Lair Of The Minotaur: „Znam kilku polskich metalowców, ale większość polskich dzieciaków jeździ tutaj małymi autami i słucha techno/disco.”

Nie lubię zbytnio, gdy ktoś prosi mnie abym przeprowadził wywiad z jakąś kapelą, a potem od członka tej kapeli dostaję odpowiedzi często krótsze niż moje pytania. Co nie znaczy, że interwju z Lair Of The Minotaur przeprowadziłem na siłę. O nie, zwłaszcza że „Evil Power”, którego to w większości ta rozmowa dotyczyła, to bardzo dobra, mocna, metalowa płyta. Na moje dociekliwe pytania odpowiadał Steve Rathbone, odpowiedzialny za wokal i gitarę w tej kapeli.

Oracle: Hail! Na początek powiedz mi, jak to jest, że wydajecie już czwartą płytę, a ja poznaję Was dopiero teraz? Nie skupialiście się na europejskich rynkach, czy może było to poza Waszymi możliwościami? Wiesz, to duża strata dla europejskich fanów, jako że „Evil Power” jest bardzo dobrym krążkiem…

Steve: Dzięki. To wszystko z oryginalnego ducha zespołu. Wydawanie swoich własnych albumów to coś, co chcieliśmy robić od początku. Kiedy nasz kontrakt z Southern Lord Records dobiegł końca, zdecydowaliśmy, że oto i najwyższa pora by zacząć działać z własną wytwórnią – The Grind-House Records. Ale oni byli na tyle super zajebiści, że wzięli nasz label w dystrybucję. Dzisiaj jest o wiele łatwiej zespołom wydawać swoje własne płyty i trafiać do fanów poprzez Internet. Wygląda na to, że taki mamy trend. Próbujemy trafić na europejskie rynki. Dzięki, że nam w tym pomagasz.

O.: Nie ma za co. Dobra, istniejecie już osiem lat i jak już zaznaczyłem „Evi Power” to Wasz czwarty krążek, jesteście więc mocno pracującym zespołem, co? Niektóre kapele to mają ośmioletnie przerwy między albumami, haha…

S.: Tak, lubimy być zajęci. Jak na razie to wydajemy krążki co dwa lata. Myślę, że ot dobry okres czasu by coś napisać, nagrać i pojechać w trasę. No i oczywiście trochę też odpocząć.

O.: Jaka jest geneza Waszej nazwy – Lair of The Minotaur? Zainspirowała Was grecka mitologia i opowieści o pół człowieku – pół byku? Czy to może hołd dla Waszej lokalnej drużyny koszykówki z Chicago, hehe?

S.: Tak, zainspirowała nas mitologia Greków. Ponadto, gdy byłem młody dużo grałem w Dungeons and Dragons. Uwielbiam też horrory i filmy science – fiction. Miałem już tę nazwę zanim założyłem kapelę. Nikomu się nie podobała, więc wiedziałem, że będzie odpowiednia. Poza tym – co jest bardziej metalowe niż pół człowiek – pół byk zabijający wszystkich dookoła.

O.: Bo ja wiem… Flyer Waszego nowego albumu mówi o Was, iż podtrzymujecie przy życiu pochodnię prawdziwego metalu. To fakt, na pewno sporo słychać u Was wspomnianych na nim kapel jak Motörhead, Slayer, Celtic Frost/Hellhammer ewentualnie. Ale również i dużo punk rocka słychać na „Evil Power”. Można więc stwierdzić, że Wasza muzyka pomimo, iż eklektyczna to jednak poświęcona prawdziwemu metalowi, a nie temu serwowanemu w tV gównie?

S.: Tak, głównymi wpływami na „Evil Power” są punk rockowe dźwięki. Nie słucham wielu nowych kapel. Na tej zasadzie, na jakiej jesteśmy jak pół byk, jesteśmy też uparci jak byk [a nie jak osioł? – przyp. Oracle] i uparcie kroczymy przed siebie, robimy co chcemy. Bez oglądania się na to, co jest aktualnie trendy.

O.: Się chwali. A dlaczego przed wydaniem „Evil Power” zmienił się Wam skład? No i przedstaw proszę nowego basistę, kto zacz, skąd i tak dalej…

S.: DJ, nasz stary basista doczekał się dziecka, nie miał więc czasu na ten nonsens. Nate Olp’a znaliśmy już od jakiegoś czasu. To wokalista i basista takiej kapeli jak Demiricous. Graliśmy z nimi w Indianapolis parę lat temu i od tego czasu byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Był pierwszą osobą, do jakiej się zwróciliśmy gdy zaczęliśmy poszukiwania. Wniósł świetny wkład do kapeli. Zabija za każdym razem gdy gramy. Ma też genialny krzyk.

O.: Wasz ostatni krążek brzmi bardzo surowo, ale zarazem potężnie. Uważasz, że to właśnie jest sposób, w jaki powinien brzmieć metal? Co sobie myślisz, gdy widzisz zespoliki brzmiące jak gwiazdy popu i tak samo wyglądające? Czy muzyka Lair of The Minotaur to coś w stylu „fuck off” przeznaczonego dla nich?

S.: Nagrywałem początkowe demówki, więc chciałem mieć coś nowego i pełnego metalu do słuchania. Nie lubię najpopularniejszych kapel metalowych. Nie przejmujemy się modą. Nie lubię, gdy metal jest czysty jak u gwiazd popu. Nagrywaliśmy to na setkę, wszyscy razem i tylko po dwa trzy podejścia do numeru. Żadnych trigerrów. Chciałem by nasz album brzmiał surowo i agresywnie. Definitywnie, jak wielkie „pierdolcie się” w stronę obecnie modnych metalowych kapel.

O.: Czyli się nie przesłyszałem. Oprócz tego, że Wasza muzyka jest bardzo bezpośrednia, to gdy się przyjrzymy takim numerom jak „Attack the Gods”, „Kill All These Motherfuckers” czy „Evil Power”, zdajemy sobie sprawę, że stanowi równocześnie spójną całość, co?

S.: Tak, nasze albumy mają swój koncept i ciągłość historii. Wszystkie teksty bazują na greckiej mitologii. Wcześniejszy album „War Metal Battle Master” mówił o Aresie, Bogu Wojny. I o tym, że po okresie pokoju przychodzi okres przemocy. „Evil Power” opisuje z kolei imprezę z okazji zwycięstwa w krwawym boju. I o przygotowaniach do jeszcze większej walki. Chciałem piosenki, które to opiszą.

O.: A teraz lekka zmiana tematu – na Metal Archives opis waszej muzyki zamyka się w gatunki doom/thrash. To raczej niecodzienne połączenie – identyfikujcie się z tym w jakiś sposób? Co prawda pojawiają się u Was wolne momenty, czy nawet całe wolne kawałki, jak dwa ostatnie na albumie, ale czy to wystarcza, by nazywać Was kapelą doom’ową? A może nie przejmujesz się tymi wszystkimi opisami i etykietkami?

S.: Mamy kilka wolnych utworów, ale nigdy nie skategoryzowałbym nas jako kapelę grającą doom metal. Myślę, że ta etykietka przylgnęła do nas z powodu labelu Southern Lord (który zwykle ma u siebie kilka takich kapel, ale nie tylko). Ciągle znajduje nasze płyty w sekcjach „doom/stoner” w sklepach muzycznych. To naprawdę nie ma sensu, no ale pewnie ludzie pracujący w sklepach muzycznych mają lepsze zajęcia niż pilnowanie, by dane płyty były w odpowiednich miejscach.

O.: No racja, na przykład ciupanie na konsolach albo podrywanie koleżanek. Dobra, zarówno ja jak i pewnie większość czytelników nie słyszała waszych wcześniejszych albumów. Dużo się różnią od najnowszej propozycji? Jak opisałbyś drogę, jaką przeszedł Lair of The Minotaur od zarania kapeli do chwili obecnej?

S.: Brzmienie wiele się raczej nie zmieniło, jest zasadniczo takie samo. Jesteśmy old schoolowym zespołem z pierwotnym podejściem do muzyki, a nie zespołem czcicieli – naśladowców. Nigdy nie nastawiałem się na to, że słuchacze nas polubią, bo nie brzmimy zbyt popularnie. Myślałem, że może nagramy demo, może zagramy parę koncertów. A tu, kilka miesięcy po tym jak ukazało się demo, podpisaliśmy kontrakt. Staram się więc pozostać wiernym początkowej idei. Tworzeniu niezłego, pieprzonego heavy metalu. To wszystko.

O.: Opowiedz coś o gościach, którzy pojawili się na „Evil Power”. Możesz powiedzieć kto to był i jak duży był ich wkład? To nie pierwsze gościnne występy na waszym albumie, prawda?

S.: Mój przyjaciel General Diabolical Slaughter z Usurper [ciekawe, czy tak przedstawiłeś go mamie albo dziewczynie, hehe – przyp. Oracle] zrobił tylne wokale w kawałki „Evil Power”. Jestem wielkim fanem Usurper i jego wokalu. Jak u Wikinga. Świetnie brzmi. Gościnnie swój wkład wniósł Travis Ryan (Cattle Decapitation), zaś wcześniej Steve Moore (Zombi).

O.: A jak zapatrujesz się na promocję i dystrybucję tego albumu? Nie może być chyba źle, skoro odpowiadasz na wywiad dla polskiego webzine’a, co? Zdarzyły się jakieś sygnały odnośnie Lair of The Minotaur, które Cię zaskoczyły, z jakichś egzotycznych miejsc na przykład?

S.: W Europie album jest dystrybuowany przez Southern Distribution. Nie mamy milionów dolarów by inwestować w promocję. Liczymy więc na słowo mówione i przekazywane poprzez ziny, tak jak teraz! Ale wspomniano też o nas w najważniejszych europejskich magazynach, były recenzje i wywiady. Więc coś co jest pomocne.

O.: Po wydaniu „War Metal Battle Master” zmieniliście wytwórnię z Southern Lord na własną The Grind-House Records. Mimo to „Evil Power” jest nadal dystrybuowane przez Southern Lord, podejrzewam więc, że wasze relacje są w porządku?

S.: Kiedy nasz kontrakt wygasł pomyśleliśmy nad tym, by wydać „Evil Power” niezależnie, przez nas samych. Oni zaś byli bardzo pomocni, zaproponowali też, iż zajmą się dystrybucją. Poza tym darzymy olbrzymim szacunkiem Grega Andersona i zespoły, które skupia pod szyldem Southern Lord Records. Jestem dumny, że byliśmy częścią tej sporej i eklektycznej listy.

O.: Jako, że to trzynaste pytanie, czy w historii Lair Of The Minotaur jest coś takiego jak największy pech? Jesteś przesądny tak w ogóle?

S.: Nie jesteśmy przesądni. Jak już powiedziałem, nie oczekuję, że ktokolwiek będzie lubił nasz zespół. Więc cokolwiek miłego nam się przydarzyło, było przyjemną niespodzianką. Czasami jednak coś potrafi się przydarzyć gorszego na trasie. Spieprzy się van, ktoś zachoruje. Ale to się po prostu zdarza. Nie było jak dotąd żadnych większych katastrof, o których można by wspomnieć.

O.: No to wróćmy do biznesu. „Evil Power” ukazało się w Waszym labelu The Grind-House Records. Wiesz, to zawsze trochę kontrowersyjne, kiedy kapela wydaje krążek w założonej przez siebie wytwórni. Jedni mówią, że to tak jakby żaden label nie chciał jej wydać, inni – że zapewnia niezależność. Jaki więc był powód powołania The Grind – House Records?

S.: Odrzuciliśmy wiele ofert skierowanych przez dość znane wytwórnie. Nie byliśmy tym po prostu zainteresowani. Chcieliśmy wydać „Evil Power” sami, niezależnie i teraz nadarzyła się ku temu okazja.

O.: Nakręciliście też videoclip do tytułowego kawałka. Widziałem go i muszę powiedzieć, iż jest całkiem w porządku. Myślisz, że krew i gołe baby to najlepszy sposób, by zainteresować maniaków, hehe? Mieliście jakieś problemy z tym videoclipem? Ponoć Amerykanie są w tych sprawach bardzo pruderyjni…

S.: W tym samym duchu co utwory, chcieliśmy też zrobić teledysk. Większość nowych metalowych klipów jest super nudnych. Tekst do tej piosenki jest jak mini horror. Więc przenieśliśmy go do rzeczywistości z mnóstwem krwi! A także kilka niezłych panienek! Po premierze ściągnęli to z YouTube, ale zdaje mi się, że niedawno znów tam wróciło. Nasze pierwsze video zdjęli też z MTV2, a dzień później skontaktowali się z nami pytając o przerobioną wersję. Koniec końców nominowali je do najlepszego metalowego klipu roku. Dla nowego wideo nawet nie robiliśmy wersji poprawionej. Zresztą większość ludzi i tak ogląda teledyski on line.

O.: Co prawda to prawda. A skoro jesteśmy przy temacie… Wydaliście też coś takiego jak DVD „War Metal Battle Master”. Co ono zawierało? Bo widziałem tam utwory z albumu, ale na pewno musiało być coś więcej… Innymi słowy, dlaczego warto je kupić?

S.: DVD zawiera wersję nieocenzurowaną i wersję telewizyjną tytułowego kawałka, dwa ujęcia zza scen i wywiady. A także 45 minut materiału na żywo z lat 2004 – 2007, nakręconych w USA i w Europie. A także świetną okładkę Oriona Landau.

O.: W kwietniu odbyliście też małe tournee po Wschodnim Wybrzeżu, streść po krótce jak było, ok.? Kto z kim dla jak wielu, a także jak dużo wódy wypiliście, wypaliliście trawy i jak wiele dziewcząt nie jest już dziewicami, hehe…

S.: Trasa była świetna. Wszyscy w Lair of The Minotaur jesteśmy wielkimi fanami whiskey, tak więc sporo Jacka Daniela zostało skonsumowane. Lubimy poza tym mieć koło siebie butelkę gdy gramy, to dobre na to całe wrzeszczenie! Nie boimy się też przyznać, że lubimy przypalić zioło, wciągnąć trochę koki, pić whiskey i zabijać.

O.: Ech, życie… Wzięliście też udział w trybucie dla Eyehategod. Tak bardzo ich lubicie, czy po prostu dostaliście propozycję i postanowiliście z niej skorzystać? Robiliście już kiedyś coś takiego w przeszłości? I z drugiej strony – myślisz, że możliwa jest taka płyta ale w hołdzie dla Lair Of The Minotaur? Nie teraz, ale tak za jakieś piętnaście lat na przykład?

S.: Nasz ówczesny perkusista, Lary Herweg (Pelikan) był ich olbrzymim fanem. I gdy dostaliśmy tą ofertę bardzo był za tym, byśmy zrobili ten cover. To była jedyna przeróbka jaką kiedykolwiek zrobiliśmy. Poza utworem Order From Chaos w wersji demo, ale ona nigdy się nie ukazała. A trybut dla Lair Of The Minotaur? Nie jestem pewien, raczej bym tego nie oczekiwał, ale wszystko jest możliwe.

O.: Macie tam u siebie w Chicago mocną scenę metalową. Na pewno najbardziej znaną nazwą jest chyba Cianide, ale założę się, że sporo innych kapel, wytwórni czy zinów też jest i na pewno nam o nich opowiesz…

S.: Tak, jestem wielkim fanem Cianide. Scott, ich gitarzysta, jest moim sąsiadem, mieszka zaledwie kilka bloków dalej. To świetni kolesie. W Chicago jest sporo świetnych kapel, jak Usurper, The Chasm, Yakuza, Nachtmystium, Minsk itp. Mamy też metalowy bar, który sprzedaje burgery z nazwami wziętymi od różnych kapel [hehe, świetny pomysł – poproszę łagodny Morbid Angel z frytkami i dwa razy pikantny Rhapsody of Fire na wynos, hehe – przyp. Oracle]. Burger „Lair of the Minotaur” sprzedaje się najlepiej – ma ser brie, pancetta, grillowaną cebulkę i polewę z whiskey. Smakuje kurwa wyśmienicie!

O.: Hehe, ja myślę. Chicago to też miasto, w którym żyje wiele osób z polskimi korzeniami. Znasz jakichś polskich metalowców z Twojego miasta? Czy tylko starych emigrantów z klapkami na swoich katolickich ślepiach? Bo widzisz, w ojczyźnie tak na nich patrzą… Ponadto, jeden z członków kapeli też ma polskie korzenie, co?

S.: Ja mieszkam głównie w polskim sąsiedztwie. Mili ludzie. Znam kilku polskich metalowców, ale większość polskich dzieciaków jeździ tutaj małymi autami i słucha techno/disco. Wszystkie sklepy zaś prowadzone są przez starych. Zawsze próbują do mnie mówić po polsku i denerwują się, gdy odpowiadam im po angielsku. Nasz perkusista Chriss ma polskie korzenie, ale nie wiem jak dawno jego rodzina imigrowała do Stanów. No i cała okolica była bardzo dotknięta po tym jak zginął Wasz prezydent, wszyscy wywiesili flagi w oknach na bardzo długi czas.

O.: No tak, a braciszek ma tam teraz 70% głosów, czemu się dziwić… Za to Chicago kojarzone jest przez Polaków z Chicago Bulls oczywiście, ale i z Alem Capone, „Światem według Bundych”, polską emigracją… podzielasz te skojarzenia? Czy może masz jakieś inne?

S.: Osobiście pochodzę z Detroit, prawdziwego kurwidołka. Ale mieszkam w Chicago od 1996 roku, to fajne miasto. Wolę żyć tutaj niż w Nowym Jorku czy Los Angeles. Tak, Chicago znane jest z wszystkich rzeczy, które wymieniłeś. Ale zapomniałeś o pizzy w głębokich naczyniach [nie wiem, czy dobrze zrozumiałem o co mu chodzi – przyp. Oracle]. No i Blackhawks, nasza drużyna hokejowa wygrała w tym sezonie Puchar Stanley’a.

O.: Moje gratulacje. Dobra, powiedz jeszcze – kiedy możemy oczekiwać Was w Europie, a może nawet w Polsce? Macie już jakieś plany?

S.: Świetnie spędziliśmy czas na europejskiej trasie w 2007 roku. Ludzie byli bardzo entuzjastyczni, mnóstwo metalowców! Zamierzamy znów tu wrócić. W Polsce jeszcze nie graliśmy, ale mam nadzieję, że się to zmieni!

O.: Dobra, dzięki za wywiad!

S.: Dzięki za wsparcie, cześć!

Autor

11999 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *