Lion’s Share: „…kocham heavy metal, nie ma rzeczy, która bardziej mnie uszczęśliwia!”

Lubię takie wywiady, jak ten. Żadnego „no”, „nie”, „może”. Pełne i długie wypowiedzi, rzeczowe i przede wszystkim traktowanie rozmówcy po partnersku. Lars Chriss, gitarzysta szwedzkiego Lion’s Share to gość, z którym można by gadać i gadać. Podziwiam i szanuję takich ludzi, którzy mają szacunek do swoich fanów i podchodzą do wszystkiego z takim entuzjazmem, jak on. No i oczywiście muzyka, jaka wychodzi ze znakiem firmowym jego kapeli, jest pierwszorzędna. Tak więc przed wami – motor Lion’s Share, jak to mówi o sobie Lars.

Hello! Przede wszystkim: gratuluję Ci tak dobrego albumu, jak „Emotional Coma”! Dużo już pochwał zebraliście od dnia wydania?

Lars: Dziękuję Ci bardzo! Jesteśmy aż zakłopotani jego przyjęciem, zarówno jeśli chodzi o starych jak i nowych fanów. To pokazuje, że nasza ciężka praca popłaciła.

Czy tytuł odnosi się do sytuacji w zespole? Wiesz, fani czekali na płytę ponad sześć lat, więc naprawdę mogli pomyśleć, że wpadliście w śpiączkę…

L: Po „Entrance” i po trasie go promującej, totalnie się wypaliłem troską o wszystko, co dotyczy Lion’s Share, a także ośmioletnią rutyną: album – trasa – album – trasa. Prawie każdej nocy sięgałem rockandrollowego dna, a granie na gitarze przestało mnie już bawić, więc zawiesiłem działalność zespołu w grudniu 2001 roku. Zawsze byłem motorem kapeli, stoją na czele wszystkiego, co go dotyczyło. Zresztą wtedy nie mogłem zrozumieć, dlaczego inni ludzie spędzają czas jeżdżąc na wakacje, wychowując dzieci, zajmując się swoimi karierami zawodowymi i tak dalej. Przypuszczam, że robienie w kółko tych samych rzeczy w końcu mnie znużyło i musiałem całkowicie przystopować. Po jakimś czasie zakupiłem sobie domowe studio i ponownie zacząłem nagrywać swoje pomysły. Nie wiedziałem jeszcze, co zrobić z tamtymi piosenkami, ale w 2003 roku usłyszałem w necie kawałek Patrika Johanssona, na chwilę, przed ukazaniem się albumu jego Space Odyssey. Skontaktowaliśmy się ze sobą i wkrótce dołączył on do Lion’s Share. Wciąż jednak nie byłem gotów na wielką przeprawę, jaką oznacza wydanie albumu – od produkcji, po wywiady, koncerty i resztę. Tak więc zdecydowaliśmy, że nie wyjdziemy jeszcze z tym do słuchaczy, dopóki nie będziemy w 100% gotowi. Ujawnienie fanom tego fanom i mediom spowodowałoby, iż działalibyśmy pod presją. W 2004 roku zastałem najęty do zrobienie show na Sweden Rock Festiwal wraz z najpopularniejszym szwedzkim prezenterem pogody – Par’em Holmgrenem, który jest również wielkim fanem hard rocka. Gościem, który opiekował się, pod względem muzycznym, tym przedsięwzięciem był Sampo Axelsson. Po wznowieniu prób przyłączył się on do Lion’s Share. Myślę, że czas przerwy, nowy skład i wspaniałe piosenki, z którymi wyszliśmy – to wszystko razem spowodowało, iż wrócił ten głód muzyki. Byłem też w międzyczasie zaangażowany w album projektu o nazwie Audioision (Metal Heaven 2005), a oprócz tego Sampo i ja napisaliśmy też materiał na album Road To Ruin.

Nowe CD jest agresywniejsze i mocniejsze od waszych wcześniejszych albumów. Weszliście tym samym w rejony bardziej tradycyjnego heavy metalu. Wiesz, takiego dla mężczyzn, nie dla chłopców – bez wysokiego piania w tle czy słodziutkich klawiszy…

L: „Emotional Coma” jest bardziej surowa, szybsza, energiczna i zawierająca cięższe gitary, odnosząc to do starszych nagrań, które rzeczywiście miały więcej klawiszy i były bardziej progresywne. Z tym albumem powróciłem do moich korzeni i metalu, jaki zacząłem grać, jako dzieciak. Każdy fan Black Sabbath, Judas Priest czy Megadeth powinien poczuć się z tym krążkiem jak u siebie. E – card z samplami dostępny jest z kolei tu: www.fanbay.se/buy/index.asp?movie_id=1897&company_id=39.

Ze wszystkich kompozycji na „Emotional Coma” wyróżnia się piosenka „Trafficking”. To w nim znajduje się trochę melodyjnych chórków i taka nowoczesna wstawka, mniej więcej w połowie utworu. Dlaczego wyróżnia się on na tle pozostałych?

L: Zawsze próbuję napisać album, a nie osobne piosenki, jeśli wiesz co mam na myśli. Mam nadzieję, że ludzie włożą album do odtwarzacza i po prostu puszczą te kawałki. Ostatnio też mieliśmy nadzieję, że tak będzie. Próbujemy zrobić to jak podróż, gdzie mijasz co chwila inne miejsca, nastroje…

Jak często Patrick słyszy, że jest inkarnacją Ronniego Jamesa Dio? Jego głos jest wspaniały!

L: Moim ulubionym wokalistą wszechczasów jest Ronnie Dio, lubię więc śpiewaków o podobnym stylu, jak Tony Martin, Jorn Lande, Russel Allen etc. Myślę, że taka barwa głosu pasuje do sposóbu pisania przeze mnie riffów i melodii. Melodie mają tu szeroki zasięg, a moje riffy i styl grania wymagają mocnego głosu, dobranego i skrojonego na miarę.

Na ostatni krążek zaprosiliście kilku gości. W tytułowym utworze udzielił się Glen Drover. Co możesz powiedzieć o współpracy z nim? Spotkaliście się w studio, czy raczej wysłał on swoją część e mailem?

L: Znam Glena od kilku lat, od czasów pracy nad jego drugim, poza Megadeth, zespołem – Eidolon. Spytałem go, czy mógłby nagrać solo, a on się zgodził. Zrobił to w Kanadzie i po prostu przesłał nam plik. Eric Petersom z Testament również pracował nad solówką do „Bloodstained Soil”, ale zanim skończył, my zaczęliśmy miksy.

Drugim gościem był Bruce Kulick. A jak było z nim? No i co sądzisz o jego macierzystej kapeli – Kiss? Czy są dla Ciebie legendą rocka, wspaniałym bandem i protoplastami heavy metalu, czy przeciwnie – tylko klaunami w obciachowych makijażach?

L: Studio, w którym zrobiliśmy większą część demo było jest współwłasnością byłego szwedzkiego przewodniczącego Kiss Army. Więc gdy Bruce Kulick zjawił się w Sztokholmie by zająć się przygotowaniami do Kiss Expo, zaproponował, by zaprosić Bruce’a do studia, aby zagrał gościnnie jakieś solo. Poza tym jestem fanem Kiss odkąd skończyłem osiem lat, więc oczywiście bardzo chciałem, by członek Kiss zjawił się na albumie. Bruce’owi spodobała się piosenka i wyciął solóweczkę do „The Edge Of The Razor”. Zrobił to nawet na mojej gitarze, i użył mojego „whammy bar”. Mam to wszystko na wideo, więc mam nadzieję, że zamieścimy to na przyszłym DVD. A co do Kiss – kocham Kiss!!! Oni byli powodem, że chwyciłem za gitarę – dlatego też zawsze będą zajmować specjalne miejsce w moim sercu.

„Emotional Coma” zaostało wydane przez AFM Records. A na ile płyt opiewał Wasz kontrakt z Massacre?

L: Właściwie zrobiliśmy dla nich trzy albumy: „Fall From Grace”, „Perspective” i „Entrance”. Miałem oko na AFM od kilku lat i wiedziałem, że będzie to idealny label dla naszego rodzaju metalu i nadchodzącego albumu. Szczęśliwie szefowie AFM i ja mamy wspólnego znajomego, więc gdy album był już na ukończeniu, zapytał ich, czy byliby zainteresowani wydaniem tegoż. No i na szczęście byli! To było świetne, bo nie musieliśmy wysyłać nigdzie żadnych demosów czy co tam, do innych wydawców. Spotkałem się parokrotnie z kolesiami z AFM i miałem wrażenie, że znam ich od lat. Naprawdę pozytywne wibracje. Jakbyśmy byli dużą, szczęśliwą rodziną. Nie mogliśmy wybrać lepszego labelu.

Limitowana edycja najnowszego albumu zawiera bonusowe wideo do „The Edge Of The Razor” oraz dodatkowy utwór. Możesz powiedzieć nam coś o tym materiale?

L: Wideo nakręciliśmy w Sztokholmie, dzień po sesji prezentacyjnej dla europejskiej prasy. Bruce Kulick z Kiss zrobił solówkę na płycie, ale nie mógł już wystąpić w klipie. Wideo było reżyserowane przez faceta zajmującego się na co dzień normalnymi filmami, więc różni się od typowych teledysków. Myślę zatem, że będzie to korzystne i wyróżniające kapelę. Z kolei bonusowy utwór to ciężki, sabbathowy numer. Zazwyczaj tak jest, że do japońskich wersji dodać musisz jakiś bonus, tak było i tym razem.

„Emotional Coma” zawiera również cover Angelwitch – kapeli dziś już trochę zapomnianej. Dlaczego wybraliście właśnie ich? Chcieliście przypomnieć ludziom ich zajebistą muzykę? I przy okazji – heavy metal jako gatunek to kopalnia niesamowitych piosenek, prawda?

L: Jakoś rok temu otrzymaliśmy propozycje, by wziąć udział w trybucie dla Angelwitch, no i szybko zgodziliśmy się właśnie na „Sorcerers”. Wydanie tego albumu odwlekało się jednak w czasie, a jako że przerobiliśmy już ten kawałek na modłę Lion’s Share, czuliśmy, że postąpimy niewłaściwie, jeśli nie zamieścimy go na płycie. Podczas odsłuchania płyty wraz z europejską prasą wielu dziennikarzy myślało, że jest to oryginalna piosenka Lion’s Share, co było dla nas najlepszą rekomendacją, jaką mogliśmy dostać! [racja, ale z drugiej strony świadczy to o obeznaniu w temacie tych recenzentów, bo było nie było, Angelwitch to nie jest kapela nikomu nieznana – przyp. Oracle] No a co do drugie części pytania – kocham heavy metal, nie ma rzeczy, która bardziej mnie uszczęśliwia!

A możesz wyobrazić sobie sytuację, że za ileś tam lat, młode zespoły będą grały na próbach, czy właśnie jako bonus tracki, na przykład taki „Clons Of Fate”?

L: Jasne! To zajebista, klasyczna, metalowa piosenka w tradycji Judas Priest czy Accept. Wszyscy w kapeli uwielbiają grać ją na żywo!

Graliście z największymi rockowej sceny – Deep Purple, Saxon, Motorhead… Czy, kiedy zaczynałeś grać w swoim pokoju, czy garażu rodziców, przyszło ci na myśl, że w przyszłości będziesz otwierał ich koncerty?

L: W życiu! Byliśmy na trasie z Saxon, U.D.O, Iced Earth, Nevermore, Dio, Manowar, Motorhead, etc. [chwalipięta, hehe – przyp. Oracle], a także masę festiwali z najważniejszymi kapelami, czujemy się więc ogromnymi szczęśliwcami, że mieliśmy możliwość grać z zespołami, na których się wychowaliśmy. Również tego lata zagraliśmy kilka naprawdę dobrych gigów. Zwłaszcza Magic Circle Festiwal, organizowany przez Manowar, był dla nas wspaniały. Niemcy są ważnym rynkiem, graliśmy tam przed dziesięciotysięczną publicznością. Również Sweden Rock Festiwal był świetny. Na obu była masa fanów, podpisywanie płyt i tak dalej. Niedawno wróciliśmy z Norwegii, gdzie występowaliśmy na Metal Heart Festival u boku Testament, Queensryche, UDO, Candlemass i innych. Na listopad lub grudzień ukaże się DVD Manowar z Magic Circle Festival, z dwiema naszymi piosenkami, no a ci ludzie byli dla nas świetni od wielu lat.

A kiedy ostatnio sam byłeś na koncercie, nie jako muzyk, ale jako fan?

L: Ostatnim koncertem na jakim byłem to Dokken oraz Kingom Come, tu u mnie w Sztokholmie, kilka tygodni temu. Ale najlepszy show, jaki było mi dane zobaczyć w tym roku to Heaven & Hell na Sweden Rock Festival.

Jestem z Polski, ciekawi mnie więc, czy czujecie wsparcie polskich fanów? Znasz może jakieś polskie metalowe kapele?

L: Dostajemy trochę maili z Polski, sporo osób zapisało się do naszego bezpłatnego fanklubu (www.lionssharearmy.com) lub zagląda na naszą stronę. Pierwszy polski zespół, przychodzący mi na myśl to Behemoth… Ale Polska jest wielce metalowym krajem, więc jestem pewien, że macie gro utalentowanych kapel.

Ok., na koniec wyznaj – czy metal będzie zawsze płynął w twoich żyłach?

L: Zawsze i wszędzie!!!

Autor

11161 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *