Lvcifyre: „… to wizje i manifestacja piekieł…”

Nie jestem odosobniony w opinii, że debiutancki krążek Lvcifyre to potężna dawka black/death metalowego grzańska, z infernalną polewą. Skoro tylko pojawiła się możliwość zadania kilku uprzejmych pytań członkom tej kapeli, chętnie przystałem na tę okoliczność. I myślę, że był to strzał w dziesiątkę, bo – co widać po poniższej rozmowie – nie tylko do komponowania mają oni głowę, ale i do udzielania niezłych odpowiedzi. Żeby więc nie przedłużać – przed Wami T.Kaos, odpowiadający w zespole za wokal i gitarę.

Oracle: Witaj! Może na początek, pochwal się co tam ostatnio nowego w obozie Lvcifyre? Ponoć zaszły zmiany w kwestii wydawcy – co nie podobało się Wam u Pulverised Records, że przeskoczyliście do innego labelu?

T.Kaos: Hails! Wróciliśmy właśnie z Danii gdzie łupaliśmy razem z Sulphurous, Mold, Vorum i Degial. Był totalny rozpierdol i zjednoczenie się z Chaosem. Poza tym szykujemy się do nagrania drugiej płyty , które odbędzie się za jakieś dwa – trzy miesiące. Zmieniliśmy stajnię na Dark Descent Records z czego jesteśmy na razie dość podekscytowani, gdyż Matt (właściciel) słynie z dobrej roboty, jaką wkłada w promowanie swoich zespołów. Co do Pulverised to ciężko ich nazwać wytwórnią, raczej dystrybucją, zero promocji, ciężki kontakt i ciągłe ściemnianie, poza tym mają w tej chwili raczej chujowe bandy i dobrym ruchem było zakończenie współpracy.

O.: Okej, aktualności mamy za sobą,cofnijmy się do bardziej zamierzchłych czasów… Lvcifyre założyłeś dokładnie pięć lat temu, co było głównym impulsem do poczynienia tego kroku? Brak zajęć na obczyźnie czy jak, heh?

T..K.: Przez kilka lat przed tym jak założyłem Lvcifyre, grałem w Adorior, narobiło się trochę kwasów i generalnie raczej mało istnieliśmy i nikt nie chciał chyba iść z tym dalej. Razem z Slutsodomizerem (gitarzysta z Adorior) założyliśmy projekt – zespół o nazwie Whorelicker, nagraliśmy jakieś dema, potem przyłączył się do nas Bonewhipper (Bastek z Witchmaster, Devilyn), bo wolałem być frontmanem niż garowym i muza zaczęła nabierać dużo większego kształtu, niż Whorelicker, który raczej skupiał się na prymitywnym i destruktywnym stylu. Tak właśnie powstał Lvcifyre.

O.: O ile wiem, Lvcifyre zaczął jako skład polsko – polski, teraz to już trochę się pozmieniało. Jednak żaden członek ze składu kapeli nie splamił się partycypowaniem w kapelach, które nie można byłoby określić mianem „ekstremalne”, zgodzisz się ze mną? Czy to był jeden z czynników branych pod uwagę przy przyjmowaniu nowych członków do kapeli?

T.K.: Lvcifyre powstał jako projekt polsko – angielski, potem przyłączył się do nas grecki Alex z The One, Macabre Omen, Razor of Occam. Następnie straciłem cały skład i znalazłem Menthor’a z Corups Christi, z którym skumałem się zajebiście od samego początku i zaczęliśmy pracować nad płytą. Potem dołączył Cvltvs i Dictator znany z Necrosadist. Oczywiście nie jestem zainteresowany grać ze zwykłymi ludźmi, którzy nie fascynują się Satanizmem, Kultami Nocy, Śmiercią i Death/Black Metalem. Lvcifyre to wizje i manifestacja piekieł, każdy z nas zjednacza się z otchłanią podczas obcowania z tymi siłami w wielkim wirze, który wytwarzamy jako piąty element/żywioł.

O.: Czyli się myliłem z tym składem polsko – polskim, cóż. Jak to było na początku, wiedziałeś od razu, w jakiej stylistyce ma poruszać się Lvcifyre? Pytam, bo Wasze inne zespoły obracały się w innych nurtach muzycznych, nawet jeśli były one równie ekstremalne, pod tym czy innym względem…

T.K.: Lvcifyre jest bardziej duchowy niż jakikolwiek inny zespół, w którym się udzielaliśmy, nie narzuciliśmy tu żadnej reguły, wszystko wydobyło się naturalnie z naszej podświadomości i ukazało się nam, wiemy czego chcemy i jesteśmy pewni ścieżki jaką podążamy.

O.: Czytałem z Wami jakieś wywiady i powiem tak – nie wszyscy chyba przesłuchali dokładnie Wasz debiut, zgodzisz się ze mną? Porównania do Vader i Behemoth są dla mnie co najmniej nietrafione, nie sądzisz? Na tej samej zasadzie ludzie mogą się dziwić, że nie macie wąsów jak Wałęsa albo nie chodzicie na biało jak papież Polak, hehe… Myślisz, że to ignorancja, lenistwo?

T.K.: Myślę, że niektórzy mają zjebany gust i może Vader czy Behemoth stanowi dla nich Apogeum Death Metalu i chcą wszystko przeciągnąć przez taki właśnie filtr, możliwe też, że koleś przesłuchał już przed nami dwadzieścia płyt i miał lekką lobotomię więc zatracił sens jakości i blastbeat, kojarzył mu się z Vader i Behemoth, no nie wiem ciężko powiedzieć, ludzie raczej nie starają się naprawdę poczuć muzy, porównywanie jest dla nich łatwiejsze, czasami robią to na siłę, tak jakby kwalifikacja płyty była celem. Pamiętam mieliśmy totalnie głupia recenzje w Zero Tolerance, pisali ze jesteśmy naprawdę dobrzy jak Morbid Angel, zajebiste gary, solówy, wokale ale jednak nie aż tak dobre jak najlepsze momenty Morbid Angel, po przeczytaniu takiego bałaganu można tylko strzelić karpia.

O.: Jeszcze odnośnie inspiracji i porównań… Osobiście, gdybym ja miał porównać muzycznie Was do jakiegoś zespołu z Polski byłby to Azarath – mam przesrane, czy już tak źle nie było tym razem, hehe?

T.K.: Azarath jest polskim rodzynkiem, nie ma mocnych, totalnie rozpierdala choć wolę płyty razem z Brunem niż ostatnią. Porównanie bardzo przyjemne. Hail Azarath!

O.: Waszym pierwszym materiałem jest „Dying Light Ov God” – przyznam, że jest mi ta siedmiocalówka obca, powiedz mi więc proszę, czy Twoim zdaniem muzyka z tej EPki bardzo różni się od materiału z debiutu?

T.K.: Materiał dużo bardziej surowy, byłem dość świeżo po odejściu z Adorior, myślę, że ta bestia gdzieś tam emanuje od czasu do czasu. Muza jest bardziej chamska łupie niemiłosiernie i miażdży melodyka, prawdziwego Death Metalu z lat dziewięćdziesiątych. Płyta jest dużo bardziej głębsza, potężna, zbalansowana i pierwotne uczucie jest dużo bardziej silniejsze niż na EPce.

O.: Jako, że „Dying Light Ov God” ukazało się na siedmiocalowym winylu, w niewielkim zapewne nakładzie – jest szansa, że kiedyś ją wznowicie? Czy może dopiero jak wydacie kilka takich krążków, zbierzecie je któregoś dnia do kupy i wydacie na jednym kompakcie twierdząc, że to prezent dla najwierniejszych fanów, hehe?

T.K.: Chyba można ją ciągle kupić, wydała ją ta sama stajnia co płytę, mianowicie szwedzka Blood Harvest, wiem, że „Dying Light” jest jednym z bestsellerów tej wytwórni. Wznowienie – czemu nie, jeżeli będzie taka potrzeba i cały nakład jest faktycznie wyprzedany to zrobimy dodruk, a może dodatek na jakiejś płycie.

O.: „The Calling Depth”, Wasz debiut, mocno chłoszcze dupę, czego zapewne jesteście świadomi, hehe. Powiedz, czy trudno jest skomponować krążek, który słuchacza zmaltretuje swoją bezsprzeczną brutalnością i intensywnością, a równocześnie nie zanudzi? Gdzie Twoim zdaniem przebiega ta cienka linia pomiędzy metalową rzeźnią, a metalową, jednostajną nudą?

T.K.: Nie jest łatwo skomponować dobrą muzę, Lvcifyre to formula transformacji, z każdym numerem tak naprawdę piszemy około pięciu innych, które się przeplatają, mieszają aż w końcu ustalają ostateczną formę jednego kawałka. Mimo tego, że czujemy się bardzo wyzwoleni w tworzeniu i nie zamykamy się w jakichś schematach melodycznych typu skale itp to ustalamy formułę, której się trzymamy, formuła ta określa uczucie jakie chcemy uzyskać z danym numerem, przeważnie są to bardzo gniewne i obskurne uczucia, dlatego też podczas słuchania Lvcifyre jesteś chłostany ogniem. Ostatnim stanem kreacji, nad którym się właśnie skupiamy dokańczając nasz drugi krążek to filtr szczerości, jakikolwiek szczegół, riff, moment w numerze lubisz bo przypomina ci on jakieś fajne momenty, numery, obrazy itp zostaje usunięty aż dzieło stanie się czyste, bez jakichkolwiek wpływów z zewnątrz i osiągnie stan, gdzie podświadomość twórców góruje nad świadomością. Co do drugiej części pytania to metalowa rzeźnia też może być nudna,wszystko zależy od twórców – jak bardzo są oni oddani sprawie, jak bardzo są szczerzy i przede wszystkim jak duży posiadają iloraz geniuszu.

O.: Skąd inąd gdzieś przeczytałem, że nie przepadasz za „The Calling Depths” – jakże to? Czy Twoje emocje względem tej płyty opadły dopiero teraz, gdy na horyzoncie powoli pojawia się nowy materiał, czy może zaraz po wyjściu ze studia stwierdziłeś, że jednak ten krążek nie podoba Ci się?

T.K.: „The Calling Depths” został schwytany podczas 11 dni i nocy, ciężko pracowaliśmy aż do upadku sił każdej doby, było potężnie i bardzo kreatywnie. Po wyjściu ze studia byliśmy chyba dość wyczerpani psychicznie i materiał jakoś nam nie podchodził, potem zaczęły się miksy już na odległość i przez telefony. Płyta podobała mi się przez jakiś czas, ale jak wspomniałeś, kiedy zaczęliśmy pracować nad nowym materiałem i poczułem jak potężna będzie nowa płyta nie mogłem tego nawet porównać mimo tego, że nie jest to jeszcze nagrane, myślę, że zrozumiesz oczym mówię, kiedy dojdzie do ciebie dwójka.

O.: Teksty na „The Calling Depths” nacechowane są okultyzmem, lucyferianizmem (tak mi się przynajmniej wydaje), nie mogę więc odmówić sobie zagadnięcia o te aspekty… Jak rozumiem, jest to nie tylko fajny temat dla liryków, ale zapewne coś bardziej osobistego i ważnego dla Ciebie? Z drugiej strony, ilekroć ktoś mówi na łamach zinów o okultyzmie, zazwyczaj jego wypowiedź zamyka się w stwierdzeniu, że rytuały są zbyt osobiste i nie będzie się o nich wypowiadał publicznie…

T.K.: Nie mówi się o tym publicznie, bo to nie jest info dla zaspokojenia ludzkiej ciekawości, tylko coś co sięga poza ego i jego zadowolenie, są one celebracją ciemności i mocy Klifotycznych. Jedynka Lvcifyre tekstowo to upadek w otchłań i obcowanie z nocnymi mocami skorup, to ich przywołanie i ofiarowanie im sonicznego daru. Nie ma tu tez żadnego konceptu, teksty dotyczą różnych tematów, ale z tej samej sfery, obudzenie kundalini i zjednoczenie z sukubem, transmisja „Światła Lucyfera” z czarnych, astralnych dziur, rytuały z De Vermis Mysteriis, gloryfikacja Tiamat, Apokalipsa poprzez otwarcie wrót dla „Wielkich Przedwiecznych, ekstatyczne zatracenie się w sile smoka i transformacja w jego ciele. Tak, są one równie ważne co muzyka i są one bardzo ważne, nie chcę tu upadać w niewolnictwo, ale porównać je mogę w wielu momentach do modlitw.

O.: Widzę że to faktycznie nie byle teksty o Szatanie… OK, przeskoczmy na inny temat. Widziałem, że macie na koncie sporo koncertów w zajebistym towarzystwie, są jakieś sztuki, które szczególnie zapadły Ci w pamięci? Często słyszysz swojskie „kurwa” na gigach w Wielkiej Brytanii?

T.K.: Najlepsze sztuki do tej pory to z Grave Miasma i ostatnia z Vorum i Degial. Od „Kurwy” raczej nie uciekniesz gdziekolwiek nie pojedziesz he,he. Jest ona obecna, hmm… na zasadzie „cienia moich korzeni” jeżeli wiesz o czym mówię.

O.: Oczywiście, hehe… A teraz kij w polskie mrowisko… Lvcifyre określane jest jako zespół angielski, pomimo polskiego trzonu – nie przeszkadza Ci to? Myślisz, że pozostając z Lvcifyre w Polsce miałbyś takie same szanse na rozwój zespołu jak obecnie?

T.K.: W zasadzie jednym z powodów dlaczego wyjechałem z kraju, to właśnie brak ludzi do grania, teraz się to zmieniło, jest dość dużo kapel. Wtedy w Trójmieście był tylko Inferno z porządnych bębniarzy, było może jeszcze z dwóch, ale oni nie byli za bardzo zainteresowani, gdyż podążali raczej za modnym graniem. Dlatego też rozpadł się Sons of Serpent. W tej chwili mam porządny legion, ludzie oddani sprawie, którzy mocno wierzą i widzą moc za tym co robimy, nie obchodzi mnie czy są Polakami czy Szwedami, nasz twór wychodzi poza socjalne terytoria ustalone przez monarchów / polityków / „bankowców”, więc nie przeszkadza mi to w ogóle i mogę śmiało powiedzieć – jeśli zostałbym w Polsce nie miałbym raczej szans na Lvcifyre.

O.: A jak zapatrujesz się na polskie podziemie z perspektywy miejsca, w którym obecnie mieszkasz? Gdybyś miał porównać underground w Polsce i w Anglii, która scena wypada lepiej? Jakie Twoim zdaniem są największe różnice pomiędzy nimi?

T.K.: Zdecydowanie Polska rządzi, zespoły jak Cultes Des Ghoules, BestialRaids, Throneum, Kriegsmaschine, Mgła, Doombringer, Simeris, Furia, Azarath, Goat Tyrant, Blaze of Perdition, chyba mogę jechać bez końca, naprawdę dużo potężnej i szczerej muzy. Jeżeli chodzi o UK to raczej Adorior,Grave Miasma, Extincion, Cruciamentum (które wkrótce zamyka działalność), Binah i Diamanthian to raczej nic innego, wartościowego mi nie przychodzi do głowy, zalega tu jeszcze Razor of Occam ale to Australia i The One z Grecji. Różnica, hmm… polskie podziemie ma więcej ognia w żyłach, nasza muza jest bardziej wściekła i zła, angielska bardziej monumentalna.

O.: Skoro mowa o scenie polskiej, działałeś na niej w zasadzie od lat dziewięćdziesiątych, kiedy to współtworzyłeś Hodur. O ile się orientuję, to dość mocny wpływ miała na Was scena NSBM, na taśmie znalazło się wezwanie do walki w imię Aryjczyków i tak dalej… Jak bardzo zmieniły się Twoje poglądy od tamtego momentu? Chodzi mi oczywiście o cały ten aspekt narodowosocjalistyczny, o ile w ogóle takowy był… Bo wydaje mi się, że lucyferianizm również był obecny w twórczości Hodur…

T.K.: Hodur był nasycony gniewem, jego początek był dość typowy w tamtych czasach dla zespołów Black Metalowych, z czasem zaczął nabierać charakteru i zostaliśmy okrzyknięci NS Black Metal, choć była to bardzo mała cząstka w porównaniu do reszty, która była bardzo mroczna, zła i zimna. W Hodur nastąpił podział członków i to zakończyło działaność, Matt Blasphemer i Kamil skupili się na prawym skrzydle, a ja rozwijałem się dalej w sferze Satanizmu i Chaosu. Jeżeli chodzi o cały aspekt to raczej wolę się nie skupiać na polityce, w Londynie mieszkam już 13 lat, w takim miejscu nie jesteś w stanie nie być rasistą, z czasem zaczyna cię coraz bardziej intrygować temat Trzeciej Rzeszy, powracasz do tych tematów i zdajesz sobie sprawę, że była to szansa zbudowania Imperium Białego Człowieka, opierającego się na dużo bardziej produktywnych cechach, niż to co jest teraz w Europie a raczej na jej trupie. Zdaję sobie sprawę, że to przeszłość i że to nigdy już nie powróci i nie ma się co łudzić, można się tylko zamknąć w hermetycznych kręgach, jeżeli chce się być częścią tego, ale dla mnie to przeszłość, nie chce się na tym skupiać, bo mam inne cele. Tak, Hodur był nasycony Lucyferianizmem i miał także wiele aspektów rytualnych w swoich tekstach, jak chociażby tytułowy „Salve Satanas”.

O.: Jak w ogóle wspominasz tamte lata w polskim podziemiu – wczesne lata dziewięćdziesiąte były jeszcze chyba dość surowe, metale napierdalały się nawet między sobą, nie tak jak dziś, gdzie większość osobników spotykanych na koncertach to ciepłe kluchy, przygarbione i karnie podłączone do swoich telefonów z mp3…

T.K.: Było ekstemalnie, ale o to chodziło, Metal to muzyka agresywna, ekstemalna dla „wilków”, nie „owieczek”. Jak jechało się na koncert do innego miasta to musiałeś być w dużej grupie, bo inaczej miałeś przesrane. W tej chwili nie mam pojęcia jak jest w Polsce na koncertach. Bardzo dobrze wspominam tamte lata, muza była jakby bardziej szczera, głód na nią dużo większy, fani dużo bardziej ekstremalni, nie było pierdolonego internetu tylko wymiany kaset i naprawdę byłeś częścią podziemia, teraz to raczej jak wspomniałeś KLUCHY, ale to się dzieje na skalę światową, nie tylko w Polsce, jedna wielka pierdolona Metalowa rodzina, banda jebanych hipisów.

O.: W Wielkiej Brytanii o ile się nie mylę istnieje oficjalna religia państwowa, usankcjonowana prawnie, anglikanizm. Gdzie czujesz jednak większy nacisk kleru na codzienne życie przeciętnego obywatela – w państwie wyznanionwym, jakim jest UK czy może w konstytucyjnie neutralnej światopoglądowo Rzeczypospolitej?

T.K.: Na pewno w Polsce, w Anglii w ogóle tego nie odczuwam i nigdy nie miałem żadnych problemów, w Polsce mnie to nie dotknęło także, ale znałem przypadki gdzie fani „Żyda” starali się przeszkodzić naszej twórczej młodzieży.

O.: Okej, to byłoby z mojej strony na tyle, dzięki wielkie za odpowiedzi! A może na koniec powiesz jakie wydawnictwa ostatnimi czasy skopały Ci dupę? A z drugiej mańki, jakie totalnie Cię rozczarowały?

T.K.: OK to najpierw te zajebiste. Choć to nie nowość to dwójka Negative Plane, dwójka Coffin Text, ostatni Teitanblood, Degial, nowa ep’ka Doombringer, split Hatespawn/Charon, płyta Charon, nowa Mgła, Wrathprayer, Pseudogod, ostatnia płyta Incantation, nowy Behexen, to tylko to co mi teraz przychodzi na myśl. Co do chujowych to raczej nie pamiętam, może dlatego ze za dużo muzy było zarekomendowanej mi przez znajomych. Dzięki za wywiad, ciekawe i szczere pytania i o to chodzi. Powodzenia z zinem i do zobaczenia na sonicznych rytuałach. Hail Lucifer!

 

Autor

10395 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *