Lostbone: „Życie jest jakie jest i każdy czasem musi iść na jakiś kompromis…”

Już z recenzji „Severance” możecie się dowiedzieć, że Lostbone to kapela mocarna i z jajami. Teraz przyszła pora na to, żeby udowodnić Wam to werbalnie, poprzez wywiad z Przemasem – gitarzystą warszawskiej formacji, który to człowiekiem konkretnym jest i basta. A ja nadal nie wiem jak skubańców zaklasyfikować, haha. Ale zostawmy szufladki i pogadajmy o realiach…

Oracle: Witam! Na początek muszę Wam wyznać, że swoim nowym krążkiem zaskoczyliście mnie bardzo in plus. Rzadko się zdarza, żeby krążek z muzyką, która nie jest moją filiżanką herbatki tak często kręcił się w moim odtwarzaczu… Jestem jedyny, czy spotkaliście się już z podobnymi stwierdzeniami?

Przemas: Dzięki, bardzo miło mi to słyszeć. Nieskromnie muszę przyznać, że odbiór nowej płyty jest zaskakująco pozytywny, zarówno jeśli chodzi o recenzje, jak i co najważniejsze opinie słuchaczy. Oby tak dalej!

O.: Muzykę Lostbone określacie jako metalcore. Wiesz, z potocznie rozumianym metalcorem ma to jak dla mnie nie wiele wspólnego – nie ma smutnego zawodzenia, melodii aż do porzygania. Jest za to pierdolnięcie i pasja… skąd więc w Waszej opinii wzięła się ta etykietka?

Przemas: Nigdy nie okreslałem naszej muzyki jako metalcore. Jeśli spotkałeś się z taką etykietką, to dlatego że ludzie lubią nadawać etykietki, podobnie jak thrashcore, deathcore czy cholera wie jak jeszcze. Dla mnie jest to wypadkowa gatunków, które najbardziej lubimy, czyli thrash i death metalu z hardcore. Jednak muszę przyznać, że zabawa w nazywanie występuje tylko na potrzeby promocji i właśnie przy okazji opinii innych ludzi.

O.: Wiesz, pytam o ten metalcore, bo jak dla mnie Lostbone brzmi raczej jak kapela hard core’owa… Może z naleciałościami thrash metalowymi, ale i to niewielkimi. Z drugiej strony umieścili Was na Metal Archives… Gdzie sam więc umieściłbyś Lostbone by uciąć wszelkie spekulacje co do zaklasyfikowania Was? Chyba, że nie zwracasz uwagi na to, jak ludzie Was określają?

Przemas: Nie jest mi to do niczego potrzebne. Gramy po prostu to, co czujemy i choć wiem, że aby jakoś przedstawić się osobom, które jeszcze nas nie słyszały musimy to jakoś nazwać, to najważniejsza jest muzyka, a nie etykietki i niech każdy sobie odbiera to co gramy na swój sposób. Tak jak mówiłem, jeśli mam to jakoś nazwać, to dla mnie jest to wypadkowa prostoty formy i bezpośredności hardcore z thrashowymi riffami i prędkością death metalu. Kropka.

O.: Cofnijmy się jeszcze na moment do czasów sprzed „Severance”. Wcześniej wydaliście „Lostbone”, który to krążek jest mi obcy. Czy Wasza ówczesna muzyka bardzo się różni o tej z najnowszego krążka? Tak obiektywnie rzecz biorąc, bo zapewne jako twórcy zaraz powiecie, że teraz jesteście dojrzalsi i tak dalej, hehe. Czemu oczywiście nie zamierzam zaprzeczać…

Przemas: Oczywiście są różnice pomiędzy „Lostbone” i „Severance”. Przede wszystkim ze składu w jakim była nagrana pierwsza płyta, w zespole zostałem tylko ja. Obecny skład zdążył się też dużo bardziej scementować przed nagrywaniem „Severance” i to słychać. Nagraliśmy wcześniej razem numery na EPkę „Split It Out”, zagraliśmy kilkadziesiąt koncertów i to sprawiło, że praca w studiu przebiegała naprawdę sprawnie. Co do samej muzyki, to jedynka miała być szybkim, krótkim i jak najprostszym aranżacyjnie strzałem i tak było. Przy powstawaniu materiału na „Severance” wszyscy mieliśmy potrzebę trochę bardziej pokombinowac przy zachowaniu charakteru zespołu. Wiesz – my sobie niczego odgórnie nie zakładamy, to co tworzymy wypływa z nas naturalnie i tym razem czuliśmy, że chcemy przy zachowaniu mieszanki thrash/death/hardcore wyciagnąć nieco inne proporcje. Chcieliśmy aby było więcej zmian w obrębie samych numerów, więcej riffów, zmian temp i rytmów. Również całościowo materiał zaczął wychodzić bardziej różnorodny i skrajny, czyli mamy tu zarówno najszybsze, jak i najwolniejsze momenty w naszej twórczości. Okazało się, że dzięki temu muzyka zyskała o wiele więcej energii, stała się bardziej zwarta i żywiołowa, co mieliśmy już okazję przetestować na koncertach.

O.: Po debiucie wydaliście jeszcze wspólnie z krakowskim Terrordome wspólną płytkę, zatytułowaną „Split It Out”. Od kogo wyszedł pomysł dzielonego krążka? Może to głupie bądź banalne pytanie, ale co sądzisz o waszych kompanach z płytki?

Przemas: Pomysł z tego, co pamiętam był mój. Poznaliśmy się z kolegami z Terrordome przez profile na Myspace, zrobiliśmy razem koncert w Warszawie i okazało się, że to zajebiści kolesie. Jednocześnie rozwaliła mnie energia i żywioł jaki robią podczas występów. My byliśmy tuż po zmianie składu i pomyśleliśmy, że jeszcze za wcześnie na drugą płytę, ale dobrze byłoby zrobić coś w nowym składzie – tak powstał pomysł Epki, a od tego szybko przeszliśmy do idei splitu z Terrordome. Chłopaki zgodzili się od razu i chwilę potem płytka była gotowa. Szybka piłka i jestem bardzo zadowolony, że mamy ją w dyskografii.

O.: Możesz przedstawić szczegóły promocji „Severance” w mediach? Z tego co zauważyłem, uderzyliście tak jak na płycie, czyli pełną parą. O nowym krążku przeczytać można było i małych portalach jak nasz, ale i w popularnych czasopismach muzycznych, że wspomnę na przykład „Hard Rocker’a”…

Przemas: Tak jak w przypadku pierwszej płyty, tak i w przypadku „Severance” od początku założyliśmy sobie, że chcemy wycisnąć z tej płyty ile się da i dotrzeć z nią gdzie tylko damy radę. To co nas zaskoczyło, to naprawdę pozytywny i entuzjastyczny odbiór zarówno ze strony słuchaczy, jak i dziennikarzy. Wprawdzie nie nagrywamy muzyki dla recenzji, ale miło jest dostawać najwyższe noty w czołowych polskich magazynach muzycznych, czy portalach internetowych. Po raz pierwszy również w naszej historii za premierą płyty szła trasa koncertowa z prawdziwego zdażenia, co również bardzo nam pomogło dotrzeć do większych mediów, które wcześniej nie miały potrzeby nas zauważać. Co bardzo nas cieszy, dużo osób i mediów sama się do nas zgłaszała i zgłasza, bo chce napisać recenzję, czy zrobic jakiś materiał o zespole. A mamy za sobą powiedzmy tylko pierwszą część promocji. 1 czerwca miała miejsce światowa premiera „Severance” w formatach elektronicznych poprzez Quickstar Production/Distrophonix, tak więc właśnie zaczęliśmy drugą turę.

O.: „Severance” ukazało się w małym labelu Altart Music – dlaczego wybór padł na nich? Nikt inny nie był zainteresowany wydaniem Lostbone? Pasuje Wam ten układ, czy już rozglądacie się za kimś większym?

Przemas: Od kiedy to większy znaczy lepszy? Pewnie, że jesteśmy zadowoleni. Altart prowadzi nasz znajomy, mamy pełną kontrolę nad tym co się dzieje z naszą muzyką. W Polsce mamy dystrybucję przez Kartel Music – zapraszamy na www.kartelmusic.pl. Nie mamy ciśnienia i parcia na współpracę z dużym wydawcą, choć oczywiście bylibyśmy nienormalni, gdybyśmy taką możliwość odrzucali. W przypadku dotychczasowych wydawnictw decydowaliśmy się na najlepsze, naszym zdaniem, rozwiązanie w danym momencie. A co będzie w przyszłości – zobaczymy. To co dzieje się z nową płytą napawa optymizmem, ale mamy luz w temacie i na nic się nie nastawiamy ani nie ciśnieniujemy.

O.: Muza zawarta na „Severance” cechuje się ogromnymi pokładami agresji, jest bardzo bezpośrednia, rzec by się chciało – wali prosto w ryj. Przekłada się to jakoś na Wasze charaktery? Lub na odwrót – Wasze charaktery determinują Waszą twórczość? No chyba że te dwie rzeczy pozostają całkowicie bez związku?

Przemas: Dobre pytanie. Nie ma chyba jednak na nie jednoznacznej odpowiedzi. Każdy z nas ma inny charakter i inne usposobienie, ale też śmiało mogę stwierdzić, że naprawdę dobrze się rozumiemy, zarówno muzycznie jak i prywatnie, co bez wątpienia ma wpływ na muzykę. Żaden z nas nie jest na co dzień agresywny, choć nie mogę też powiedzieć, żebyśmy byli najspokojniejszymi ludźmi pod Słońcem. Natomiast od samego początku miałem założenie, że muzyka Lostbone ma być maksymalnie żywiołowa i pozwalająca na wyładowanie wszystkich złych emocji, które zbierają się zarówno w nas, jak i słuchaczach. Dla mnie muzyka zawsze była sposobem na odreagowanie wszelkich syfów i nerwów. I tak jest cały czas, choć oprócz tego oczywiście samo granie i tworzenie sprawia mi zajebistą radość. Oprócz tego wszyscy lubimy mocną, ciężką i agresywną muzykę i taką chcemy grać. Dlatego Lostbone brzmi tak, jak brzmi i sądzę, że bez względu na to jak nasza muzyka będzie ewoluować w przyszłości, a raczej nie zamierzamy nagrywać kilka razy tej samej płyty, to kilka jej cech, w tym właśnie agresywność i żywiołowość się nie zmieni.

O.: Czy Lostbone chce przekazać poprzez swoje teksty coś konkretnego, propagować jakieś konkretne postawy polityczne czy ideologiczne? Zazwyczaj kapele kojarzone z nurtem muzycznym w jakim porusza się Lostbone mają dość silny przekaz i to zazwyczaj plasuje się on raczej po lewej stronie podziału postaw społeczno-politycznych…

Przemas: Nie plasujemy się po żadnej stronie podziałów politycznych. Pozwolę sobie dalej mówić tylko za siebie, choć wydaje mi się, że pomimo różnic wszyscy w zespole w jakiś sposób identyfikujemy się z tekstami i mamy podobne postrzeganie pewnych kwestii. Nie chcemy niczego propagować, żadnych ideologii, ani postaw politycznych, co nie znaczy, że mamy teksty o niczym. Wręcz przeciwnie. Jeśli miałbym znaleść jakieś przesłanie, to byłoby to: słuchaj własnego rozumu, nie daj sobie wciskać kitu pięknymi słówkami i przede wszystkim kieruj się zdrowym rozsądkiem, a nie fanatycznie upośledzonymi skrajnościami. Innymi słowy nie słuchaj nikogo – z nami włącznie (śmiech). Dla mnie teksty są tylko sposobem na zwrócenie uwagi na różne problemy, które gdzieś mi tam w głowie zalegają. Jest to też sposób na wyrzucenie z siebie tego, co mnie kłuje. Nie chodzi o to, żeby komukolwiek mówić jak ma żyć. Rzucamy tematy, pokazujemy nasze stanowisko, ale tylko po to, żeby uwypuklić problem i skłonić do zastanowienia się. A czy komuś się chce – to już nie od nas zależy.

O.: W jednym utworze śpiewacie „no fuckin’ compromises!” Czy to maksyma, która kierujecie się też w codziennym pozamuczynym życiu, czy tylko ładny slogan? Wiesz, zawsze interesowała mnie szczerość w muzyce i wydaje mi się, że w hard corze łatwiej być szczerym w stosunku do tego o czym się śpiewa. Spójrz na te wszystkie metalowe kapele śpiewające np. o wojnie – ilu z tych muzyków chociażby służyło w wojsku? Mam nadzieję, że wiesz do czego zmierzam…

Przemas: Nie potrafię ani grać, ani pisać inaczej, niż zgodnie z samym sobą. Gram to, co umiem i co chcę grać dlatego, że właśnie coś takiego rodzi mi się w głowie, podobnie teksty. Pod każdym z nich, choć czasem po upływie kilku lat cos bym zmienił, podpisuję się w stu procentach. Nie ma w tym żadnej kalkulacji, ani pozy. Czy cytat, który wspomniałeś toważyszy nam w codziennym życiu? Na tyle, na ile tylko to możliwe tak. Życie jest jakie jest i każdy czasem musi iść na jakiś kompromis, jednak pytanie na ile jesteś skłonny naginać się do otaczającego świata wbrew sobie. Ja wiem, że aby być szczęśliwym, pewnych granic nie mogę przekroczyć. Ten utwór dotyczy również muzyki, którą gramy i dla mnie jest jakby deklaracją twórczej wolności. Tylko my jako zespół mamy wpływ na to, co gramy i nie wyobrażam sobie żeby miało być inaczej. Co do wojny… [e, to tylko przykład był, nic konkretnego – przyp. Oracle] Wiesz – tematyka wojny pojawia się również w Lostbone od samego początku. Jednak nie w wydaniu „i straszliwie zamachnął się mieczem”, lecz w aspektach polityczno-społecznych. I nie chodzi tu o banały, że wojna to zło. Bo przeciez wszyscy wiemy, że złem jest tylko dla niektórych, podczas gdy inni budują dzięki niej imperia. Świat nie jest czarno biały, a ilość szarości daje ogromne pole do popisu, jeśli chodzi o pisanie tekstów. I nikt mi nie będzie mówił, że czarne jest czarne, a białe jest białe! (śmiech)

O.: Hehe, prowokator…Zagraliście kilka koncertów z thrash metalowym Quo Vadis, wiem, że nie stronicie od gigów w typowo metalowymi kapelami… Ale spotkaliście się kiedyś z typowo wrogim nastawienie publiki z uwagi, że Waszej muzyki nie da się zakwalifikować jako klasyczny metal?

Przemas: Do tej pory graliśmy w skrajnie różnych składach, od death-grind metalowych, poprzez thrash-heavy i hardcore, po emo-screamo, czy rock. Były może ze dwa koncerty gdzie publika chyba trochę nie wiedziała co o nas myśleć, ale nigdy nie było skrajnych reakcji, a przy ogólnej liczbie koncertów jakie zagraliśmy i te pojedyńcze przypadki nie są warte wspominania. Zdajemy sobie sprawę, że dla wielu fanów hc jesteśmy zbyt metalowi, a dla wielu fanów metalu zbyt hardcorowi, jednak w ogromnej wiekszosci spotykamy się z naprawdę pozytywnym odbiorem. Nie mamy potrzeby prowokować losu i grać np. z kapelami stricte blackowymi itd. I nie dlatego, że mamy coś do takiej muzyki – wręcz przeciwnie, po prostu czasem nie ma sensu przeginać. Jeśli uważamy, że propozycja danego koncertu i składu jest OK to gramy. I już.

O.: Pochodzicie z Warszawy, przez wielu uważaną za wybitnie zmanierowaną i zadufaną społeczność. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat? Czy to tylko krzywdzący stereotyp, czy gdzieś tam jest ziarno prawdy?

Przemas: Jeśli ktoś ma na tyle ciasny umysł, aby kierować się w życiu tego typu stereotypami, to proszę bardzo. O każdym mieście możnaby pewnie napisać stek różnych idiotyzmów – tylko czemu to ma służyć? W woli ścisłości – jako Lostbone jesteśmy z Warszawy, jednak rodowitymi warszawiakami jesteśmy tylko ja i Janek. Michał jest z Ostrołęki, a Barton z Bielsko-Białej, choć od lat mieszkają w Wawie. Co do tego zmanierowania, to zanim ktoś mi tu będzie jęczał, niech się zastanowi ilu warszawiaków mieszka obecnie w Warszawie, a może się okazać, że narzeka na swoich byłych sąsiadów. Generalnie nie obchodzi mnie takie gadanie, podobnie jak jakiekolwiek pitolenie o innych miastach, że są takie czy siakie. Urodziłem się tu, wychowałem i bardzo lubię to miasto. Ale lubię też wiele innych miast w Polsce, a zależy to po prostu od klimatu danego miejsca i tego czy czuje się tam dobrze. Porypani ludzie są wszędzie, a ponieważ Warszawa jest największym miastem, to pewnie statystycznie tu jest ich niestety najwięcej – co zrobić (śmiech).

O.: Trzynaste pytane – jesteś przesądny? Myśląc o największym pechu w historii Lostbone – co by to było?

Przemas: Trzynastka to moja ulubiona liczba – czy to wystarczy za odpowiedź? Tak więc odpukać tfu tfu, w niemalowane, trzy razy – jak do tej pory żadnych kataklizmów nie było i niech tak zostanie!

O.: Jak wyobrażasz sobie Lostbone za powiedzmy dziesięć lat? W końcu 2020 to taka ładna liczba, hehe…

Przemas: Mam nadzieję, że cały czas będziemy grać i przede wszystkim będziemy mieć tak dużą zajawkę jak obecnie. Nie wiem, czy za dziesięć lat będzie mnie bawić granie takiej muzyki jak dziś, ale też nie widzę powodu, dlaczego miało by tak nie być. Nie jestem dobry w gdybaniu, wolę się skupiać na teraźniejszości i najbliższej przyszłości, na którą mam wpływ. Jednak wiem, że chciałbym móc grać tak długo, jak będzie mi to sprawiało radość i jak długo będę miał podskórne ciśnienie, aby tworzyć coś nowego.

O.: Okej, dzięku za wywiad i sorki, że tak długo to trwało! Pytań nie było wiele, mam nadzieję, mimo wszystko, że Cię nie wynudziły i nie waliły zbytnio sztampą, hehe… Coś na koniec?

Przemas: To ja dziękuję, cała przyjemność po mojej stronie. Dzięki za poświęcenie nam czasu i zapraszamy na koncerty! Szczegóły na www.myspace.com/lostbone.

Autor

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *