Lubię ten zespół i chciałem go zwywiadować już po wydaniu drugiego albumu, „Deceased to Exist”. Długo milczeli, już nawet myślałem, że zakończyli działalność, szczęśliwie całkiem niedawno ukazał się nowy album – „Ornaments of Severity”, gdzie dostaliśmy ochłapem szwedzkiego death metalu. I to właśnie o nim, jak też o specyfice dzisiejszej sceny porozmawiałem z Christianem Sandbergiem.

 

Oracle: Hailz! „Ornaments of Severity” to bardzo dobre przełamanie kilkuletniej ciszy w Waszych szeregach. Ale jednak ta cisza trochę trwała, możesz więc na początek powiedzieć, dlaczego tak długo zeszło Wam z wydaniem tego krążka?

Christian: Hello! Cóż, do powodów na pewno można zaliczyć zmiany składu, nasze side – projecty, przeprowadzki i tak dalej… Kiedy Rikard opuścił nasze szeregi w 2015 roku to musieliśmy z Henriciem trochę rzeczy przemyśleć – zdecydowaliśmy się jednak na zrobienie nowej płyty. A cały proces był dość czasochłonny, uwierz mi.

O.: A widzisz, o zmianie w składzie nie wiedziałem. Ok, to było na rozgrzewkę, a teraz może dość trywialne pytanie, ale nie widziałem jeszcze wywiadu z Maim po polsku – nikt z mojego kraju nie był zainteresowany odpytaniem Was? A skoro w polskiej prasie jeszcze nie opowiadałeś o historii Maim… czy mógłbyś rzucić słówko o Waszych początkach?

Ch.: No właśnie wydaje mi się, że Ty jesteś pierwszym! Ok, a więc tak w skrócie – Maim powstał w Åtvidaberg w Szwecji, z inicjatywy Christiana Sandberga, Joakima Anderssona, Rikarda Ottossona i Henrics Ottossona. Chcieliśmy grać surowy i ciężki death metal. Wkrótce po tym podpisaliśmy kontrakt z Soulseller Records, którzy wydali nasz debiutancki album „From the Womb to the Tomb” (w 2009 roku), a następnie „Deceased to Exist” (2011 rok). W 2015 roku ukazała się EPka „With Dawn Comes Death”. Wcześniej bo w 2012 roku Joakim odszedł z kapeli, a Maim stał się triem. Następnie, jak wspomniałem, z kapelą rozstał się Rikard, a w Maim zostałem tylko ja i Henric. Ja zająłem się wokalami. A po tym jak nagraliśmy album zrekrutowaliśmy Niclasa Löfgrena na bas.

O.: Ok, a czy Rikard i Henric to bracia? Bo są cholernie podobni, więc ryzykowałbym stwierdzenie, że bliźniacy – no i mają to samo nazwisko…

Ch.: Hahah, tak myślisz? Nie, to są kuzyni. I po prostu noszą to samo nazwisko.

O.: O ile wiem, wypuściliście demówkę „From The Womb To The Tomb”, która jednak nigdy oficjalnie nie została wydana. Dlaczego? Przecież demówki są po to, żeby się nimi dzielić, hehe… No i podobno ponownie nagrana wersja tego albumu jest niczym innym jak Waszym debiutem – jak duże w takim razie są różnice pomiędzy tymi dwoma materiałami?

Ch.: To prawda, nagraliśmy to demo w 2007 roku, zamieściliśmy na nim siedem numerów. A prawda jest taka, że nie puściliśmy tego w obieg, bo nie przypuszczaliśmy, że komuś będzie na tym zależało. Pochodzimy z bardzo małego miasta, byliśmy tam jedynym zespołem metalowym. Nie mieliśmy żadnego kontaktu ze sceną i po prostu robiliśmy swoje. Wrzuciliśmy to demo na MySpace, a parę miesięcy później Soulseller Records skontaktowało się z nami – chcieli podpisać z nami kontrakt. Ale żeby zrobić z tego pełnowymiarowy album dołożyliśmy jeszcze trzy kawałki i nagrali wszystko od nowa. A jedyną osobą, która ma tę taśmę demo jest pałker Necrovation, Andreas Bunger. A jaki wspaniały jest jej sound…

O.: No a z brzmienia debiutu ponoć nie jesteście zadowoleni… dlaczego? Nie odezwaliście się podczas sesji nagraniowej do realizatora czy co? A może teraz się Wam odmieniło?

Ch.: No właśnie dlatego, że wolimy brzmienie z demówki, hehe…

O.: Na tym materiale znalazł się tez cover Autopsy. CO tak zajebistego jest w „Ridden with the Disease”, bo na przykład mój kolega z polskiego Dira Mortis też zarejestrował ten utwór, hehe… Jego zdaniem słuchanie Autopsy to jak spacerowanie po śmierdzacym, opuszczonym szpitalu – masz podobne wrażenie?

Ch.: Ten numer reprezentuje wszystko to, o co chodzi w Maim. To jest brudny, surowy, chropowaty death metal prosto w ryj. Moim zdaniem z kolei Autopsy jest niezłym soundtrackiem na nocną przechadzkę po cmentarzu.

O.: Zapoznałem się z tekstami z „Deceased to Exist”, i generalnie nie jest to skomplikowane przesłanie – ogólnie, gore, śmierć, te sprawy. Nie czytałem natomiast jeszcze tekstów na trzeci album, ale podejrzewam że nie zmieniło się tu wiele. Myślisz, że to najlepsze co może się znaleźć w tekstach death metalowej kapeli – że są nierozłącznie związane z death metalem tak jak na przykład Szatan czy nienawiść z black metalem? Nie macie ambicji, by uleczyć świat tak jak na przykład Paul Speckmann?

Ch.: Ekstremalna muzyka wymaga tekstów, które będą do niej pasowały. Zawsze pisałem sporo tekstów, a na nowy krążek napisałem wszystkie. Różnica jest taka, że teraz mają moim zdaniem one większą głębię. Teksty na „Ornaments of Severity” opowiadają o różnych aktach przemocy, ale znajdziemy w nich lekką nutkę okultyzmu, nadnaturalności. Do tego inspirowane są prawdziwymi wydarzeniami, które miały miejsce w historii. Na przykład taki „The Judas Candle” opowiada o średniowiecznej torturze, co zresztą dobrze reprezentuje również naszą muzykę. Dla nas ważne jest, by teksty przenosiły tę agresję.

O.: A co ważne jest gdy pracujesz nad muzyką? Co jest wówczas waszym celem? Brutalność, chwytliwość, feeling?

Ch.: Przede wszystkim – muzyka musi być brutalna ale i interesująca. Ale oczywiście esencją wszystkiego jest feeling. Z kolei nie rozpatrujemy nigdy jej w kwestii „chwytliwości”, ale groove również jest dla nas ważny, powinien mieć miejsce we wszystkim co robimy.

O.: Podoba mi się okładka Waszej najnowszej płyty, w jakiś sposób przypomina mi frot covery okładek Slayer. Autorem jest Matthias Frisk, który udziela się również w znakomitym Vanhelgd, a do tego ma na koncie sporo innych prac. Dlaczego zdecydowaliście się aby wybrać jego? Na pewno różni się od innych okładek. Poza tym fajną sprawą są video, które zamieszcza w sieci z procesem powstawania poszczególnych okładek…

Ch.: Mattias to nasz przyjaciel, współpracujemy z nim już od okładki do „Deceased to Exist”. Wtedy byliśmy jego pierwszym oficjalnym klientem! On wie o co chodzi w Maim, a my jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani z jego prac. Zawsze uwielbialiśmy kolaże na okładkach Napalm Death czy Slayer, a okładka na nowy album zrobiona jest właśnie w ten sam sposób – jako kolaż wycięty z kartek, położony na obraz olejny. Tak, naprawdę lubie te jego video, a jeśli będziesz tego lata w Szwecji powinieneś wpaść na wystawę jego prac w Linköping. On jest bardzo kreatywnym artystą, a także kompozytorem w Vanhelgd.

O.: A motywy na koszulki też robił Mattias? Co sądzisz o metalowcach, którzy twierdzą, iż nie będą nosili koszulek, skór i tak dalej, bo są zbyt dojrzali na takie rzeczy?

Ch.: Mattias zrobił ten motyw ”With Dawn Comes Death”, a wcześniejsze wykonaliśmy sami. Nie wiem, czy tej z motywem Gravedigger nie robił przypadkiem jakiś Polak, hehe… W sumie to nigdy nie słyszałem, żeby tak mówił, ale hehe – nawet bym się nie przejął.

O.: Wszystkie Wasze trzy albumy ukazały się dzięki Soulseller Records, którzy może i nie są najpopularniejszym czy największym labelem, ale wydają zazwyczaj dobre rzeczy. Będziecie kontynuować tę współpracę?

Ch.: Tak, na pewno wydali sporo dobrego jakościowo metalu przez te lata. Podpisaliśmy z nimi kontrakt na trzy albumy i z wszystkich tych wydań jesteśmy zadowoleni. Ale na pewno to my jeszcze nic nie wiemy, trochę na to za wcześnie.

O.: A to z innej półki – jaki Twoim zdaniem jest obecnie główny czynnik, który sprawia, że szwedzki death metal jest wciąż popularny. Wiele osób zrzuca winę na książkę „Swedish Death Metal”, myślisz że mają rację? Czytałeś w ogóle tę książkę? Myślisz, że jest potrzebna?

Ch.: Może to taka kontr-reakcja na cały ten wypolerowany i ugrzeczniony syf. Tak, czytałem tę książkę, jest naprawdę dobrze napisana i można w niej znaleźć mnóstwo interesujących faktów. Choć osobiście uważam, że to wszystko powróciło dzięki Death Breath. Widzieliśmy ich na żywca w 2007 roku, gdy cały ten boom przybrał się na sile i naprawdę wtedy zamordowali.

O.: Jako, żę jest to w jakimś sensie moda, jak myślisz, ile kapel z dziś działających rozpadnie się gdy tylko zaczną się pojawiać pierwsze oznaki zmęczenia materiału? Masz jakieś wyobrażenie na temat tego, jak powiedzmy za pięć lat będzie wyglądała scena w Szwecji? I oczywiście mam nadzieję, że za pięć lat to ja będę recenzował Wasz kolejny album, hehe…

Ch.: W sumie to nie jestem na bieżąco ze sceną death metalową w Szwecji. Trendy przychodzą i odchodzą. Gdy my zaczynaliśmy, nie należeliśmy do żadnej sceny, dopiero po nas pojawiło się Death Breath i książka o szwedzkim death metalu. My z kolei raczej inspirowaliśmy się (i dalej się inspirujemy) sceną amerykańską niźli szwedzką. W Maim w dalszym ciągu robimy rzeczy w ten sposób jak robiliśmy to dziesięć lat temu. Z naciskiem na stworzenie brudnego i surowego death metalu bez kompromisów. I tak naprawdę nie zależy nam na sprzedawaniu płyt czy jeżdżeniu w trasy. Jestem też pewien, że Maim ma jeszcze kilka lat życia przed sobą.

O.: Oby tak było. A gdyby była taka możliwość – chciałbyś się urodzić powiedzmy dekadę wcześniej, żeby być częścią tej powstającej właśnie sceny death metalowej? Sporo ludzi mówi ,”kurwa, że też nie urodziłem się wcześniej, żeby zobaczyć to na własne oczy!” – też tak masz? Ja uważam, że zawsze możesz robić swoje, bez względu na okres…

Ch.: Wolałbym raczej w ten sposób doświadczyć amerykańskiej sceny thrash i death metalowej z lat osiemdziesiątych.

O.: A nie wkurwiają Cię narzekania, szczególnie ze strony starszego pokolenia metalowców, że dzisiejsze młode kapele to nic tylko kopiują coś, co wymyślono już dawno temu? I że i tak nic nie przebije starych, klasycznych albumów? Moim zdaniem to gówno prawda, szczególnie jeśli popatrzy się na kondycję tych „klasycznych” kapeli w dzisiaj…

Ch.: Myślę, że każda kapela w jakiś sposób kopiuje inne kapele. Musisz mieć przecież jakieś muzyczne odniesienia aby stworzyć nową muzykę. I mogę się z Tobą zgodzić. Niektóre stare, klasyczne kapele po prostu nie dotrwały do naszych czasów. Feeling i energia zniknęły. Widziałem Exodus kilka lat temu i to było doprawdy żenujące. Podtatusiali muzycy w bandanach i dziwnych spodniach krzyczący o moshpicie i innym gównie. A co się stało z Morbid Angel? Scena potrzebuje więcej głodnych brutalności kapel, aby utrzymać tę muzykę przy życiu. Dla mnie lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte były najciekawszym okresem w ekstremalnej muzyce i musimy utrzymać tę spuściznę.

O.: Zgadzam się w całej rozciągłości. A żeby zakończyć wywiad jak na Chaos Vault przystało, powiedz czego słuchałeś odpowiadając na moje pytania? I dzięki za odpowiedzi!

Ch.: To ja dziękuję za wywiad! Zdrowie wszystkich maniaków w Polsce! A słuchałem sobie Vangelis „Spiral” i Franka Zappy „Have I offended someone?”.