Misþyrming: „Jeśli chcesz stworzyć swoją własną wersję black metalu, bez radykalizmu, zaciekłości i agresji, proszę bardzo – ale nigdy nie przekonasz mnie, że to jest black metal.”

Chyba z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że w krótkim czasie Misþyrming wyrosło na jednego z liderów na black metalowej scenie. Kapela, która istnieje zaledwie kilka lat  w szybkim tempie zdobyła uznanie zarówno maniaków black metalu, ale coraz śmielej poczyna sobie i poza tym hermetycznym gatunkiem, skąd między innymi występy na takich festiwalach jak Roadburn. Co cieszy, nie wyzuli się z młodzieńczego radykalizmu, jak to czasem bywa na scenie. A wisienką na torcie jest ich drugi pełnowymiarowy krążek „Algleymi”. Zespół wkrótce po raz kolejny pojawi się w Polsce, więc zanim tłumnie uderzycie na ich sztukę, poczytajcie co miał do powiedzenia głównodowodzący Misþyrming – D.G.

Oracle: Czy możesz opisać na początek, co według Ciebie jest najważniejsze w black metalu? Taki czynnik sine qua non, bez którego black metal nie jest black metalem?

D.G.: Ostatnio słuchałem wywiadu w islandzkim państwowym radio z legendą islandzkiego punk rocka – Einarem Örn. Gdy zapytano go czym jest punk, powiedział on coś w stylu: „Punk to historyczny ruch stworzony przez kilku brytyjskich filozofów i muzyków, mniej więcej w latach 1977 – 1979”. Więc wywiadujący dociekał „Czy uważasz więc, że punk to elitarny i ekskluzywny ruch, obejmujący tylko tamte osoby w Brytanii w tym konkretnym przedziale czasowym?” a Einar odpowiedział „Nie zrozum mnie źle, każdy może tworzyć cokolwiek mu się spodoba, ale dla mnie osobiście nic poza przedziałem od 1977 do 1979 roku nie może kwalifikować się jako punk. Można uważać, że jest ono inspirowane przez punk, ale to nie punk. I jakie znaczenie ma w ogóle kategoryzowanie tego?”. Osobiście rozumiem punkt widzenia Einara, uważam że rzeczy podobnie się mają jeśli chodzi o black metal. Jeśli pytasz mnie o czynnik sine qua none, powiem że chodzi tu o zaciekłość, agresję i zastraszenie. Ten rodzaj „puryzmu” jest często kontrowersyjny i uwiera wiele osób, niech tak więc będzie. Myślę, że to dobrze mieć odniesienie do tego, co zawiera się w danej subkulturze, a co do niej nie należy. Jeśli chcesz stworzyć swoją własną wersję black metalu, bez radykalizmu, zaciekłości i agresji, proszę bardzo – ale nigdy nie przekonasz mnie, że to jest black metal.

O.: Mądrego to i dobrze posłuchać. A zapytałem o to z jednego powodu, mianowicie – istniejecie od sześciu lat, na koncie macie dopiero dwa pełnowymiarowe albumy, ale można powiedzieć, iż Misþyrming stał się już ikoną black metalowej sceny, czyż nie?

D.G.: Dzięki za te miłe słowa, wysłuchuję ich w pokorze. Jednak uważam, że nie moją rolą jest składanie takich deklaracji.

O.: Dobra, to z innej strony. „Algeymi” jest jednym z lepszych albumów, jakie ukazały się w tym roku. Ale o ile wiem, krążek był gotowy już dwa lata temu, jednak nie pasowała Wam produkcja i postanowiliście nagrać go ponownie, zgadza się?

D.G.: Tak było. Pod koniec 2016 roku nagraliśmy „Algleymi” w naszej sali prób i studio w jednym – Gryfjan. Miksy zakończyły się w styczniu 2017 roku, ale zdałem sobie sprawę, że niestety brzmi to kiepsko. Nie przygotowaliśmy się do tej sesji odpowiednio, a sprzęt, jaki został użyty, był raczej tani. Stwierdziliśmy więc, że to będzie obraza dla naszego zespołu, jeśli wypuścimy ten album w takiej formie, nagraliśmy go więc raz jeszcze. Tym razem zrobiliśmy to prawidłowo. Bębny nagraliśmy w profesjonalnym studio, resztę w naszym własnym studio, ale na lepszym sprzęcie. No i odbywaliśmy bardziej intensywne próby. Jestem zadowolony, że podjęliśmy taką decyzję. Warto było czekać.

O.: W pełni się zgadzam. Natomiast w wywiadzie dla „Bardo Methodology” wspominałeś, że ważna jest też równowaga. Na nowym krążku świetnie to słychać – znajdziemy na nim sporo świetnych momentów, zahaczających o klasykę rocka, jak na przykład echa Thin Lizzy w „Með svipur á lofti”, ale z drugiej strony są one równoważone przez pełne niezwykłej atmosfery black metalowe partie. Jak udaje się Wam połączyć te dwie rzeczy?

D.G.: Tak, dobrze jest utrzymywać równowagę między surowymi i nie do końca surowymi fragmentami w muzyce. A nawet tymi całkowicie łagodnymi. Oczywiście wszystko zależy od konkretnego utworu czy albumu i od tego, co artysta chce osiągnąć. Jeśli przez dłuższy czas grasz muzykę, w której nic się nie zmienia, dla słuchacza może to być męczące, lub wręcz zniechęcające. Jeśli tracisz poczucie dynamiki, tracisz również moc przekazu. Ciemność nie istnieje bez światła.

O.: Gdy tak sobie słucham „Söngvar elds og óreiðu” a po nim „Algleymi” to słyszę spore różnice między tymi dwiema płytami. Też je słyszysz? Jeśli tak, na czym według Ciebie one przede wszystkim polegają?

D.G.: Myślę, że najważniejszą i najbardziej oczywistą różnicą jest ta w kwestii brzmienia. Muślę też, że staliśmy się bardziej doświadczeni jako muzycy i wykonawcy sceniczni. Dla mnie osobiście to co pokazaliśmy na „Algleymi” jest olbrzymim krokiem naprzód, w porównaniu do tego, gdzie byliśmy jeszcze niedawno. I to chyba przesądza o doniosłości zmian na tym krążku.

O.: To nie jedyne zmiany, bowiem przeszliście też z Terratur Possession do Norma Evangelium Diaboli. Oba te labele są wspaniałymi wytwórniami, mocno poświęcającymi się podziemiu. I ściśle podziemnymi. Podejrzewam na ten moment, że Misþyrming nie widzi siebie w jakimś majorsie. Co jednak sprawiło, że wybraliście tym razem właśnie Norma Evangelium Diaboli?

D.G.: Jestem wdzięczny Terratur Possessions i Fallen Empire za wszystko co dla nas do tej pory zrobili. Jednak w przypadku „ Algleymi” zdecydowaliśmy się na kolejny krok w naszej karierze. Norma Evangelium Diaboli cechuje się bardzo wysokimi standardami jakości, a my właśnie tego oczekiwaliśmy dla Misþyrming. Ponadto ich katalog jest niewiarygodnie imponujący.

O.: Ano jest, teraz jeszcze bardziej. To teraz o czymś innym. Misþyrming na początku był w 100% Twoim zespołem, byłeś odpowiedzialny za muzykę, teksty i całą resztę. Czy zbiegiem czasu i poszerzaniem się składu uległo to zmianie? A może jednak trudno jest znaleźć osoby, które w całości podzielałyby Twój muzyczny gust i ideologiczne zapatrywania?

D.G.: Rzeczywiście, Misþyrming powstało jako mój solowy projekt, bo trudno mi było uwierzyć, że spotkam osoby, które podzielały by moją wizję w 100%. Każdy ma swój indywidualny gust. W dalszym ciągu sam piszę muzykę i przewodzę zespołowi, ale rola pozostałych członków również jest bardzo ważna. Zespół wierzy w mój osąd spraw istotnych pod względem muzyki i pozostałych elementów. Ponadto mamy swoje inne projekty, jak na przykład Naðra, więc każdy może w nich rozwinąć swoją własną wizję artystyczną.

O.: Poza kwestiami stricte twórczymi jesteś również odpowiedzialny za sound „Algleymi”, jak również i innych płyt pochodzących Islandii. Co sprawia Ci większą satysfakcję – tworzenie muzyki, czy jej produkowanie?

D.G.: Zarówno granie muzyki jak i jej produkowanie są moimi dwiema największymi pasjami. Nie mogę powiedzieć, które jest dla mnie ważniejsze. Ale chyba muzyka daje mi więcej szans żeby się rozwijać, szczególnie jeśli chodzi o uczenie się występów na żywo, gdzie pasja przeradza się w prawdziwą energię. Z kolei produkcja to bardzo ważna cześć końcowego etapu procesu powstawania muzyki, ja zaś bardzo się angażuję, wraz muzykami – twórcami w to dzieło.

O.: A jak to jest z inspiracjami jeśli chodzi o bycie producentem. Każdy z muzyków cos zawsze powie, że inspirował się tym czy innym, a jaki jest Twój cel jeśli chodzi o produkowanie muzyki, nadawanie jej brzmienia?

D.G.: Lubię duże brzmienie, głośne gary, mocne gitary. W przypadku „Algleymi” taki był mój zamysł, ale nie jest tak w przypadku każdej płyty. Na przykład, ostatni zajmowałem się debiutem Andavald, gdzie gitary są bardzo specyficzne, mają specyficzne brzmienie. Zdecydowanie inny sound od tego, co zazwyczaj tworzę. Dzięki temu ten album jest dość specyficzny i unikalny. A kto mnie zainspirował? Przede wszystkim Kurt Ballou. Bardzo podobało mi się to co zrobił dla Nails, szczególnie na „Abandon All Life”.

O.: A tej jesieni zagracie ponownie w Polsce. To nie Wasz pierwszy raz w moim kraju, masz jakieś skojarzenia albo wspomnienia po wcześniejszym występnie w Krakowie?

D.G.: Show, które zagraliśmy w Krakowie było dobre. To tam powstało video do “Söngur heiftar”. To był nasz ostatni koncert na trasie Mgła/One Tail, One Head/Misþyrming/Kringa. No i Clandestine Blaze doszło na samym końcu. Największy koncert na całej trasie, do tego w kolebce Mgły. Około tysiąca ludzi, świetne miejsce no i doskonała atmosfera podczas całego wieczoru. Po wszystkim zrobiliśmy sobie małe afterparty. Niestety nie było czasu uderzyć w miasto po wszystkim, ale liczę, że nadrobimy to przy najbliższej okazji.

O.: No właśnie widziałem Was podczas tego kncertu i muszę powiedzieć, że to był świetny koncert. Wasze show emanowało złem. To jak to u Ciebie, myślisz, że black metal jest po prostu formą rozrywki, podczas którego można się bawić i pić piwko, czy może mają one jakieś głębsze znaczenie dla Ciebie?

D.G.: Każdy kto chce zapłacić za wejście na koncert jest mile widziany. A przynajmniej tak długo jak nie każe innym skupiać sobie uwagi na sobie. Choć niektórzy wolą stać na przykład z boku z rękami założonymi za plecy. No i spoko. Osobiście wolę gdy publika szaleje i wszystkim puszczają hamulce. Niech to będzie napierdalanie głową, pięści w powietrzu, wznoszenie okrzyków, czy cokolwiek. Gdy widzę takie rzeczy na koncercie Misþyrming, wiem, że ludziom się podoba. I zazwyczaj tak właśnie jest, a przynajmniej to właśnie widać w pierwszych rzędach. No i nie wiem, czy black metalowy koncert jest ma jakieś większe znaczenie niż inne koncerty. Nic mi o tym nie wiadomo. Może jest tak, że black metalowe koncerty generują poczucie, że uczestniczysz w jakimś złym gównie. A z drugiej strony są nie black metalowe zespoły, które potrafią sprawić, że atmosfera staje się prawdziwie szalona.

O.: A czy nie sądzisz, że black metalowa scena podąża w coraz bardziej ułagodzonym kierunku? I nie mówię tu o muzykach, ale raczej o fanach, o zinach i tak dalej. Dziś trudno jest kogoś nie obrazić. Ludzie chcą, żeby black metal był fajny i przyjazny dla kogo się da. Dla wegetarian, dla homoseksualistów, dla kobiet, dla mniejszości, dla ludzi o innym kolorze skóry niż biały, czy kurwa dla ludzi religijnych. No i nawet jeśli nie mam nic przeciwko tym grupom – kurwa, to jest black metal. A z drugiej strony dostajesz zdjęcie Nergala z księdzem albo laską w hidżabie i podpis „Black Metal nie powinien nikogo dzielić”. Kurwa. Jaki jest Twój pogląd na te sprawy?

D.G.: Black metal to odpychająca kultura z samej swojej definicji. Taka jest klasyczna definicja black metalu, która niestety przez wiele lat została wypaczona, wraz z rozlewaniem się na inne subkultury, podobnie jak w przypadku innych gatunków – uważam, że to nie powinno być mile widziane. Ale problem o którym mówisz, nie istnieje tylko w obrębie black metalu. Po prostu spora część dzisiejszego społeczeństwa chce wszystko owinąć w bawełnę i zrobić z tego bezpieczną przestrzeń. Ale w jakim stopniu się to sprawdzi albo czy w ogóle się sprawdzi – tego nie wiem. Taki mamy trend. Oczywiście intencje są dobre, ale efekty nie zawsze są pozytywne. Niektórzy próbują upolować każdego i coś mu wytknąć, kogo tylko mogą, licząc że wypadną przy tym dobrze. Może nawet robią ro nieświadomie. Tak jakby bycie tym obrażanym było spoko. Niestety takie rzeczy dzieją się wewnątrz metalowej społeczności, a ludzie grzebią w gównie, żeby wydrapać jeszcze jakiś brud i móc go wykorzystać w wirtualnej rzeczywistości. Helgi, nasz perkusista dodaje: To jest efekt uboczny naszej kultury on line. Gdy jesteśmy na coś wkurwieni po prostu udostępniamy status na ten temat. Gniew zawsze przezwycięży ból i to dlatego raczej będziemy postępować impulsywnie w sposób, który będzie autodestrukcyjny niż progresywnie konstruktywny. W takim stanie jakakolwiek dyskusja jest jak gadanie po próżnicy. Ty masz rację, a każdy inny jest w błędzie. Ta manifestacja naszej kultury on line sprawia, że każdy jest naraz wściekły i urażony, na różnych płaszczyznach równocześnie, bez znaczenia co aktualnie Cię obraża. Efekt tego jest taki, że pod rozpędzony autobus wpychamy więcej osób niż faktycznie powinniśmy. A tak na marginesie, mniejszości zawsze znajdowały się w ekstremalnej części metalowej społeczności. Popatrz na Caller of the Storms czy Ghaala. Pytaniem jest – czy to, że seksualność Ghaala różni się od większości wpłynęło jakoś na to, jak zaczął Gorgoroth i co go zdefiniowało?

O.: Paradoksalnie, dzisiejsza scena black metalowa ma w sobie sporo świeżości. Może trochę jak na początku la dziewięćdziesiątych, kiedy cały black metalowy ruch zawrzał. Tak jak wtedy, tak i teraz mamy sporo osób w Twoim wieku, które podobnie postrzegają ideologiczną stronę black metalu, starają się, by wnosić coś nowego a równocześnie trzymać się korzeni. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

D.G.: Dokładnie tak jak mówisz. Obecnie mamy mnóstwo świetnych zespołów, które rozumieją o co chodzi w black metalu, a ich twórczość jest niesłychanie interesująca.

O.: W 2015 roku „Söngvar elds og óreiðu” okrzyknięto najlepszym albumem według naszych czytelników. Przyznam, że sam byłem zaskoczony, bowiem byliście wówczas cholernie podziemnym zespołem. Myślę, że Misþyrming ma potencjał, by być docenianym nie tylko przez metalowców, jeśli wiesz o co mi chodzi. No i na Roadburn nie zagraliście przez pomyłkę, więc coś w tym jest…

D.G.: Dokładnie! Cóż mogę powiedzieć, to strasznie mi schlebia i jest to niezmiernie miłe, że ktoś docenia naszą ciężką pracę.

O.: Na Islandii żyje około 300 000 osób, do tego macie około 80 aktywnych zespołów. Tu gdzie mieszkam, w Rzeszowie, jest około 200 000 osób i 50 aktywnych zespołów, choć ni chuja w to nie wierzę. Zawsze mnie to zastanawiało, co takiego jest w zespołach z Islandii i samych Islandczykach – jak na dość małą społeczność macie duży odsetek zespołów, które przede wszystkim są bardzo dobre. Masz jakiś pomysł, skąd to się bierze?

D.G.: No właśnie nie, haha! Może to bierze się stąd, że każdy w jakimś zespole ma do tego jakiś inny zespół. Na przykład Tómas z mojej kapeli udziela się jakoś w dwunastu innych hordach.

O.: No i skoro jesteście tak zajęci to nie będę Wam zabierał więcej czasu. To chyba miejsce w którym skończymy. Na koniec powiedz, jaki krążek ostatnio sobie zakupiłeś?

D.G.: Jakiś czas temu wdepnąłem do lokalnego sklepu płytowego i zauważyłem że mają tam krążek zatytułowany „Nostalgia” na dwunastocalówce – islandzkiego twórcy techno Oculus. Oculus to dobry chłopak, robił sound dla Misþyrming, a także dla innych związanych z nami kapel. Postanowiłem więc kupić ten krążek i zobaczyć co tam nagrał. A poza tym kupuje głównie cyfrowe wersje na bandcampie, na przykład Vortex of End.

Autor

11246 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

  • „A czy nie sądzisz, że black metalowa scena podąża w coraz bardziej ułagodzonym kierunku? I nie mówię tu o muzykach, ale raczej O FANACH, O ZINACH i tak dalej. Dziś trudno jest kogoś nie obrazić. Ludzie chcą, żeby black metal był fajny i przyjazny dla kogo się da. Dla wegetarian, dla homoseksualistów, dla kobiet, dla mniejszości, dla ludzi o innym kolorze skóry niż biały, czy kurwa dla ludzi religijnych. NO I NAWET JEŚLI NIE MAM NIC PRZECIWKO TYM GRUPOM (…)”
    – dobrze, że zostało to zaznaczone, jeszcze by się ktoś poczuł urażony 😀 Istotnie, zagadką jest skąd to ułagodzenie sceny 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *