Samothrace: „…zdajemy sobie sprawę z tego, iż krążek wymaga od co poniektórych kilku przesłuchań…”

Samothrace to młoda kapela, która wydała tyle co swój debiutancki album. A że „Life’s Trade” to krążek na tyle dobry, że regularnie do niego wracam, postanowiłem przeprowadzić wywiad z kimś z kapeli, a indagowaną przeze mnie osobą był Brian Spinks – gitarzystą i wokalistą tej kapeli rodem z Kansas. Panowie grają doom i grają go dobrze, więc miejsce na łamach ChaosVault.com należało się im jak psu zupa, hehe…

Oracle: Na początku, przepraszam za tak typowe i oklepane pytanie, ale jako, że nie jesteście jeszcze równie popularni co Metallica, tak więc czy mógłbyś po krótce opowiedzieć o historii Samotrace, Waszej nazwie (słyszałem, że ma coś wspólnego z jakąś wyspą) i tym podobnych podstawach?

Brian Spinks: Zebraliśmy się do kupy, jako nasza pierwsza inkarnacja w Lawrence, Kansas, początkiem 2006 roku. Naszym założeniem było grać ciężką muzykę na ciężkie czasy, taką jaką sami chcielibyśmy słuchać. Jest wiele stoner/doomowych zespołów, które słuchamy i szanujemy, ale jak tylko zaczęliśmy grać, wiedzieliśmy, iż chcemy to robić na swój sposób. Samotrace to wyspa poza Grecją, nazwę taką wybraliśmy z powodu jej religijnego znaczenia oraz miejsca, jakie zajmowała pośród mitów. Podobno Homer spisał historię Posejdona, Boga Morza, siedząc na najwyższym szczycie tej wyspy. Również i sama religia mieszkańców tej wyspy była bardzo tajemnicza, jak i bogowie, których czcili. Bardzo podoba się nam też starożytna idea upadłych bogów.

O.: No to początki mamy już za sobą. Ale i tak się zastanawiam co spowodowało, iż tak młodzi ludzie jak Wy, będący na pewno wulkanem energii, zaczęli interesować się i w końcu grać taką wolną, spokojną, czasami wręcz piękną muzykę?

B.S.: Wiek to tylko numer, ja na przykład skończyłem nie dawno 29 lat, więc nie za bardzo mam pojęcie o tym, jak to jest być młodym. To była naturalna kolej rzeczy, iż zaczęliśmy się zwracać ku niższym strojeniom i cięższym riffom. Sami zaangażowani byliśmy w scenę metalową i punkową DIY/Underground od wielu lat. Wówczas z jednej strony była masa kapel, które grały bardzo szybko, były bardzo innowacyjnymi hard core’owymi czy metalowymi kapelami, ale z drugiej strony było też sporo zespołów, które skupiały się na riffach. Zespoły w stylu HisHeroIsGone, Acme, Corrupted, Dystonia – one wszystkie wpłynęły na nas w jakimś dużym stopniu, przeszły też próbę czasu. Stąd wywiedliśmy naszą ideę, jak wyjść poza pudełko normalności. Nasza muzyka jest tak w zasadzie refleksją nad tym, jak samo dojrzewaliśmy jako muzycy i jak nasze gusta dotyczące tego, jak grać, ewoluowały…

O.: …aż w końcu ukazał się Wasz debiut. Jak się z tym czujecie? Zauważyliście jakąś zmianę po wydaniu krążka? Ludzie, moim zdaniem, zazwyczaj całkiem inaczej traktują te zespoły, które mają debiut za sobą, w porównaniu do tych, które nie mają jeszcze oficjalnego albumu…

B.S.: Spotkaliśmy się ze świetnym przyjęciem prasy dla „Life’s Trade”. Jesteśmy szczerze tym zaszczyceni. Na pewno traktuje się nas teraz inaczej, ale to oczywista konsekwencja. No i Dave z 20 Buck Spin pracował bardzo wiele, by jego wytwórnia była zauważalna.

O.: Na „Life’s Trade” mamy cztery utwory, które trwają łącznie ponad 45 minut. Arytmetyka jest nieubłagana, średnio ponad dziesięć minut na kawałek. Czy trudnym jest pianie tak długich utworów, by nie nudziły one zarówno słuchaczy jak i Was samych?

B.S.: Właściwie nie. To znaczy, te piosenki po prostu przeobraziły się w dziesięciominutowe kompozycje. Jakkolwiek w doom metalu czy stonerze jest jakiś taki przykaz, by utwory były raczej dłuższe, nigdy się tym nie przejmowaliśmy. Kończyliśmy dany utwór, kiedy czuliśmy już, iż dana piosenka jest kompletna i możemy się nią podzielić z innymi.

O.: A jak wiele miejsca w procesie twórczym zajmuje wspólne jammowanie i improwizowanie? Znalazłem gdzieś taki opis, tego co robicie – metalowi Alman Brothers. Przy okazji – denerwuje Was, gdy jesteście porównywani do innych, starszych kapel? Niektórzy szczerze tego nie cierpią…

B.S.: Pozwoliliśmy sobie na dozę improwizacji w studio, ale przechodziły one systematycznie w ostateczne wersje riffów czy solówek, które możesz usłyszeć później jako całe utwory. Wzięliśmy też trochę naszych studyjnych improwizacji i dodali do setu koncertowego. Czyste intro w „Awkward Hearts” zostało na przykład napisane przez Renatę i mnie w noc przed tym, jak zostały nagrane ścieżki gitar. Myślę, że wyszło świetnie, ale było tam trochę improwizacji, które później musieliśmy przerobić na potrzeby koncertów.

O.: Fajnie, szkoda tylko, że nie odpowiedziałeś na drugą część pytania. Ale skoro zahaczyliśmy temat Renaty – po nagraniu „Life’s Trade” opuściła ona zespół, prawda? Była jakaś konkretna przyczyna tego? Macie już jej zastępstwo?

B.S.: Ona zawsze będzie naszą drogą przyjaciółką a jej wkład w Samothrace jest niezaprzeczalny. Musiała niestety dokonać pewnych zmian i wyborów, by lepiej dopasować sobie życie do swoich potrzeb i my to całkowicie uszanowaliśmy, w 100%. To wszystko. Nie wydaje mi się, że kiedykolwiek musieliśmy zastapić naszych przeszłych członków, po prostu rozwijamy się z nimi. Teraz gra z nami mój kolega z innej kapeli (Oroku) i nasz oddany przyjaciel – Daniel Nokes.

O.: Ok. Jeszcze co do albumu – muszę Ci przyznać, że oceniłem Wasz album na cztery punkty, ale teraz im dłużej go słucham, z pewnością oceniłbym go wyżej. Czy Twoim zdaniem świadczy to o moim lenistwie, czy raczej o tym, iż album ten wymaga więcej niż dwudziestu przesłuchań (jak w moim przypadku), by poczuć jego ducha?

B.S.: Lenistwo? Niee, zdajemy sobie sprawę z tego, iż krążek wymaga od co poniektórych kilku przesłuchań, by dotrzeć do jego wnętrza. To był zresztą nasz cel. Nie chcieliśmy zrobić kolejnego z tych albumów, którego nie moglibyśmy potem odtworzyć na żywo. Nie uciekamy się do stosowania wówczas jakichś sampli czy efektów. Myślę, że słuchanie krążka w domu powinno w jakiś sposób wynagrodzić brak pewnych rzeczy podczas koncertów.

O.: Aha. A jak rozumieć tytuł płyty? Teksty są raczej oszczędne, przypuszczam więc, że chcieliście dać słuchaczowi wolną rękę w interpretacji?

B.S.: „Life’s Trade” to termin, którym chciałem oznaczyć towar, jakim jest ludzkie życie. Bez zbytniego wgłębiania się w szczegóły [gdzie, jak nie w wywiadzie mielibyśmy się wgłębiać w szczegóły? – przyp. Oracle]: wielu jest ludzi, którzy walczą o to, by wieść zdrowe i wolne życie. Są oni opresjonowani na wszystkich płaszczyznach życiowych. Nawet ich oddech jest własnością tej garstki, która trzyma władzę [brzmi znajomo, nieprawdaż? Hehe – przyp. Oracle]. Handel życiem to właśnie to, czym dla nich wszyscy jesteśmy.

O.: To mniej więcej już wiemy, o co loto. Podoba mi się Wasza okładka, ale cały czas zastanawiam się, co to do cholery jest, hehe? Zresztą Wasz t-shirt jest wykonany w podobnym stylu…

B.S.: Front cover przedstawia wyobrażenie David D’Andrea, autora, pomnika Skrzydlatej Bogini Zwycięstwa. Pomnik ten został odkryty na wyspie Samothrace, ale zaginęła jego głowa i oba ramiona. Obrazek na albumie rozkłada się na obie strony książeczki i musi zostać odwrócony do pionu, byś mógł zobaczyć go w całości. Obrazek z koszulki autorstwa Tom Denney’a przedstawia to samo.

O.: „Life’s Trade” zostało wydane również na winylu. Jesteście maniakami winyli? A może stwierdziliście, że wydanie albumu na winylu sprawi, że Wasza kapela będzie bardziej elitarna, urośnie w oczach fanów, jeśli wiesz o co mi chodzi… W Polsce taka sytuacja jest mniej czy bardziej częsta…

B.S.: Wszyscy kolekcjonujemy winyle, ale żaden z nas nie ma obsesji na ich punkcie… już. Winyle były utrzymywane przy życiu przed underground oraz kluby muzyczne (Dj’ów i MC’ich [kurwa, jak to się odmienia??? – przyp. Oracle]. Może niektóre zespoły znajdują jakiegoś rodzaju elitaryzm w byciu wydawanym na winylu, ale nas to nie dotyczy. Dobrze wyglądają. Taa, winyle dobrze wyglądają i są świetną formą do przyjemnego słuchania dla audiofilów. Winyle są bardzo estetyczne: duże płyty, czarne bądź kolorowe, z ładnymi okładkami. Oczywiście, w jakiś sposób, prowadzi to do elitaryzmu, jego innego poziomu. Tak się nagadałem i wyszło na to, że było to gówno warte, hahahaha.

O.: Hehe, nie – czemu? Hehe, ok… Ostatnimi czasy byliście dość długo w trasie, co mógłbyś o tym powiedzieć? Widziałem trochę fotek i muszę powiedzieć, że była to zapewne całkiem wariacka impreza, co? Czy trudno jest zorganizować coś takiego w Stanach?

B.S.: Ostatnia trasa trwała dziewięć tygodni. Wciąż sam zajmuję się bookowaniem większości naszych tras, część z nich nadal jest robiona na zasadzie „zrób to sam”. Właściwie to łącznie byliśmy w trasie prawie rok i osobiście nigdy nie sprawiało mi trudności, by załatwić coś takiego. Pierwszą trasę w połowie bookowałem w starym stylu, za pomocą poczty. Wiesz, ręcznie pisanymi listami. E-maile były wówczas raczej nowością w undergroundzie. Zmierzam do tego, że nie jest trudno zorganizować taką trasę, a poza tym przysparza to wielu znajomych w wielu miejscach.

O.: No nie wątpię. Powiedziałeś przedtem, że gracie ciężką muzykę na ciężkie czasy. Myślisz, że obecnie takimi właśnie one są? Przy okazji, cieszysz się, że Barack Obama jest Twoim prezydentem?

B.S.: Tak, myślę, że są one ciężkie i stają się coraz cięższe, nawet w USA. Jeśli nie dotyczą Ciebie bezpośrednio, to na pewno kogoś kogo znasz. To nie jest czas dla samozadowolenia i zaprzeczania. Nasze teksty uwypuklają ponurą naturę tej sytuacji, ale namawiają też do pozytywnego wzięcia sprawy w swoje ręce. Co do prezydenta… Jesteśmy zadowoleni z faktu, że Stany Zjednoczone wsparły nie tylko Demokratów, ale również osobę o odmiennym kolorze skóry [to on nie jest biały? Przepraszam, ale przez tą poprawność polityczną nie zauważyłem tego, hehe – przyp. Oracle]. Myślę, że pokazuje to rozwój w myśleniu, w podejściu. Wiemy, że ma on do ogarnięcia teraz niezły bałagan. Wszystko co możemy zrobić to pozwolić mu działać przez te kilka lat i zobaczyć tego efekty. Zobaczymy, czy będzie się różnił od naszych liderów z ostatnich lat (ostatnich stu lat).

O.: Dobra, było o scenie politycznej, a co możesz powiedzieć o scenie stoner/sludge/doom w USA? Z mojej obserwacji wnioskuję, że dzieciaki nie przepadają za taką muzyką, wolą hiper ultra szybkie i brutalne zespoły, albo te totalnie komercyjne rodem z MTV, jak Slipknot, POD…

B.S.: Podziemna społeczność nadal jest u nas bardzo silna. Było sporo kapel, które przekraczały akceptowalne granice demograficzne, ale nie kojarzę nikogo, kto wykorzystywałby zasadę DIY/Underground. Był też czas, gdy sam stałem twardo przy zasadzie „niech to będzie ciężkie i niech to będzie podziemne”, ale teraz zdaje sobie sprawę, iż nielojalność wobec tej zasady przynosi czasem pozytywne skutki. Zobaczyłem naprawdę szeroką mieszankę metalowców na scenie stoner/doom. Wydaje się to trochę bardziej konstruktywne, od kilku gatunków, które dotychczas były długo definiowane. A co do dzieciaków, to już się w tym nie orientuję.

O.: Dobra, a co z innymi zespołami członków Samothrace? Oroku, Lethe, His Building Is Cursed czy Christianistan – czy te zespoły mogą w jakiś sposób zainteresować fanów Samothrace?

B.S.: One wszystkie różnią się i równocześnie są podobne do Samothrace. Niektóre sięgają przełomu lat dziewięćdziesiątych i początku nowego millenium. Oroku był bardzo mroczny, czasem bardzo wolnym przesterowanym crust punkiem. Lethe pogrywało instrumentalny space/stoner, właściwie to było bardziej jammowanie, bardzo podobne do His Building Is Cursed. Christianistan brzmi jak Discharge, Mob 47 i Slayer na raz. Więc wszystkie one były inne i zarazem wszystkie były ważne do nadania kształtu naszym przyszłym projektom, w tym także Samothrace. Powinienem dodać, że tylko Lethe jest wciąż aktywny.

O.: A wracając do tematu przewodniego tej rozmowy – myślicie już nad nową płytą? Jak myślisz, jaki będzie 2009 rok dla Samothrace?

B.S.: Taa, pojawiła się przed nami możliwość splitu i wydania longpleja dla 20 Buck Spin Record w późniejszym okresie tego roku. Prowadzimy także rozmowy nad wydaniem limitowanego splitu LP z naszymi przyjaciółmi – The Roller, z Austin w Teksasie, dla I’m Belter Than Everyone Records. Przenosimy się też do Seattle w kwietniu, tam też zaczniemy pisać materiał. No i więcej tras.

O.: Ok., dziękuję za wywiad!

B.S.: To ja dziękuję!

Autor

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *