Putrid Cult chyba nie trzeba nikomu przedstawiać? Od wielu lat jesteśmy raczeni coraz to większymi zwyrolskimi rarytasami spod znaku tej wytwórni. Morgul, głównodowodzący całej tej machiny odpowiedział na kilka pytań przy kieliszku chleba.

 

Witaj Morgul! Może pokrótce przedstawisz się naszym czytelnikom? Ponieważ Twoja sylwetka jest owiana nutką tajemnicy. Czy wolisz jednak pozostać bardziej anonimowy?

Chains and Leather! Witaj mości Wojciechu! Jako właściciel podziemnego labelu jestem na tyle osobą znaną i „publiczną”, na ile powinienem być, nie staram się być anonimowy. Wpisując nazwę mojej oficjalnej działalności w Google, uzyskasz dużo informacji na mój temat. W zinach też udzieliłem kilku wywiadów, tak więc moje poglądy nie są tajemnicą. Wychodzę z założenia, że ten, kto powinien mnie znać, ten mnie zna, a ci, którzy mnie nie znają, nie powinni mnie poznawać (chyba że są nowicjuszami metalu, dopiero zaczynają eksplorować metalowe zakamarki sceny i za 20 lat trafią na mój ślad, ha ha ha), bo nadajemy na innych falach i nie dla nich jest muzyka, którą promuję. Obracam się w wąskim, podziemnym kręgu i to jest przestrzeń, którą zajmuję się mój Putrid Cult. Czyli jeśli ktoś chce zanurkować w podziemnych czeluściach sceny, wtedy chcąc czy nie chcą, trafi na mnie i moją wytwórnię. Jeśli nie, to bez straty dla obu stron. Jestem reprezentantem przeciwnego bieguna „przemysłu metalowego”, więc dla jednych moja działalność to podstawa „muzycznego jadłospisu”, a dla innych label, który nie ma nic ciekawego do zaoferowania, nad czym można się górnolotnie pozpuszczać, ha ha.

Kiedy w twojej głowie zaczął kiełkować pomysł założenia własnego labelu? Jakie były początkowe założenia wytwórni, może są to takie cele, którymi dalej kroczysz?

Należałoby zacząć od tego, że nigdy nie przypuszczałem, że będę robił to, co robię, na taką skalę, przez wiele lat zajmowałem się tape tradingiem, wspierałem scenę wyłącznie z pozycji zwykłego fana i gdyby ktoś mi 10 lat temu powiedział, że będę prowadził prężnie rozwijający się podziemny label z tyloma świetnymi kapelami, to popukałbym się mu w głowę, nie wierząc w powodzenie tego przedsięwzięcia. Jednak na początku 2011 roku założyłem sklep internetowy Bad to the Bone, na gruzach upadłego Time Before Time, czyli wytwórni The Great Executora z Throneum, od którego odkupiłem całe distro i powołałem na nowo do życia pod inną nazwą. Po krótkim czasie pojawiły się pierwsze propozycje wydawnicze, co zapoczątkowało powstanie wytwórni Putrid Cult. W założeniach miał być to label oferujący głównie tekstylia podziemnych zespołów metalowych, ponieważ w tej branży był i nadal jest spory deficyt na merch w krajowym podwórku, a w tamtych czasach jedynym poważnym zawodnikiem był Hammerbolt (który nadal doskonale trzyma fason!). Putrid zaczął szybko nabierać wiatru w żagle i poszły kolejne wydawnictwa, tym razem kasetowe, w których oprócz zespołów z Polski, przewinęły się hordy m.in. ze Szwecji, z Ukrainy, Włoch, a nawet zajebisty Morbid Slaughter z Peru. Na początku 2013 roku postanowiłem zmienić trochę asortyment, lekko się od magnetyzowałem i zacząłem wydawać pierwsze materiały na CD, i tak jest do tej pory. Niedługo setne wydawnictwo, a na początku działalności nie wierzyłem, że uda się dojść do 80. Cel jest jeden i niezmienny, czyli wsparcie konkretnych podziemnych kapel, które w moim mniemaniu mają dużo więcej do zaoferowania, niż wypromowane gwiazdy metalowego mainstreamu.

Skąd właściwie wzięła się nazwa Putrid Cult?

Nazwa Putrid Cult pojawiła się w mojej głowie po którejś rozmowie z Lokim (Hail Brachu!) z nieświętego AZELSGARD! Na początku mojej działalności rozważaliśmy możliwość współpracy ForestKult z przyszłym Putridem, stąd też wziął się drugi człon nazwy. Nasze stajnie różnią się zasadniczo profilem wydawanych kapel. Jego materiały „wieją surowizną przeklętego lasu wisielców”, he he, a moje – „piwnicą i katakumbami”, ha ha. A co znajduje się w katakumbach? Trupy, ha ha ha:) Ot i taka prosta geneza nazwy, ha ha ha.

Wydałeś już sporo różnych zespołów. Pamiętasz swoje pierwsze wydawnictwo? Jest z nim związana jakaś ciekawa historia?

Pierwszym wydawnictwem jest już dawno wyprzedana kasetowa epka NECROSTRIGIS Relics of Blood Rites Sorcery. Z wydawnictwami zazwyczaj nie wiążą się żadne ciekawe historie. To jest raczej żmudna i nudna praca polegająca na użeraniu się z tłoczniami i drukarniami o terminowe dostarczenie produktu. A jak wiadomo, niskonakładowe wydawnictwa są spychane na drugi plan, tłocznie w pierwszej kolejności obsługują kilkutysięcznych klientów. Także wojna jest przy każdej produkcji, ale to nie są zbyt ciekawe akcje do opisywania w wywiadzie ;), więc nie dostarczę Ci żadnej sensacji. Współpraca z Wenedem opiera się na niepisanych zasadach, obyło się bez biznesowej kolacji w restauracji Sowy ani tym bardziej łapówek w postaci samogonu i pieczonego knura 🙂

Twoje najlepsze (według Ciebie) wydawnictwo do tej pory? I najgorsze.

Wydawca, który opowiada o swoich najgorszych wydawnictwach, to wyrodny ojciec, więc ja w to nie wchodzę 🙂 Oczywiście zdarzają się tytuły, które nie sprzedają się zbyt dobrze, ale głównym powodem są moje prywatne preferencje i to, że nie zawsze pokrywają się z gustem klientów. Jako że profil klienta Putrid Cult to zazwyczaj opętany fan gruzu i barbarzyństwa bądź surowego black metalu, więc już inne nurty ciężko do niego przemawiają. Jednak z biegiem czasu i pod tym względem zauważam duże zmiany, klienci zaczynają ufać moim gustom i mam nadzieję, że są usatysfakcjonowani z wydawnictw, które wypuszczam. Jeśli chodzi o najlepsze wydawnictwo, to są nimi DIE HARDY Nekkrofukk. Za każdym razem z Kaosem wspólnie nad nimi pracujemy i wiele radochy sprawia nam przekraczanie zdrowego rozsądku z przygotowaniem stuffu na Nekkro-maniaków. Drewniana skrzynia po nabojach była przegięciem, ale to tylko podniosło poprzeczkę dla przyszłych wydawnictw, kolejny już za pasem, a wersja Die Hard będzie jeszcze bardziej chora niż wcześniejsza, ha ha.

 

Jak to się stało, że Putrid Cult zawitał na niebieską skrzynkę?

Dość przewrotnie… W momencie, gdy mój sklep Bad to the Bone, który funkcjonował na platformie Otwarte24.pl, z dnia na dzień przestał istnieć ze względu na zmianę polityki jej właściciela, zostałem spacyfikowany odgórnie przez rozwój techniki. W tym czasie akurat miałem kilka nowych premier, wpompowane prawie 20 tys. zł w ich produkcję, brak sklepu oraz brak reklamy- ponieważ cała moja 6-letnia promocja wytwórni oraz reklama starej domeny legły w gruzach. Do wyboru zostało mi: albo podjęcie rękawicy rzuconej przez los i stworzenie wszystkiego od podstaw -powołanie labelu tak jakby od nowa lub kiszenie się latami na allegro. A w efekcie — utopienie potężnych pieniędzy na towarze, który najpewniej zalegałby przez lata w pudłach na strychu. Tak więc ze względu na szacunek do kapel (bo nie sposób wydać materiał i schować go do pudła), które wydaję oraz olbrzymie koszty poniesione na zaopatrzenie distro, zacząłem stawiać pierwsze kroki z PUTRIDCULT.PL. Cały sklep opiera się na płatnym oprogramowaniu z gotowymi szablonami, gdzie już podpięte są „fabrycznie” pejsbuk, twitter, nasza klasa (aaaa ha ha ha ha) czy inne badziewia, których zastosowania nawet nie znam. A wiadomo — nowa domena potrzebuje reklamy, ponieważ dotarcie do klienta, który przyzwyczajony był do starej strony, nie jest łatwe. Także potrzebne było zweryfikowanie zdania na ten temat, a skoro i tak sklep jest, zainfekowany społecznościowymi aplikacjami, to mój cały upór jest bezzasadny. Jednak śmiało mogę powiedzieć, że padłem ofiarą niebieskiej skrzynki jako jeden z ostatnich. No i teraz właśnie widzę, że jednak ogromna cześć podziemnych Maniaków uwiła sobie tam gniazdko ha ha, pejsa mają prawie wszyscy- i nie pierdolta, że nie! Bo jak nie konta prywaciarze, to fejkowe do podglądu, albo żony, babki czy wujka ha ha ha. Tak więc dalszy opór wiązałby się jedynie z pogrzebaniem labelu oraz dużych finansowych inwestycji. Krew w piach…

Młodzież kupuje płyty, interesuje się Twoimi wydawnictwami? Jakby nie patrząc, większość „prawdziwych fanów” ma wszystko w telefonie w swoich MpChujkach.

W obecnych warunkach — gdy sprzedaż fizycznych nośników z roku na rok spada i nawet duże wytwórnie zaczynają limitować swoje wydawnictwa, bo po prostu nie opłaca się trzaskać kilku tyś płyt — z zainteresowaniem jest nieźle. Tu wszyscy jadą na jednym wózku. Każdy wydawca znajduje sobie jakąś niszę do egzystencji, wypracowuje kanały dystrybucji w świecie i pozyskuje wyznawców muzyki, którą wydaje, inaczej by nie istniał. Skoro o młodzież pytasz, to nie wiem, jak to z nią jest, bo większość nowych odbiorców nie posiada metryki, nie lustruję nikogo przed wysłaniem paczki, tak że kwestia wieku w mojej branży nie gra roli. Jeżeli chodzi o słuchanie muzyki z telefonu, jest to niestety zmora obecnych czasów. Rozwój techniki coraz bardziej upośledza człowieka w normalnych czynnościach, propaguje się uproszczone i odmóżdżone zachowania, które mają wpływ na tryb życia. Wielu ludzi nie widzi świata poza monitorami swoich komputerów i telefonów. A nowe „intuicyjne” urządzenia powstają po to, by wyręczać ludzi w myśleniu i codziennych zadaniach. Roboty same przygotowują żarcie, zmywarki zmywają, a samochody same parkują. Później nie ma się co dziwić, że ktoś ma 2 lewe ręce i zeza — jedno oko na komputer, drugie na telefon (życiowy Corki Taczer gotowy do podboju świata ha ha). To samo dotyczy fanów muzyki w ogóle, nie tylko metalowej; dostęp do darmowej muzyki ogranicza popyt na fizyczny nośnik. Kupują jedynie maniacy i kolekcjonerzy, reszta upycha karty pamięci gigabajtami tracków bez tytułów. I „tak wspiera się swoich idoli”, by nie mieli nic ze swojej pracy. Mało tego — nie produkuje się już dobrego sprzętu, na którym można sobie posłuchać kaset, a odtwarzacze kompaktów wypierane są przez wejścia na pendrajva i inne gówna. Na szczęście odradza się pewien trend na winyle, więc nie wszystko stracone. Kto wie, może wkrótce kasety i płyty wrócą do łask. Czas pokaże…

W swoich wydawnictwach nie ograniczasz się do jednego nośnika. Oprócz kaset i płyt udało Ci się wydać również i czarny placek. Jak to jest z tymi nośnikami, podobno kasety wracają do łask?

Dokładnie, w obecnej sytuacji wydanie płyty to już nie jest jakiś wyczyn, ponieważ jest to bardzo opłacalny nośnik. W porównaniu chociażby do prokasety, cena produkcji płyty jest prawie trzykrotnie niższa, dlatego też taśmy i winyle są wg mnie towarem luksusowym. Trend na czarne placki odżył na dobre, chyba dotarło do ludzi, że jakość muzyki z analogowego zapisu jest dużo wyższa niż pliki cyfrowe słuchane na mpchujce czy telefonie. Jak grzyby po deszczu pojawiają się nowe wydawnictwa oraz wytwórnie specjalizujące się w tym nośniku. Winyle pojawiają się w hipermarketach, więc biznes dla sprzedażowych gigantów musi się opłacać. Wiadomo, to nie jest tani sport i nie wszyscy mogą sobie pozwolić na takie kolekcjonerstwo, aczkolwiek ilość miłośników nagrań z wielkiej płyty wciąż rośnie. Co do kaset — z mojej perspektywy, jako wydawcy, zainteresowanie maleje, na początku Putrida wydawałem taśmy w limitach 200, 300 i 666 sztuk, teraz maksymalnie robię 200, by nie leżały latami bezczynnie. Niby powstaje sporo labeli o profilu wyłącznie kasetowym, ale wystarczy spojrzeć na nakłady, w jakich wydają swoje materiały — są to również mikro ilości. Wiadomo też, że wszystko zależy od danego tytułu. Wydając, powiedzmy wznowienie I.N.R.I, można liczyć na wykupienie nakładu w ciągu dwóch dni, a już mniej znanych kapel — na lata kiszenia w pudłach. Tak więc zainteresowanie kasetami maleje analogicznie do zainteresowania płytami. Jedyny wzrost odnotowują winyle.

Jak wygląda proces rekrutacyjny w Twojej wytwórni? Sam szukasz zespołów, czy rozpatrujesz wszelakiej maści aplikacje? Czego byś nigdy nie wydał? I nie mówimy tu o disco polo 😉

Nie szukam zespołów, same się zgłaszają, prawie co dzień ktoś zgłasza aplikację, i często trzeba odmówić dobrym kapelom, bo po prostu nikt nie jest w stanie wydawać 365 materiałów rocznie. Zazwyczaj wydaję stuff kapel, które znam. Wtedy mam pewność, że nie będzie żadnej wpadki wizerunkowej ha ha. A jeśli są to kapele z zagranicy, to piszę z nimi dużo, muszę najpierw poznać kapelę, wiedzieć, że jest jej po drodze z moimi poglądami i że nie będzie dysonansu między profilem wytwórni i kapeli. Najważniejszą rzeczą, która decyduje o tym, czy podejmę się współpracy, jest to, by materiał się podobał głównie mi. Nie patrzę na sprawy wydawnicze przez pryzmat komercyjnego sukcesu. Często bywa tak, że odmawiam zespołowi, którego płyta rozeszłaby się jak ciepłe bułki, gdyż postawa kapeli lub jej poglądy wydają mi się „trofiejne” he he. Sam w zespołach szukam pewnego rodzaju dziczy, takiego pierwiastka ekstremalności, który często potrafi się ukryć nawet pod płaszczem melodii czy klimatu budowanego przez klawisze w atmosferycznym Blacku, (bo o klasycznym gruzowisku chyba wspominać nie muszę 🙂 Wiesz, coś takiego, co po przesłuchaniu wywiera na mnie takie wrażenie, że pierwszym słowem, które wypowiadam, jest „o kurwa!” Jak każdy wydawca, do kapel ze swojej stajni mam słabość ha ha ha: ) Wow, nie wydałbym tego, co mi się nie podoba, oraz komercyjnego grania. Cały zamysł Putrid Cult polega na tym, by wspierać, kapele z Podziemia i mam nadzieję, że to się nigdy nie zmieni.

Co sądzisz na temat akcji: Hej! Dajcie nam milion złotych, a nagramy płytę z okładką zaprojektowaną przez małpę z trepanacją czaszki albo nakręcimy nikomu niepotrzebny teledysk…

Wisi mi to jak kilo kitu na drucie. Nie stykam z takimi sytuacjami, gdzieś przez przypadek raz na rok trafi do mnie taka informacja, że kapela X czy Y prosi swoich fanów o zebranie funduszy na nagranie. Niby nic w tym wielkiego, często w mediach lub na ulotkach pojawia się informacja, że ktoś zbiera pieniądze dla dziecka, psa, na schroniska, na odbudowanie świetlicy, zakup książek do czytelni czy wymianę witraży w kościele- jak jest mowa o BM (aaaaa ha ha ha ha). Także to jest klasyk obecnych czasów. Dla normalnego obywatela sprawa jest prosta- jeżeli brak kasy na nagranie płyty, to jej nie nagrywa albo robi to tak, jak tysiące innych kapel – niskobudżetowo w domu/sali prób itp., albo idzie do bociana, do tego wystarczy minimum ogarnięcia i posiadanie karty rowerowej ha ha. Zdarza się, że dany zespól, tworzą gamonie o inteligencji pierwotniaka, którzy nie są w stanie sami sfinansować swoich aspiracji muzycznych, nie mają bogatej rodziny, która może wyłożyć siano na ich fanaberie, a nie nadają się nawet do układania kostki brukowej, wtedy szukają innego dopływu gotówki. Nic w tym wielkiego i odkrywczego. Drugą stroną medalu jest fakt, że wątpię w dobroduszność fanów i wpłacanie takim typom kasy na ich wygibasy. Może i nie mam zbyt pewnych informacji, ale wg mnie to są tylko puste oferty, z których i tak każdy sobie kręci bekę ,a kapela zostaje na lodzie bez pomocy fanów, tak więc szkodliwość czynu jest zerowa ha ha. Inna sprawa, że jeśli udało się jakiejś kapeli znaleźć takich dzikich sponsorów, to moje gratulacje, do czegoś jednak się nadają ha ha ha.

Nie tak dawno temu Arachnophobia Records ogłosiła, że wycofuje się z biznesu wydawniczego ze względów finansowych. Jak to jest z tą opłacalnością? Czy to droga pełna wyrzeczeń?

Nie wiem, czemu Krzychu odpuścił Arachnophobii, bo patrząc z boku, „żarł” ten interes, ale czy faktycznie względy finansowe, czy może chwilowe wypalenie i brak determinacji wzięły górę -nie wiem, więc w tej kwestii się nie wypowiem. W podziemiu sprawy mają się trochę inaczej niż na scenie „oficjalnej”. Jeśli decydujesz się na wytwórnię, to robisz to po to, by wspierać scenę- dokładać do niej coś od siebie, a nie oczekiwać, że po premierze będzie stać cię na zakup poloneza atu plus. Tu trzeba przygotować się z góry na wtopę i uzbroić w cierpliwość, że na zwrot zainwestowanych pieniędzy trzeba poczekać przynajmniej kilka miesięcy. Koszty są spore, oprócz produkcji trzeba opłacić robotę graficzną, reklamę i rozliczyć się z kapelą, a ze sprzedaży można liczyć na kilka stówek. Jedynym z elementów „zwrotu” są wymiany zagraniczne (też kosztowne), dzięki którym zdobędziesz nowe tytuły do distro i po pewnym czasie na nich uda ci się odkuć. Tak więc jest to długi i męczący proces wychodzenia na zero. W tych czasach nie wystarczy wydawanie dobrych tytułów, bo świetnych materiałów co miesiąc wychodzą setki i są to kolejne dobre kapele, których nikt nie słucha. Nakłady u wydawców, jeśli schodzą za kasę, to w ilościach 10-20% maksymalnie, reszta przeznaczana jest na dystrybucję w innych labelach. Tak więc bez pasji, wielkiej determinacji i kapuchy w kieszeni nie ma co marzyć o legalnym prowadzeniu wytwórni. Oczywiście nie jest tak, że w każdym miesiącu wydawca topi grube tysiące w błocie, bo nikt by tego nie wytrzymał. Są przecież i w Polsce wytwórnie, które utrzymują się tylko i wyłącznie ze sprzedaży muzyki, trzeba po prostu pozyskać swoją bazę klientów, którzy regularnie nabywają towar. Są lepsze i gorsze wydawnictwa, czasami się popłynie, a czasami miło zaskoczy. Ważne są „czarne konie” w stajni, czyli „markowe” zespoły, dzięki którym klienci interesują się również innymi nowymi wydawnictwami, co sprzyja ich promocji . Gdy jest się kilka lat na rynku i ma się wyrobioną pewną pozycję, to staje się ona na tyle dobrą rekomendacją, by zachęcić klientów do zakupów. Wtedy jest już z górki, bo nie walczy się o zainteresowanie fanów, tylko na nie odpowiada. Jednak sukces zależy od zaangażowania i ciężkiej pracy.

 

Jak to jest z tym naszym podziemiem, rozwija się, czy jest wręcz przeciwnie? Na koncertach bywasz?

Polska, wg mnie, ma jedną z najsilniejszych scen na świecie, jeśli chodzi o muzykę metalową. Mamy wiele wspaniałych zespołów, dobre wytwórnie, sporo zinów i coraz więcej koncertów. Podziemie rozwija się bardzo prężnie, powstaje wiele świetnych, młodych kapel w każdym gatunku. Oczywiście podziemie teraz działa na innych zasadach, niż było to kiedyś, ponieważ główną formą informacji i zaistnienia kapel jest Internet, a nie listy i zbieranie adresów z flyersów i zinów. A w takim wypadku wszyscy siedzą w jednej sieci -cybernetycznym worze, gdzie wszystko może się mieszać, bo każdy teraz startuje z jednego możliwego pułapu, który oferuje Internet. To dzięki niemu nowości stają się dostępne na wyciągnięcie ręki, ale Podziemie istnieje i ma się dobrze. Jego reprezentanci nie uginają się pod brzemieniem trendów, nie należą do tzw. grup interesu i kółek wzajemnej adoracji. Bywam na koncertach — to najlepsze określenie, podchodzę do nich wybiórczo. Jadę, by zobaczyć te kapele, które są dla mnie najważniejsze. Oczywiście, jeśli mam możliwość. Z roku na rok coraz bardziej przyrastam do swojej jaskini, w której lubię się odizolować. Moje muzyczne potrzeby mocno się zmieniły, teraz wolę wziąć psa na spacer do lasu, połówkę samogonu za pazuchę, walkmana i słuchawki niż wbijać się w duszny tłum przed sceną. Otoczenie lasu stwarza niesamowity klimat do odbioru muzyki.

Można zauważyć, że jak grzyby po deszczu, pojawiają się coraz to kolejne zespoły, które chciałyby zabłysnąć w podziemiu. Najczęściej prowadzone przez osoby młode, jak to z nimi jest? Reprezentują jakiś tam poziom? Zważywszy, że Twoja skrzynka na pewno jest bombardowana ich demosami.

Oczywiście bardzo szanuję nowe kapele, z jeszcze nieopierzonymi muzykami, ponieważ w nich jest najwięcej ognia, buntu i oczywiście młodej energii. Nasi młodzi debiutanci spuszczają naprawdę, konkretny wpierdol, nie raz na płytach i koncertach sieją większe spustoszenie i często są bardziej podszyci oldskullem niż ich starsi koledzy. W tym miejscu nie omieszkam polecić takich kapel jak: Bestiality, Incinerator, Hellcurse, Demonic Temple, Dagorath, Gravelord, Armagh, Absque Cor, Butchery, Zagłada, Fullmoon Sorcery, Truchło Strzygi, Sacrofuck, Profanity Angel i Abhorrent Funeral (młoda kapela, lecz nie młodych muzyków, ze sporym stażem).

Nowy rok zbliża się nieubłaganie, jakie metalowe płyty urzekły Cię najbardziej?

Kolejność bez znaczenia:
Urn – The Burning
Darkstorm – The Oath Of Fire
Sinister – Syncretism
Blood Stronghold – The Triumph of Wolfish Destiny
Whoredom Rife – Dommedagskvad
Spectral Voice ‎– Eroded Corridors Of Unbeing
The Ruins Of Beverast – Exuvia
Black Magick SS – Kaleidoscope Dreams

Największe płytowe rozczarowanie?

Brak nowej płyty W.A.S.P.!!!! No i nowy Satyricon, nie żeby to była jakieś ultra mega chujowina, ale nie rozumiem tego całego zamieszania wokół tej płyty, dla mnie jest po prostu słaba. Wysłuchanie całego materiału w skupieniu graniczy z cudem, pierwsze 7 minut i do widzenia — wypierdalać z odtwarzacza!!! Z Polski do największej kupy zakwalifikowałbym Me and That Man – Songs of Love and Death. Jest to płyta wg mnie zrobiona na siłę — tak, by zarobić konkret szmalec na dużych nazwiskach. Nieudolna kopia Króla Dudka. Muzyka bez polotu, nędzna i pozbawiona szlagierów, które w tym gatunku są niezbędne. David Vincent na swojej solowej płycie miażdży w pył projekt Nergala i Portera. W gatunku rock country polecam Black Claw – Thieving Bones — tu jest tyle mroku, że mózg dęba staje.

Poruszając już temat Nergala i zespołu Hehemoth, śledzisz ich przygody? Ostatnio wydali pyszną kawę z małpiego stolca i mają problemy sądowe…

Oczywiście, że nie śledzę, ale to już jest na tyle duża marka, że nie sposób nie słyszeć całego szumu, który dzieje się wokół tego bandu. To jest towar handlowy, a już w mniejszym stopniu zespól metalowy, który mało tego, że jest znany na całym świecie w środowisku metalowym, to jeszcze dzieciaki i stare baby w beretach też wieszają na nich psy. Tak więc osiągnęli w Polsce większą fejm niż Metallica ha ha. I prawdopodobnie „zła sława” to jest część planu marketingowego Nergala. Jemu po prostu chodzi o to, żeby był młyn wokół tego zespołu, bo nieważne, jak mówią, ważne, by mówili i w tym jest jego „sukces”. Bo nazwa rośnie w siłę, nieważne, jakby nie była bojkotowana. Wszelkie szkalowania grają na jego korzyść, bo w tych czasach kontrowersje są w cenie. Bilety na koncerty wykupowane są do zera, płyty rozchodzą się w grubo tysięcznych nakładach, dziatwa kupuje figurki z głową Adasia i stawia na telewizorze zamiast wypchanego bażanta ( ha ha ha). Tak więc wszystko idzie zgodnie z planem głównodowodzącego tym interesem. Mnie to tak naprawdę lata koło dupy, wszelkie negatywne emocje w tej kwestii wrzucają monetę do skarbonki celebryty. Wszystkim smakoszom zespołowej kawy polecam czekać jedynie na papier toaletowy oraz limitowany nocnik ha ha ha:)

Na co dzień słuchasz tylko muzyki metalowej, czy czasami sięgasz też po inne gatunki?

Rzadko, aczkolwiek zdarza mi się słuchać innych nurtów. Są nimi m.in. RAC/WP, klasyczny gotyk, neofolk, muzyka średniowieczna, poezja śpiewana, psytrance, hardstyle, muzyka syntezatorowa, electro – dance lata 80′-90′, inidie pop/rock, no i oczywiście soundtracki z pornosów -cult as fuck! aaarrgghh!

Twój ulubiony film XXX z fabułą i wartką akcją?

Wiadomo, że klasyków „Hollywood” w stylu Deap Throat z piękną i naturalną Shasą Grey, czy filmów z Nikitą Bellucci, Christi Mack lub Nasty Zyą wspominać nie trzeba, bo są to pozycje dość tandetne, lecz obowiązkowe. Bardzo podoba mi się seria filmów Secret ary Day’s, gdzie w roli sekretarki właściciela wytwórni muzycznej występowała Asa Akira i płakała przy blowjobie, ha ha ha. Z wielu wspaniałych produkcji chyba moim ulubionym filmem byłby Love Inferno Lasse Brauna. Jest to totalny Vitage, gdzie dziady zakonnic zasłaniają całą akcję, ale jednak ma to coś w sobie, ha ha ha, całe emocje malują się na twarzach, naturalne bez wspomagania i turbodoładowania -no i dają radę ha ha ha:). Bo jednak to jest ważne, gdy widać, że faktycznie jest to film akcji, a nie udawane wycie z rozkoszy, zanim działo zostanie konkretnie załadowane hi hi. No a jak już jesteśmy przy pozerstwie w pornosach, to nie sposób ominąć tematu polskich produkcji, np.: Ancymony Hrabiny i totalny cios, jakim jest Seksualne niewolnice 3 Rzeszy, ha ha ha. To są maksymalne totale, gdzie jest sporo fabuły, ale mało akcji ha ha. Większość scen to zabawy z Renatą, zamiast faktycznej jazdy. Jak to się mówi, jaki kraj, takie pornole. Producenci zatrudniają amatorów bez sprzętu i zapominają o nitro przed kręceniem, tak że wychodzi bieda, aż wyro piszczy hi hi hi :), ale polecam to obejrzeć, chociażby dla samego wyrobienia sobie zdania nt. kostiumowych porno-produkcji w naszym underku 🙂

Jak maluje się przyszłość Putrid Cult, opowiesz coś o nadchodzących wydawnictwach?

No, jak maluje? Oczywiście kolorowo ha ha, Metal Blade i Century Media przysyłają do mnie oferty wykupienia licencji na wydawnictwa Putrid Cult, więc czas zarabiać grube dolary . Wyjechać na Florydę, wypoczywać na rozpiętym między dwoma palami hamaku. Popijać kolorowe drinki i karmić wielką kolorową papugę kakadu na ramieniu, a opalone latynoski będą wachlowały wielkimi liśćmi PRL-owskiego figusa ha ha ha:) Żartuję oczywiście. Planów jest wiele, ale nie będę wszystkiego opisywał, co kto i gdzie gra, bo od tego jest Metal Archives, zresztą, jeśli ktoś będzie czytał ten wywiad, a nie zna kapel, które wydaję, to niech idzie do Biedronki, kupić sobie winyl ha ha. No, jeśli chodzi o najbliższe ataki, to będą nimi:

-Putrid Evil /Distres- Chappel of Stillborn Messiah ( Oldschool Grind Death Metal/Satanic Death Metal
-Crippling Madness – Bestialski Rzeżnik (kooperacja z Witches Brew, Bezlitosny Death Thrash Metal w stylu starej Sepultury!
-Waroath / Czrna Trumna / Cthulhu Rites – Black Oath Rites ( kooperacjia z War Prod. Blackened Heavy Metal / Raw Black Metal i Black Metal z elementami Atmospheric)
-Cadaveric Possession – Sanctinity Collapsed ( Black Death Metal połączenie Hellhammer i Archgoat)
-Hatecrime- Война которой Нет( Misantrophic Black Death Metal z Rosjii, kooperacja z Pluton’s Rising Prod.)
Sacrificulus – Uada Magus ( Black Metal w składzie Lorda K. z Nekkrofukk oraz Shitala z Ritual Bloodshed)
-Abominalblood -Amomination Continues ( Bestialski Black Death Metal)
-Sacrofuck / Enterchrist – Split CD (Black Death Metal vs Oldschool Grind)
No i jak zawsze sporo merchu:)

Dzięki Ci, że poświęciłeś mi swój czas. Ostatnie słowa należą do Ciebie…

 

Dzięki również za ciekawe pytania i możliwość wylania żółci na łamach Kejosa.
Słuchajta Dżipago, i pijta naftę kasztany! Ha ha ha:)