Dziś w „Podróżach z ChaosVault” Wasz ulubiony obieżyświat, Oracle, zawitał do dalekiej Argentyny, by na okoliczność wydania drugiej płyty odpytać Waltera Barrionuevo z tamtejszej death metalowej kapeli Prion. Człowiek sobie myśli, że jak Ameryka Południowa, to pewnie całkiem inny świat, ale po mailowej rozmowie z Walterem, której efekt macie poniżej, wychodzi, że niewiele różni Polskę od Argentyny. Jaki ten świat mały…

Oracle: Witam! Przede wszystkim, moje gratulacje, „Imressions” to naprawdę mocny i solidny krążek! Jak wiele razy słyszałeś te słowa od kwietnia 2008 roku, hehe?

W.: Witaj! Wielkie dzięki za miłe słowa pod adresem naszej sztuki. Jesteśmy naprawdę bardzo zadowoleni ze wszystkich komentarzy, jakie napływają do nas z całego świata, bo naprawdę bardzo ciężko pracowaliśmy przez te lata. Uwierz mi, to nie było wcale takie łatwe, by nagrać tę płytę.

O.: Wierzę, zwłaszcza, że między „Time Of Plagues” i „Impressions” jest pięcioletnia przerwa. Co działo się z Wami w tym czasie? Wiem coś o zmianach składu i tym podobnych…

W.: Kiedy ukończyliśmy nasz pierwszy album, „Time Of Plagues”, zaczęliśmy pisać nowy materiał. Mieliśmy sporo piosenek, ale nie wszystkie miały tą samą linię, dlatego też straciliśmy sporo czasu na wybór poprawnych utworów. Mam na myśli to, iż chcieliśmy zmienić nasze podejście do muzyki na bardziej techniczne i szybsze zarazem. Zmienił się nam skład, Marcello – nasz pierwszy bębniarz opuścił kapelę z powodów osobistych, lecz później powrócił, w sam raz na nagrywanie „Impressions”. W Argentynie bardzo trudno jest znaleźć odpowiedniego perkusistę grającego w tym rodzaju muzyki. Chcieliśmy, by było nas czterech w zespole, ale właśnie między innymi z tego powodu jest nas tylko trzech.

O.: No to już wiemy o problemach ze składem, teraz pomówmy o Waszym najnowszym dziecku. Nie mam porównania do waszego debiutu, bo z Waszą muzyką spotkałem się dopiero przy okazji rzeczonego „Impressions”. Mógłbyś więc porównać oba te krążki?

W.: Epka „Corpse Dissection” i „Time Of Plagues” były raczej produkcjami thrash/death’owymi. W porównaniu do “Impressions” miały też więcej melodii. Jak już mówiłem, jestem bardzo zadowolony z naszego nowego kursu, bo uwielbiamy techniczne i ekstremalne kapele, zawsze też chcieliśmy tak grać. Ale oczywiście w początkach nie mogliśmy tak grać, jakbyśmy chcieli. Albo zdaje Ci się, że sporo melodii jest różnych od pozostałych utworów, albo jeszcze nie jesteś przygotowany na taką muzykę, bo bardzo często, paradoksalnie muzycy nie słuchają nowej muzyki. Nowe kapele i nowa muzyka pozwalają zobaczyć, jak wiele istnieje różnych kapel, co one robią, lub też co my robimy by zabrzmieć od nich jeszcze lepiej.

O.: Ech, trochę to zagmatwane, ale niech Ci będzie. W mojej opinii, Waszą największą inspiracją jest Morbid Angel, co można usłyszeć w czasie trwania całego albumu. Dla mnie nie jest to bynajmniej problem – gracie swoją muzykę na naprawdę dobrym poziomie, ale czy spotkaliście się z krytyką z powodu zbyt dużych wpływów tego bandu?

W.: Nie, nie słyszeliśmy słów krytyki z tego powodu. Ale zawsze znajdzie się sporo osób, które patrzą na to, co inni robią, ponieważ zawsze łatwiej jest tylko krytykować, niż samemu coś zrobić [o proszę, jak rozgryzł gro recenzentów, hehe – przyp. Oracle]. Robimy muzykę, która płynie wprost z naszych dusz, a nie dlatego, że chcemy grać coś, co grają inni. Masz rację, jesteśmy wielkimi fanami Morbid Angel, „Domination” jest jednym z moich ulubionych albumów death metalowych. Pamiętam, jak widziałem ich podczas „Domination Tour” w Buenos Aires, stwierdziłem, że moja muzyka to gówno, musiałem to zrobić! Jak dla mnie, oni są najlepszym zespołem death metalowym, pokazali klasę.

O.: Wasz album jest bardzo równy, trzymacie równowagę pomiędzy szybkimi partiami a tymi ze średnimi tempami, a także pomiędzy jego brutalną i techniczną częścią. Czy to Wasza recepta na dobry album death metalowy?

W.: Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób, ale może masz rację. Ale gdy posłuchasz ostatniego albumu Origin, to zauważysz, iż oni nigdy nie zwalniają, cały czas prą do przodu, technicznie i szybko, z wyjątkiem ostatniego utworu. I wyszło im cacko!

O.: Poza muzyką podobają mi się też Wasze liryki, bo są lekko inne, niż u większości death metalowych kapel. Dotykacie raczej tematyki społecznej. Myślisz, że to lepsze tematy niż trupy i zło? Jak dużą rolę odegrała tutaj historia Argentyny, kryzys z lat 1999 – 2002, autokratyczne rządy z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych i tak dalej?

W.: Napisałem wszystkie teksty, a ja lubię dotykać tematykę społeczną. Nie sądzę jednak, iż miałyby to być lepsze tematy od trupów i diabłów – nie zapominaj, że większość death metalowej sceny u początków zajmowała się tylko tym. Piszę o tematach socjalnych, bo chcę pisać o tym co widzę i co czuję. Ale sporo jest bandów w podobnej sytuacji co my, lub mających podobną linię polityczną w swych tekstach, na przykład Dying Fetus. A co do roli historii Argentyny z ostatnich lat? Uhhhh. W latach siedemdziesiątych toczyła się u nas najbardziej brutalna i krwawa wojna domowa w całej Ameryce Łacińskiej. Zaczęło się kiedy Che Guevera, Fidel Castro chcieli eksportować kubańską rewolucję. W latach osiemdziesiątych nastąpił koniec wojskowych rządów, wraz z końcem wojny z Anglią. Powróciła „demokracja”. A kryzys z lat 1999 – 2002 był konsekwencją dekady złej reprezentacji – nasz rząd ukradł nasze pieniądze i sprzedał nasz kraj.

O.: Na płycie „Impressions” znajduje się również videoclip do utworu „Medicore Man”. Sądzę, że to całkiem interesujący obrazek. Co możesz o nim powiedzieć? Kto jest autorem pomysłu? Wiem, że zastanawialiście się też nad „Eliminate The Suffering”…

W.: Tekst do utworu „Medicore Man” bazuje na powieści Jose Igenierosa, ważnego argentyńskiego pozytywisty. Mówi ona o osobach nie mających tak właściwie osobowości, przywłaszcza je sobie i nie obchodzi go co oni myślą i robią. Myślę, że video bardzo dobrze to przedstawia. Trudno było wymyślić odpowiedni obrazek, który opisywałby tą samą agresję, o której piszę w tekście. Widzieliśmy kilka prac reżysera, Andres Borgiego, ponadto jest on przyjacielem zespołu, więc wykonał dla nas świetną robotę. Bardzo dobrze zrozumiał historię, którą chcieliśmy opowiedzieć. Jest też entuzjastą horrorów, gore & bizzare, a to wiele pomogło. Wideo pokazało w bardzo gwałtowny sposób (w końcu gramy death metal) koncept, jaki chcieliśmy przedstawić już od samego początku. Człowiek bez moralności, osobowości, tożsamości, zabijający ludzi dla zawłaszczenia tego, co mu nienależne. I tak jak mówisz, myśleliśmy też nad zobrazowaniem „Eliminate The Suffering”, no ale to może potem. Robienie videoclipu zajmuje dużo czasu, a my chcemy skończyć pisanie nowego materiału, by wejść jak najszybciej do studia.

O.: A odnośnie jeszcze poprzedniego tematu – który teledysk lubisz najbardziej? Dziś niestety najlepszym miejscem by oglądnąć metalowe klipy jest YouTube, bo minęły już te czasy, kiedy death metalowe obrazki hulały w MTV i można tam było oglądnąć taki Morbid Angel czy Entombed. Ale moim zdaniem to dobrze, bo mi jakoś metal, w tym i death metal nie pasuje w telewizji – traci wówczas swoją szczególność…

W.: Bezapelacyjnie Morbid Angel „God Of Emptiness”. Ale mamy wiele świetnych wideoklipów, czasem, gdy chcę dokładniej przyjrzeć się jakiejś kapeli, wolę zobaczyć jak tylko grają, ale jeśli zespół ma jakiś dobry koncept i produkcję, wówczas jest to dla mnie też jak najbardziej ok. Widziałem mnóstwo klipów w MTV (Headbangers Ball) jak byłem dzieckiem, ale program skończył się dziesięć lat temu i teraz rzeczywiście jedynym miejscem do oglądania ich jest YouTube. I profile MySpace. Na przykład, kumpel dzwoni i pyta: widziałeś już ostatni klip Hate Eternal, Origin czy Impureza albo pyta: Walter, czemu nie widziałeś jeszcze ich koncertowego wideo?

O.: Podpisaliście kontrakt z Comatose Music około grudnia 2007 roku, zaś we wkładce do „Impressions” znajduje się adnotacja, iż materiał ten nagrywaliście w ciągu 2007 roku. Mieliście więc gotową już całą płytę, gdy podpisywaliście papiery ze Stevem?

W.: Wysłaliśmy im „Impressions” w jeszcze nie zmasterowanej wersji, bo uważaliśmy, że jest to jeden z najlepszych labeli z brutalną muzą. Steve przesłuchał naszą płytę i spodobała mu się, więc machnęliśmy z nim kontrakt. Wtedy dopiero zrobiliśmy miksy i mastering z jego pomocą. Naprawdę nam z tym pomógł, mówiąc „może spróbujecie zrobić to w ten sposób, wypróbujcie może to, a jakby to było z tym” i tak dalej. Jest wspaniałym muzykiem i zna się bardzo dobrze na tym co robimy my. Bardzo wspomógł nasz zespół. Wiemy, że podjęliśmy właściwy wybór.

O.: Właśnie. Czytałem kilka wywiadów z kapelami z tej wytwórni i wielu z muzyków używa sformułowania „rodzina Comatose”. Rzeczywiście czujecie się jak rodzina? Właściwie czemu by nie – wszyscy jesteście solidnymi kapelami na poziomie…

W.: Żebyś wiedział, brachu! Rodzina Comatose jest prawdziwa! Wszystkie bandy wspierają się nawzajem, to jedyny sposób, by stawać się coraz silniejszymi. Jose Hernandez w „Martin Fierro”, klasycznej książce opisującej gaucho [bodajże chodzi o południowoamerykańskich pasterzy bydła – przyp. Oracle] – „wewnątrz stanowią jedność, na zewnątrz w ogóle ich nie czują”.

O.: Widziałem, że graliście parę miesięcy temu z polskim Behemoth. Jak wrażenia po tym gigu? Przypuszczam, iż nigdy nie graliście poza Ameryką Południową, ale każdy zespół mówi, że macie tam u siebie najlepszą publikę, więc nie jestem pewien, czy chcielibyście zagrać przed zblazowaną zachodnioeuropejską publiką, która widziała już każdy, największy pieprzony zespół świata…

W.: Koncert z Behemoth był świetny. To było duże przeżycie, podobnie jak koncert u boku Mayhem w tym miesiącu. Rzeczywiście, nigdy nie graliśmy poza Ameryką Południową, ale mamy nadzieję wkrótce to zmienić, lecz potrzebujemy dobrego tour managera, albo kogoś podobnego, kto by nam pomógł. Chętnie zrobilibyśmy to pod banderą Comatose Music, jeśli moglibyśmy zagrać w Stanach lub Europie wraz z Supreme Pain. Południowoamerykańska publiczność ma reputację najlepszej publiki dla międzynarodowych kapel, możesz to na przykład zobaczyć na ostatnim DVD Megadeth, kręconym właśnie w Argentynie. Ale inaczej już jest z lokalnymi zespołami. Sytuacja jest totalnie inna, ludzie nie kupują płyt, koszulek i nie chodzą na koncerty [kurwa, skąd my to znamy – przyp. Oracle]. Nie ma wsparcia lokalnych bandów, a jest to spory problem, gdyż z tego powodu nie mamy tak silnej brutalnej sceny, jak Brazylia, Chile, Kolumbia czy Meksyk.

O.: Właśnie, dla wielu osób Argentyna kojarzy się z zespołami power metalowymi, bardzo do siebie podobnymi i bardzo zniewieściałymi. Ale jak wierzę, macie też porządne brutalne zespoły, co? Mógłbyś przedstawić nam scenę death metalową w Twoim kraju?

W.: Masz rację, power metal ma u nas bardzo silną pozycję. Tak jak Ci już powiedziałem, scena death metalowa w Argentynie istnieje tylko dla zagranicznych kapel. Lokalne zepsoły mają pod górkę, ludzie nie chodzą na ich gigi. Jest jeszcze inny problem – dwa lata temu miał miejsce pożar podczas koncertu, zginęło wówczas ponad dwieście osób. Rząd zamknął większość miejsc, gdzie można zorganizować koncert, zostało tylko kilka klubów. Ale mamy kilka niezłych zespołów: Brutal Noise, Decompose, Extermino, Morgue, Necro Abortion, Neoplasia, Sadistic Kill, Sementhal Martyr Penetrated, Social Shit i jeszcze kilka innych.

O.: Przypuszczam, iż nie żyjecie z muzyki, podobnie jak 99% muzyków. Ale czy chcielibyście rzeczywiście przejść na profesjonalizm, płacić rachunki pieniędzmi za koncerty i płyty? Dla wielu taka sytuacja oznacza zaprzedanie się komercji…

W.: Jasne, że chcielibyśmy żyć z naszej sztuki, ale zdajemy sobie sprawę, iż jest to niezmiernie trudne w stylu, w jakim gramy.

O.: Nie narozwodziłeś się nad tym zagadnieniem…A kiedy sam kupujesz sobie płytę, czego po niej oczekujesz? I czy fani to właśnie dostają, gdy słuchają płyty Prion?

W.: Dla nas jest to zbyt kosztowne, by kupować płyty, bo nasza sytuacja ekonomiczna w porównaniu do USA jest jak 3 do 1, a w porównaniu do Europy jak 5 do 1. To dlatego bardzo dużo ściągam z Internetu. Ale jeśli jestem pewien, że w życiu mi się dana płyta nie znudzi, wówczas kupuję oryginalny krążek. Tak jak w przypadku Necrophagist „Epitaph”. Ale nie wiem czego fani oczekują od Prion, mam nadzieję, że czują to samo co my, podczas nagrywania tej płyty. Staramy się zrobić jak najbardziej kompleksową, techniczną i brutalną płytę, na jaką nas stać.

O.: Szacuj za szczerość. A na koniec powiedz mi, jaki jest najpiękniejszy film i najgorszy death metalowy album, jaki kiedykolwiek widziałeś i słyszałeś…

W.: Najpiękniejszy film to „Shine”, zaś najgorszy album – prawdopodobnie coś stąd, hahaha…

O.: Ok., dzięki za wywiad! Stay Brutal!

W.: Wielkie dzięki brachu za wywiad i wsparcie! Bardzo mi się podobało! Mam nadzieję, że zobaczymy się wkrótce!