Inferno dla mnie jest synonimem black metalowego zespołu, który wie o co chodzi w tym wszystkim, ma jasno wyznaczony cel, który chce osiągnąć i dąży do niego nie bacząc na przeciwności losu. Nie udzielają wielu wywiadów, tym bardziej ucieszyłem się, gdy wyszła taka możliwość z ich strony. Nie przedłużam więc, bo Adramelech nie jest typem gbura odpowiadającego pięcioma sylabami, do tego nie na temat, więc będzie co poczytać.

Oracle: Witaj! Od wydania „Black Devotion” minął już ponad rok. Jak na zimno oceniasz odbiór tej płyty? Jesteś zadowlonony z opinii na jej temat? Czy spotkałeś się z jakimiś złymi recenzjami?

Adramelech: Tak, to prawda, już trochę czasu minęło od czasu nagrania i wydania „Black Devotion” dla Agonia Records. Myślę, że płyta spełniła to, co miała spełnić. Pokazała trochę inną drogę, którą obecnie podąża Inferno. Pokazała odmienne kompozycje, aranżacje i sam skład. Całą pracę zespołu. Pokazała nowy etap, nową część dalszej historii Inferno. Reakcje fanów z Europy i z pozostałych krajów świata są zajebiste, więc i my jesteśmy z nich zadowoleni. Jako muzycy zrobiliśmy jak dotąd najlepszą pracę i jest to nasz najlepszy album. Jestem zadowolony, że mogłem być częścią tego projektu.

O.: Tytuł albumu wydaje się być jednoznaczny – „Black Devotion” to jakby określenie Waszej drogi, co? Od wielu lat jesteście oddani black metalowi, można stwierdzić, że poświęciliście mu życie?

A.: Tak, chcieliśmy wybrać dla tego albumu nazwę, która od razu mówiłaby i przedstawiała, co on przynosi, czego oczekiwać od muzyki, tekstów i ideologii. Chcieliśmy, by w nazwie zawarta była pewna nasza wizja i jasne granice naszych przemyśleń – oddanie scenie i naszym wewnętrznym demonom. Inferno jest naszą refleksją nad dzisiejszym światem. To nasza wojna i broń.

O.: „Black Devotion” to album utrzymany w klasycznym, zimnym kanonie black metalowej sztuki. Rozumiem, że nie pochwalacie żadnych nowinek muzycznych w temacie black metalu i pod tym względem jesteście bardzo konserwatywnym zespołem?

A.: To nie tak, że nie chcemy dodawać żadnych innych elementów muzycznych, czy innych stylów do black metalu. Albo, że chcemy być prymitywami, jak ci co są tak bardzo ortodoksyjni, że aż śmieszni. I że nie akceptujemy tego, co nowe. Jesteśmy muzykami, którzy idą do przodu i pracują nad sobą. Ale nie chcemy też robić pięciu identycznych płyt, takich jak wszystkie dookoła, po co by to było? Innowacje i praca nad sobą to podstawa, by dojść do doskonałości. Trzeba się doskonalić. Dlatego rozumiem różne nowe dodatkowe elementy do black metalu. Ale zawsze to musi mieć jakieś granice. To musi zawsze korespondować z niepisanymi prawami black metalu. Z esencją śmierci, nienawiści, chaosu, duchowości. Nic powierzchownego, wszystko głębokie i prawdziwe. I o to chodzi. Popatrz, Blut Aus Nord, Deathspell Omega i wiele innych zespołów to przykład tego, że jest to możliwe. I wszystko jest okej. Myślę, że nowa płyta będzie znów trochę inna.

O.: No to czekam z niecierpliwością. Po koncercie jaki widziałem w Krakowie, domyślam się też, iż nie jesteście zwolennikami zbyt dziwnego image u kapel black metalowych? Wiesz, te wszystkie żenujące dziwne sesje zdjęciowe, dziwny ubiór sceniczny… Po tym co widziałem na Legions Of Death wystarczy Wam corpse paint i tyle, zwykła ramoneska i t-shirt, prawda? Choć dawniej zdarzał się ogień czy świńskie łby…

A.: Tak jest, skóra, gwoździe, corpse painty, krew, ogień, łańcuchy to dla nas pewien priorytet i nasz standard. Po co coś innego? Tak było i tak ma być. Ekstremalna muzyka i ekstremalny image, show i rytuał. To są aytrybuty potrzebne do atmosfery koncertu i do bram ciemności. Dzisiaj jest sporo zespołów, któe chcą być oryginalne i robią pewne rzeczy trochę inaczej – ich zespół – ich sprawa, ale u nas będzie tak jak jest i jak było. Black metal to śmierć, a nie sukienki, gotowe koszulki i inne gówna na scenie. Ktoś może powiedzieć, że obecnie to cliche… powiem tak, jest w tym połowa prawdy, ale dla nas nie oznacza to, że musimy zrobć coś inaczej. Trzeba trzymać się standardów black metalu.

O.: A jak! We wkładce do tego album napisaliście, iż „Black Devotion” to nie tylko muzyka, to również rytuał czarnej magii. Jak rozumiem, traktujecie twórczość Inferno jako coś więcej niż tylko muzykę do zabawiania ludzi na koncertach? Czy to według Ciebie powinien być wyznacznik black metalu?

A.: Jasne, jeśli ktoś myśli ,że black metal to zabawa na koncertach albo moda dla dzieci, niech spierdala! To zawsze jest coś więcej. Tak było, jest i będzie, nie ma co tu więcej mówić – to wszystko jest przecież jasne.

O.: Z tego co słyszę, to teksty na albumie śpiewane są w języku czeskim, chociaż tytuły mają angielskie. Dlaczego tak? Dlaczego nie zamieściliście również czeskich tytułów. Choć zapewne wiesz, że dla Polaków Wasz język brzmi dość oryginalnie, hehe? Czy zmiana tytułów na angielskie wynikała z zarzutów wysuwanych wobec Was o sprzyjanie scenie NS?

A.: Tak, teksty są po czesku i jeśli brzmi to dla kogoś oryginalnie to tym lepiej. Na okładce teksty również możesz znaleźć tak po czesku, jak i po angielsku. Co do tego, że tytuły są po angielsku – po prostu tak wyszło, nic w tym głębszego się nie znajduje. Chcieliśmy ustawić wpierw tytuły czeskie, a pod tym angielskie tłumaczenia, żeby było wiadomo, w jakim języku są utwory, ale wyglądało to nieestetycznie i tak pozostał jedynie angielski. Lepiej to pasowało do okładki i chcieliśmy, żeby wszyscy na świecie wiedzieli, co będzie ich czekało. No bo Agonia Records dystrybuuje tę płytę w Europie i poza nią również.

O.: W muzyce Inferno zawsze podobała mi się pewna doza melodii, przedstawiona jednak w bardzo agresywny sposób. Myślisz, że można to okreslić jako „własny styl Inferno”?

A.: Myślę, że tak. Inferno zawsze grało swoją muzykę, nie byliśmy klonem Darkthrone, Burzum, które były przerabiane już po sto razy. Ta muzyka zawsze miałą swoje znaczenia, typowe dla nas. Swoją strukturę, swoje postępy na gitarach… Taki Inferno Black Metal. Zawsze możesz poznać, że to Inferno. Lubimy robić rzeczy po swojemu i nie być klonem klonów.

O.: I to się chwali. Rzeczą która się zmieniła jest warstwa liryczna Inferno, albo przynajmniej tak sądzę. Wcześniej Wasze teksty miały w sobie spory pierwiastek odniesień do pogaństwa, nacjonalizmu, zgodzisz się ze mną?

A.: W połowie jest to prawda. Pierwsze demo i siedmiocalowe epki, które były zaraz po nim miały tematykę mocno antychrześcijańską, z dodatkiem etnologii – słowiańskiego przekazu i ideologii, ale też nie było jej aż tyle. Wszystko zmieniło się wraz z płytą „Duch slovanské síly” – tam znalazła się pogańska tematyka w największym jak dotąd stopniu. To był taki album koncepcyjny. Potem było tego jeszcze sporo na „V návratu pohanství…”, a potem tematyka była bardziej nietloerancyjna, antyludzka, wracała do korzeni. A dlaczego to pogaństwo? To proste, zawsze szanowaliśmy swoje pochodzenie, tak zawsze będzie, w końcu to nasze korzenie. I nie mamy w ogóle nic przeciwko temu. Jedyne co czasem nas wkurwia jest fenomen pogańskich zespołów, które są teraz tak popularne. Ale tu chodzi o samą muzykę, nie o ideę, bo to muzyka nam się nie podoba. Uwielbiamy ekstremalną muzykę, a nie wesołe przyśpiewki. Sama idea jest oczywiście w porządku. Zawsze lepiej, gdy europejska młodzież zajmuje się muzyką o swoich korzeniach, a nie hip hopem czy rapem. Teraz teksty mamy trochę inne, bo nasza wizja i przekaz idzie w inną stronę, ale to taki normalny rozwój. Inna droga, inna część Inferno – ale zawsze prawdziwa.

O.: Jak w ogóle określasz swoją filozofię życia? Mówisz o sobie, że jesteś poganinem, satanistą, ateistą, agnostykiem? Często muzycy metalowi mieszają te systemy wartości, wybierając z nich to, co im pasuje. Czy Twoim zdaniem to dobrze czy źle?

A.: Jest mi to obojętne, czy ktoś nazywa siebie satanistą, antychrześcijaninem czy poganinem… To powinna być dla nich droga, lub jej część, do ich samodoskonalenia się, droga którą powinni podążąć. To dla mnie podstawa. I czy ktoś wybiera sobie z tego lub czegoś innego coś co mu pasuje – to dobrze. Ta droga do doskonałości to jego cel. to wszystko uczy człowieka być wolnym, wielkim i lepszym. Być samemu sobie bogiem. Wiara to nie deformacja człowieka, ona ma służyć ulepszaniu się człowieka. Jeśli więc uważam człowieka za indywidualistę to muszę później akceptować jego wybór, to czy bierze coś z tego czy tamtego, jeśli mu to pasuje. Jeśli jest to poświęcone jego własnemu wszechstronnemu rozwojowi…

O.: W dyskografii Inferno znajdujemy aż 15 splitów z różnymi kapelami. Imponująca ilość, prawda? Czy patrząc z perspektywy kilku lat żałujesz, że wydałeś z jakimś konkretnym zespołem wspólną płytę? Na przykład kapela drastycznie zmieniła swoją muzykę, albo okazała się pajacami?

A.: Nie, wszystkie splity to splity z naszymi przyjaciółmi, z którymi znamy się od lat, wiemy więc, że są spoko. Dlatego właśnie zrobiliśmy z nimi splity. W życiu nie wypuścimy splitu z powodów marketingowych, albo dlatego, że label tak chce, bo fajnie by się to sprzedawało. Split to zwieńczenie współpracy i przyjaźni trwającej od lat. O to ma w tym chodzić. I nie mówię tego tylko o epkach. Prawda, lubimy splity, epki kasety – stare dobre Podziemie.

O.: Hehe, otóż to. Poza dużą ilością splitów Inferno ma na koncie też nie małą ilość albumów live – aż cztery. To dość niespotykane, zwłaszcza jak na black metal, gatunek w którym część zespołów w ogóle rezygnuje z grania koncertów. Co zadecydowało o tym, że zarejestrowaliście te koncerty – atmosfera, klimat?

A.: Tak, głównie właśnie z tego powodu. Wszystkie te koncerty były po prostu masakrą, od fanów po organizację, zespoły. To były nie tylko koncerty, ale i piekielny rytuał, to co się tam działo to była mentalna apokalipsa. Dla nas było więc podstawą wspomóc pamięć o tych piekielnych nocach. Te wydania są dla fanów, którzy tam byli – oni będą wiedzieli o co w tym chodzi.

O.: „Black Devotion” ukazało się nakladem Agonia Records. Jesteś zadowolony ze współpracy z Filipem? Jak dotąd każdy duży album wydawaliście w innej wytwórni, ale o ile mi wiadomo nie wynikało to raczej ze spięć z labelami, a raczej z chęcią rozwoju, prawda? Jakieś plany co do kolejnego wydawcy?

A.: Tak jak piszesz, wszystkie wytwórnie, w których byliśmy robiły dla nas dobrą robotę. Nie mam więc nic przeciwko tej współpracy. Wszystkie umowy, jakie mieliśmy opiewały na jeden album (u Agonii na dwa) i gdy się skończyły mogliśmy szukać innej wytwórni lub zostać w tej samej. Nie chcieliśmy mieć kontraktu na pięć lat w jednym labelu, to długi okres, podczas którego może się wiele wydarzyć tak w wytwórni jak i w zespole. Chcieliśmy mieć furtkę dla nas i naszych możliwości. To był nasz wybór, zawsze chcieliśmy pracować nad sobą i iść do przodu, rozwijać się. I jak zdarzyła się nam sposobność przejść do Agonii, to dlaczego nie? To bardzo dobry label, wydający bardzo dobrą muzykę i posuwający zespoły do przodu. I tak ma być. A nasze posunięcia i wybory zawsze okazywały się dobre. I mam nadzieję, że w przyszłości też tak będzie.

O.: Ja również w takim razie. Ale skoro jesteśmy przy takim temacie… Teraz kolej na trzynaste pytanie – jaki więc był największy pech dla Inferno w historii zespołu?

A.: Nie było żadnego pecha ani niczego podobnego. Zawsze coś idzie lepiej, a czasem coś gorzej, ale to normalne. Jedyne co jest chujowe, to te wszystkie zmiany składu, bo z czasem zrastasz się z tymi ludźmi w jedno ciało i jedną duszę. Ale cóż… nic nie trwa wiecznie. I głupio byłoby myśleć, że ci ludzie całe życie będą zadowoleni z zespołu i będą mieć takie priorytety jak powiedzmy mam ja.

O.: Wiem, że samo Inferno również miało okres, gdy odmawiało grania koncertów czy udzielania wywiadów (tym bardziej się cieszę na ten właśnie wywiad, hehe), dlaczego? Zmęczenie sceną, problemy wewnątrz zespołu? Szczęśliwie widzę, że ten okres się skończył – odbyliście małą trasę po Rosji, Meksyku, niedawno graliście w Polsce, a na 2011 rok odbędzie się seria koncertów w Brazylii…

A.: W zasadzie przez wszystko po trochu. W tym czasie faktycznie byliśmy zmęczeni sceną, głupotami i dziećmi, jakie ją zapełniały, niesnaskami pomiędzy kapelami i tak dalej… Chcieliśmy być jak najdalej od tego wszystkiego. Nie chcieliśmy jednak być aroganckimi pedałami, którzy nie odpowiadali, gdy ktoś do nich pisał. Po prostu sami ogłosiliśmy, żeby nikt się z nami nie komunikował, bo nie odpowiadamy na wywiady i tak nam pasowało w tym okresie. Teraz uważam, że było to dobre wyjście, bo inaczej Inferno by nie istniało. Jebały nas inne zespoły. Czeska scena, z wyjątkiem kilku kapel będących naszymi starymi przyjaciółmi, jak na przykład Maniac Butcher, Avenger, Unclean, była bandą głupich nieudaczników, fałszywych pedałów współpracujących z policją i tak dalej. Nic na tej scenie nie było fajne. Black Metal i Inferno był atakowany we wszystkich zinach, że to en-es i tak dalej… Głupota i gówno, dlatego też naszą aktywność koncertową przenieśliśmy poza granice Czech, jak i komunikację z ludźmi. Tak więc coś chujowego obróciło się w dobre.

O.: Osobiście widziałem Was tylko raz, na wspomnianym koncercie w Krakowie. Jak Ty wspominasz tą imprezę? Wielu moich znajomych uważa, że byliście jedną z lepszych kapel tego wieczora…

A.: Impreza w Krakowie była zajebista, osobiście muszę powiedzieć, że nie widziałem takiej fajnej organizacji i samego koncertu od paru miesięcy. Wszystko było fajne, od dźwięku na scenie, przez przyjacielską atmosferę, wielu starych i nowych znajomych, dobre zespoły, masa fanów. Co więcej chcieć? Naprawdę bardzo udany wieczór. Widać, że Ataman wie, jak pracować, z mojej strony pełen respekt dla jego profesjonalizmu. Oby więcej takich gigów. No a jeśli dla kogoś byliśmy kilerami tego wieczoru to tylko dobrze, wielkie dzięki…

O.: Cała przyjemność po naszej stronie, hehe. Na wspomnianym koncercie wśród publiki znalazła się spora liczba pijanych metalowców, którzy byli w takim stanie, że obojętne by im było, gdyby pewnie zamiast Inferno czy Infernal War na scenie grał akustyczny koncert Sabaton, hehe. Nie irytuje się coś takiego, kiedy większość publiki jest tak pijana, że masz wrażenie, iż grasz dla lunatyków?

A.: Wiesz, zawsze tak było i będzie – alkohol jest domeną metalowców. Ja sam też czasem sobie tego nie pożałuję. Ale to fani sobie wybierają, co chcą pamiętać z wieczoru i występów zespołów. Szkoda.

O.: Ano szkoda. Skąd pomysł na nazwę Inferno? Liczba źródeł jest olbrzymia – dzieło Dante, film Dario Argento lub po prostu samo słowo „Piekło” w obcym języku… Przy okazji, czytałeś wspomnianą książkę lub oglądałeś ten film?

A.: Tak, wiem, że jest bardzo dużo filmów, zespołów, książek, klubów z taką samą lub podobną nazwą. Wiesz, gdy mieliśmy po 16 lat i formowaliśmy Inferno ie myśleliśmy dużo nad nazwą, nie musiała ona być oryginalna, musiała być po prostu taka, po której od razu wiesz o co chodzi. Teraz uważam, że sama nazwa mogłaby być lepsza, ale wiesz jak to bywa w młodym wieku. Z drugiej strony Inferno wyraża wszystko, co możesz sobie o naszym zespole pomyśleć. Od życia, przez idee, filozofię, muzykę… Taki uniwersalizm.

O.: Czy widzisz duże zmiany na czeskiej scenie przez te wszystkie lata, kiedy sam w niej czynnie uczestniczysz? Od kiedy datuje się Twój aktywny udział w scenie metalowej, nie tylko jako słuchacza, ale i jako muzyka? O ile mi wiadomo, nie miałeś żadnych poważnych zespołów przed Inferno, prawda?

A.: Przez cały ten czas istnienia Inferno czeska scena zmieniła się trochę. Ale czy się zmieniła na lepsza czy na gorsze to już nie wiem. To bardzo indywidualna kwestia. Jest po prostu inna. Wielu starych znajomych wypierdoliło ze sceny, nie interesuje się nią, albo zeszło do najgłębszego podziemia. Ale niektóre zespoły poszły też w odwrotnym kierunku. Powróciły stare legendy jak Maniac Butcher czy Master’s Hammer. Są też nowi fani, więcej koncertów, zagraniczne zespoły prawie zawsze grają trasę również w Czechach. Myślę, że tutaj jest tak samo jak dajmy na to w Polsce czy gdzie indziej. Czasami jest lepiej, niekiedy trochę gorzej. Wiesz, ja się tym zbyt nie interesuję, wolę robić coś dobrego dla mnie i dla zespołu a resztę pierdolę. Na scenie jestem aktywny od mniej więcej piętnastego roku życia (teraz mam trzydzieści trzy lata), od kiedy zacząłem udzielać się w fanklubach wszystkich tutejszych zespołów. Potem zacząłem kupować fanziny, gazety, jedziłem na koncerty, jeździłem po pirackie kasety Baron Records do waszego Cieszyna… to był fajny okres. Obejmował tak samo ludzi, jak zespoły, kontakty. Co do innych zespołów, to nigdy nie chciałem mieć innych. I nie mialem. Inferno mi wystarcza w 100%. daje mi wszystko, czego chcę od zespołu, po co mam więc być aktywny gdzie indziej?

O.: Ja nie wiem, ja tylko tu piszę, hehe. Wiem, że na początku przyszłego roku w planach macie nagrywanie kolejnego albumu. Będę wścibski i zapytam, czy możesz zdradzić jakieś szczegóły?

A.: Tak, chcemy nagrywać w szwedzkim Necromorbus Studio, wpłaciliśmy już zaliczkę. No i zobaczymy jak to wszystko pójdzie. Często mamy problem z czasem. Myślę, że to będzie trochę inna płyta niż „Black Devotion”. Myślę, że lepsza. Szybsza i bardziej bestialska. Zobaczycie.

O.: No to czekamy, czekamy. Okej, nie będę już Cię więcej męczył, dziękuję Ci za odpowiedzi i mam nadzieję, zobaczyć jeszcze nie raz Inferno na masakrującym koncercie!

A.: My też bardzo dziękujemy za wywiad. Walka trwa!

Zdjęcia pstryknęła Czarna666.