworzą muzykę inspirowaną orientem, a nie mówi się, iż są nieprawdziwe w tym co robią. No ale to tylko moja opinia i nie za bardzo może być poważnym argumentem, hehe…

O.: Ok, a zawsze mnie ciekawi, czy członkowie danych zespołów rzeczywiście wierzą w to, o czym mają teksty? Czyli na przykład czy Wy rzeczywiście wierzycie w Nordyckich Bogów i tak dalej? Jak sami siebie określacie? Jako poganie?

J.: Tak, wierzymy w Æsir, na swój sposób. Oni są w każdym z nas, dookoła nas. Ale Nordyccy bogowie nie są dla mnie jedynymi. Każde bóstwo, duch czy archetyp ze wszystkich religii mają swoje korzenie w wysysaniu życia ze szlachetnej gleby, jaką jest ludzki umysł. A przecież każdy fakt ma swoje odbicie w siłach natury. Oczywiście poglądy czy tradycje naszych przodków bardziej nam pasują niż na przykład elementy orientalne. Jednak negowanie mądrości, które przetrwały przez tysiąclecia tylko z powodu innego położenia geograficznego to idiotyzm. Owszem, możesz nazywać nas poganami. Sam zazwyczaj określam siebie jako niedualistycznego panteistę, mistyka i egzystencjonalistę oraz jeszcze inaczej. Sprzeczności powstają – tak jak powinny, na takiej samej zasadzie jak to, że chaos jest podstawą stworzenia. Naszym celem jest poskładanie tych elementów w sposób jaki nam się podoba.

soc3O.: Wydaje mi się, że przestajesz być poważny. OK, jest Was tylko dwóch, więc rozumiem, że Sons of Crom to tylko zespół studyjny? Czy planujecie może jakieś koncerty?

J.: Są plany, by słowo Croma docierało do ludzi również z wysokości sceny co będzie oczywiście wymagało kilku ekstra muzyków. Jeśli Crom pozwoli, mamy nadzieję zadebiutować na scenie jeszcze w tym roku. Jednak jako, że zarówno ja jak i Iaro jesteśmy zajęci z tysiącem różnych spraw, po prostu poczekamy i zobaczymy co z tego wyjdzie. Same gigi będą jak nasza muzyka – uczciwe, dzielne, potężne i epickie.

O.: W 2014 ukazały się trzy wydawnictwa Sons of Crom. Ilu wydawnictw możemy więc się spodziewać w 2015 roku?

J.: Jak na razie jedynym zaplanowanym wydawnictwem jest nasz nadchodzący drugi krążek. Myślę, że to i tak sporo, zwłaszcza, że „Riddle of Steel” to wciąż świeży album. Poza tym, cóż… mamy zawsze jakiś tam plan na następny krok. Ale jeszcze nie czas na ujawnianie naszych wszystkich posunięć.

O.: OK, na dziś to już wszystko! Dzięki za zajebiste odpowiedzi. Na koniec powiedz proszę – jeśli w czasach wikingów istniał by metal, przy jakim akompaniamencie prowadzili by swoje podboje?

I.: To może jest dość prosta odpowiedź, ale muszę to stwierdzić: zapewne odbywałoby się to przy soundtracku do „Conana Barbarzyńcy” albo „Conana Niszczyciela”. Ta muzyka wręcz ocieka maskulinizmem i wojenną epickością!