Nietuzinkowy krążek nagrali Portugalczycy z In Tha Umbra. I to się im chwali. Skoro “Thus Open Thine Eerie Wings Like An Eagle And Soar The Winds Of Chaos” jest tak niezwykłym krążkiem, rozmowa z zespołem powinna być równie ciekawa – stwierdziłem, po czym skreśliłem kilkanaście pytań, które trafiły do Bruna, wokalisty i gitarzysty formacji.


Oracle: Przede wszystkim, gratuluję wyśmienitego albumu! To mój power play od kilku dobrych dni, a kiedy pisałem recenzję to słuchałem go po 8 godzin dziennie. I dalej go słucham. Nie każda kapela wie, jak wciągnąć w ten sposób słuchacza. Czy to konsekwencja trzech lat milczenia – mnogość pomysłów i głód muzyki?

Bruno: Dziękuję za Twoje słowa. Zaraz po wydaniu „Nigrium Nigrius Nigro” zaczęliśmy pisać nowe utwory, zaczęliśmy też pracować nad konceptem przyszłego albumu. Mieliśmy wizję tego, co chcemy zrobić, a chcieliśmy, by było to również coś innego. W jakimś sensie chcieliśmy rozwinąć nasze najekstremalniejsze partie, lecz także i te melodyjne i eksperymentalne rzeczy, których spróbowaliśmy na „Nigrium Nigrius Nigro”. Poza tym wszyscy siedzieliśmy w progresywnym i psychodelicznym rocku, chcieliśmy więc wszystko to zmiksować z death i black metalowymi elementami i zobaczyć co z tego wyjdzie.

O.: A wyszła perełka. Na Encyclopaedia Metallum Wasz gatunek muzyczny określany jest właśnie jako death/black metal. Nie uważasz, że jest to straszne uproszczenie? Jako death/black możemy określać takie kapele, jak Belphegor czy Crionics, ale nie In Tha Umbra… Nie jesteście łatwym przypadkiem dla recenzenta, wiesz o tym?

B.: Patrząc na to, jak brzmimy obecnie, jest to bardzo ograniczona etykietka. Ale jesteśmy dumni z tego, co zrobiliśmy wcześniej i nawet teraz wciąż uważamy się za black/death metalowy band. Zresztą, nawet na początku, nigdy nie byliśmy typowym death/black metalowym zespołem, zawsze mieliśmy swój własny sound. Rozumiem, co masz na myśli z tą trudnością w sklasyfikowaniu naszej muzyki. Z poprzednim krążkiem, który nie był tak eksperymentalny jak ten najnowszy, kilku recenzentów miało problemy, a niektórzy określali nas nawet jako „melodyjny szwedzki death metal”. Dziwne, ale ostatecznie staramy się po prostu tworzyć dobrą muzykę i bylibyśmy wdzięczni, jeśli ludzie patrzyliby na nas właśnie w ten sposób, niezależnie od prób wsadzenia nas w jakąś szufladkę.

O.: No tak. Nowy album ma bardzo długi tytuł. Nie obawialiście się, że ludzie go nie zapamiętają? Ja na przykład go nie pamiętam, a jestem tylko przykładem, hehe…

B.: Czasem używaliśmy innego tytułu, ale ten nowy przyszedł mi na myśl całkiem nagle i brzmiał dobrze. Zawarł się w nim cały koncept tego albumu, był bardzo znaczący i epicki. Wierzę, że może to zadziałać w naszym sposobie marketingowego postrzegania go. Ludzie zauważą go nawet jeśli go nie zapamiętają i może nawet nie będą wiedzieli o nas niczego, poza tym, że „In Tha Umbra to ta kapela z długim tytułem”.

O.: Nie tylko tytuł jest długi, bo i album do najkrótszych nie należy. To blisko godzina muzyki. Czy to nie za dużo dla słuchacza? Ja tam go słucham na okrągło, ale ludzie są różni i nie wszyscy takie dłuższe płyty lubią…

B.: Wierzymy, że gdy struktura utworów jest zróżnicowana, to muzyka będzie interesująca – znajdą się na niej wciąż to nowe elementy, dzięki którym nie zauważysz, jak płynie ten czas. W mojej opinii nasz ostatni album nie był zbyt krótki i zawierał trochę materiału, którego dziś byśmy nie użyli. Gdy pracowaliśmy nad nowymi kawałkami i zaczęliśmy myśleć nad całkowitym czasem płyty, nie przejmowaliśmy się tym i nawet myśleliśmy nad dopisaniem jakiejś piosenki, ale zdecydowaliśmy zostawić się to tak jak jest, bo nie chcieliśmy robić czegoś bez znaczenia, by tylko zapełnić czas.

O.: Pierwsze, co rzuca się w oczy po włączeniu płyty, to całkiem oryginalne brzmienie. Odważny krok, by odwiedzić Ziopmix Studio okazał się owocny, a poza tym byliście niejako pionierami, prawda?

B.: Zipmix to studio należące do znanego muzyka portugalskiego, a mieści się stosunkowo blisko miejsca, w którym mieszkamy. Ma dobre warunki technologiczne, czuliśmy się w nim komfortowo. Nie mieliśmy żadnej presji, mogliśmy w tym czasie próbować wielu rzeczy, by znaleźć interesujący nas sound. Zawsze eksperymentowaliśmy i zawsze robiliśmy rzeczy, które ludzie uważali za dziwne, ale ja tak właśnie rozumiem słowo „interesujący” w odniesieniu do muzyki. Ponadto większość najlepszej muzyki w historii było tworzone przez pionierów.

O.: No raczej chodziło mi o to, że byliście pierwszym metalowym zespołem w Zipmix Studio. Dobra, na “Thus Open Thine Eerie Wings Like An Eagle And Soar The Winds Of Chaos” (uff, hehe) pojawili się i goście. Pierwszym z nich jest Celia Ramos. Kim ona jest? Jej głos jest niesamowity, ale damskie wokale w niektórych kręgach nie są zbyt mile widziane…

B.: Muszę przyznać, iż nigdy nie pociągał mnie metal śpiewany przez kobiety. Celia jest naszą przyjaciółką, śpiewa w gothic/doom’owej kapeli Mons Lunae, ale również i w innych projektach, zaczynając od power metalu, a na jazzie kończąc, co pokazuje jak jest wszechstronna. Gdy nagrywaliśmy „A Cornucópia Régia” stwierdziliśmy, że tej piosence potrzeba czegoś jeszcze. Zaprosiliśmy więc Célię, by zobaczyć jak to wyjdzie. Jako, że mieliśmy czas, eksperymentowaliśmy, mogło to zaskoczyć. Byliśmy zaszokowani rezultatem, poprosiliśmy ją więc, by zaśpiewała jeszcze w dwóch kawałkach. Kiedy tylko będzie to możliwe, Célia będzie brałą udział w naszych koncertach.

O.: Właśnie miałem o to pytać. Utworem odróżniającym się od reszty jest niechybnie „A Cornucópia Régia” – bardzo cichy i spokojny utwór z gościnnym udziałem Célii. Czyli będziecie ten utwór grać na żywo? A reszta utworów z jej wspaniałym wokalem będzie szła z taśmy czy również będzie grana tylko z nią?

B.: W tym momencie przygotowujemy się do grania wszystkich utworów. Używamy laptopa i słuchawek [no tak, a ja tu wyskakuję z taśmą, to se chłopina o Polakach pomyślał, hehe – przyp. Oracle], więc słyszymy w nich sygnał, na który wchodzimy z nagranymi klawiszami. Jednak nie chcemy używać w ten sposób nagranych wokali. Kiedy tylko będzie to możliwe, Célia będzie występowała z nami na żywo. Gdy z kolei nie będzie takiej możliwości, jej linie wokalne zaśpiewam ja. Powinno to więc zabrzmieć różnie od czystych wokali drugiego gitarzysty.

O.: Drugim z kolei gościem był Fernando E II – jego efekty dźwiękowe i klawisze są również wspaniałe. W niektórych momentach brzmi to nawet jak stary dobry Jon Lord i klawisze z takich płyt chociażby jak „Rising”…

B.: Fernando jest przyjacielem moim oraz perkusisty, jeszcze z czasów dzieciństwa. Grał na basie w kapeli, którą mieliśmy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Zawsze używaliśmy w niej klawiszy, bo jest on również klawiszowcem. Dziś gra on w folkowej kapeli, a także tworzy masę muzyki, którą zachowuje dla siebie. Robi coś w rodzaju soundtracków. Jego idolem jest właśnie Jon Lord, ma wszystkie płyty Deep Purple, Whitesnake i Rainbow na winylach. Fernando udzielał się także na naszych wcześniejszych albumach, z tym że tam robił bardziej klasyczne klawisze. Tym razem poprosiliśmy go, by nagrał coś w stylu lat siedemdziesiątych, by sięgnął bardziej w rockowe korzenie. Taki był koncept tej muzyki, to musiało być zrobione właśnie tak. Jeśli użylibyśmy bardziej typowych dla metalu klawiszy, wówczas mogłoby to brzmieć zbyt gotycko, a tego nie chcieliśmy. Fernando dostał całkowitą wolność twórczą, wiedząc, iż zna on naszą muzykę – wierzyliśmy w jego pracę. Chcielibyśmy zaprosić go, by do nas dołączył jako muzyk koncertowy, lub nawet na stałe, ale wiemy, iż on tego nie chce i nie ma czasu, więc nie mógłby się do nas przyłączyć.

O.: Aha. Dobra, przejdźmy dalej do omawiania płyty – “And Damnations Rash Bled Fever” ma, w mojej opinii, coś z nieśmiertelnego ducha Iron Maiden. Dla mnie, wpływy heavy metalu w Waszej muzyce są większe, niźli wpływy thrash metalowe, jak piszecie w booklecie…

B.: Pierwszą osobą, która słyszała tę piosenkę był Fernando, ten od klawiszy. Powiedział on, że jeśli Deep Purple zrobiłoby przeskok w czasie z lat siedemdziesiątych do dziewięćdziesiątych i zaczęło grać death metal to brzmiałoby to właśnie tak. Iron Maiden również należą do naszych ulubionych zespołów i jest to dla nas komplement, słyszeć takie porównanie. To bardzo rock and rollowa piosenka, z ciężkim brzmieniem gitary i rockowo – jazzową sekcją solową. Pozwoliliśmy, by wszystkie instrumenty miały swój czas – gitary, bas, perkusja. Właściwie, jest to generalnie nietypowe dla metalu w ogóle. Pungent Stench w swoich początkach robił coś takiego…

O.: Jeszcze zagadnę o liryki – mógłbyś o nich krótko opowiedzieć? Nie należą raczej do prostych, podobnie jak muzyka wymagają od słuchacza skupienia, albo przynajmniej większej uwagi… Innymi słowy, daleko Wam do „Satan, Satan! Kill The Priest!” hehe…

B.: Jeśli chodzi o In Tha Umbra, to trochę jesteśmy skomplikowani, to fakt. Po czterech albumach dziwnych, kompleksowych i trudnych liryków, postanowiłem, że następny krążek będzie miał łatwiejsze teksty. Lubię eksplorować naraz mitologię i folklor, jak również semantykę czy znaczenie słów. Czerpię inspirację z klasycznych poetów, a dwa ostatnie albumy znajdowały się pod bardzo dużym wpływem „Raju Utraconego” Johna Miltona, lecz nie w sensie treści, a w manierze pisania. Głębia Miltona poszła w mitologiczną stronę starej historii…

O.: Skoro tak twierdzisz… Z innej beczki. Widziałem video do „Slough Ov Capricorn”, ale nie wywarło ono na mnie jakiegoś nadzwyczajnego wrażenia. A jaka jest Twoja opinia na jego temat?

B.: „Slough Ov Capricorn” to video zrobione domowym sposobem, nakręciliśmy i zmontowali je sami, dokonałem też jego post – produkcji. Zrobiliśmy je dostępnymi nam środkami i zdecydowaliśmy się je rozpowszechnić, bo widziałem już sporo clipów i stwierdziłem, że nie jest ono takie złe. Ludzie zdobyli pojęcie dzięki niemu, jak gramy na żywo. Chciałbym mieć techniczne możliwości i budżet, by zrealizować prawdziwą produkcję, ale w tamtym momencie było to wszystko, co mogliśmy akurat zrobić i w naszej opinii jest ono całkiem przyzwoite.

O.: A co powiesz o okładce do “Thus Open Thine Eerie Wings Like An Eagle And Soar The Winds Of Chaos”? Jak dla mnie to jest ona bardziej ilustracją, ale może Ty mi powiesz, jaki ma ona związek z muzyką?

B.: Masz rację, właściwie to jest to w większości manipulacja wyobraźnią, jest to ilustracja raczej do konceptu In Tha Umbra niźli samej płyty – mrocznego, budzącej grozę. Pomysł był taki, by było to coś niezbyt bezpośredniego, otwartego na każdą ze ścieżek albumu. Bardziej jak tło do muzyki, niż jak jej przedstawienie.

O.: Ok. – trzynaste pytanie. Co było największym pechem w historii In Tha Umbra?

B.: No, naszym największym pechem było to, że nigdy nie mieliśmy zbyt dużo szczęścia. Dotychczas wszystko co osiągnęliśmy było efektem naszej ciężkiej pracy i poświęcenia. Mieliśmy jednak wiele przygód. Czasem mówimy sobie, że chyba wydamy o nich książkę. Kilka razy samochód, którym podróżowaliśmy na koncert zepsuł się i musieliśmy wzywać pomoc drogową. Ostatnio, we wrześniu ubiegłego roku, jechaliśmy na północ Portugalii, by zagrać na Caos Emergente Fest, spalił się nam silnik. To było w połowie drogi, musieliśmy zostawić samochód i dojechać do Lizbony taksówką, by załadować graty na wypożyczony samochód. Ale zdążyliśmy na ten festiwal. Graliśmy tam między innymi z Belphegor i po całej imprezie zobaczyłem zdjęcia ich wokalisty, który miał napisane na ramieniu „In Tha Umbra”. I do dziś nie wiem dlaczego!

O.: Może się podlizywał, hehe. “Thus Open Thine Eerie Wings Like An Eagle And Soar The Winds Of Chaos” to Wasz drugi album dla Agonia Records. Jesteś zadowolony z pracy Filipa? Czy następny album ukaże się również dzięki jego załodze, czy będziecie szukać czegoś nowego?

B.: Well, mieliśmy deal właśnie na dwa albumy, a to właśni ten drugi. Jak na teraz, to moim zdaniem poczekamy jak to wszystko wyjdzie. Nie łatwo jest podziemnej kapeli z Portugalii dojść tak daleko, zostać zauważonym. Ponadto, jak wszyscy wiemy, rynek muzyczny swoje najlepsze lata ma już za sobą, dziś sprzedaż nie jest już tak wysoka jak dawniej. Bardzo szanuję pracę Filipa, całe jego wsparcie i wiarę, jaką Agonia w nas pokłada, z wszystkimi ich trudnościami. Oczywiście, że chcielibyśmy mieć label, który stałby cały czas twardo za nami, robił za nas wszystko, obsadzał nas w dużych trasach, dużych magazynach, pokrywał wszelkie koszty… [taa, a kupiłeś marchewkę? Marchewkę pytam czy kupiłeś!? – przyp. Oracle]. Pracuję na to, by nowy album był możliwie jak najbardziej zauważony, a potem zobaczymy jakie opcje nam przyniesie czas.

O.: Ok., mówiłeś o koncertach – planujecie może jakieś wypady poza Portugalią? W Polsce na przykład…

B.: Jak na razie nie planujemy nic, ale bardzo chcielibyśmy zagrać poza naszym krajem. W tym momencie planujemy zagrać pokazowy koncert w naszym mieście, a także kilka pojedynczych sztuk w największych miastach Portugalii. Mieliśmy też zagrać na jednym dużym festiwalu, w mieście w którym mieszkamy, ale wygląda na to że impreza nie dojdzie do skutku. Byłoby interesującym, odbyć trasę po Niemczech albo Polsce czy wystąpić na jakichś festiwalach, ale zobaczymy czy trafią się jacyś konkretni promotorzy. Wierzymy, iż na żywca jesteśmy o wiele lepsi niż z płyt.

O.: To tym bardziej trzeba by się o ty przekonać. A jak określiłbyś pozycję In Tha Umbra na swojej krajowej scenie? Jesteście już więksi niż Moonspell, hehe?

B.: Z naszego punktu widzenia, nie jesteśmy ani więksi ani mniejsi od kogokolwiek. Znałem chłopaków z Moonspell zanim jeszcze założyli zespół. Mieli swoją szansę i z niej skorzystali. Jesteśmy znanym bandem w Portugalii, jakkolwiek wiemy, że nie wszyscy nas tu lubią. Czasami z powodów zupełnie nie związanych z muzyką. Ale jesteśmy szanowaną kapelą i dość sporo osób lubi naszą muzykę. Tworzymy ją w sposób, w jaki nam się podoba i jeśli fani również to lubią to jest to satysfakcjonujące. Miłym jest widzieć, jak nasze poświęcenie owocuje większym zainteresowaniem nami.

O.: Coś lekkiego – macie jakieś ulubione miejsce do wypoczynku? Jeśli bylibyście ze Skandynawii to pewnie usłyszałbym o mrocznym lesie, strzelistym szczycie czy czymś podobnym, a tak…

B.: Żyjemy w najbardziej turystycznej części Portugalii, z największą ilością słonecznych godzin w całej Europie. Nie jest to zbyt mroczne i metalowe, co? Ale jest to zarazem bardzo piękne miejsce. Krajobrazy możesz zresztą podziwiać na wspomnianym video – to bardzo specyficzne miejsce, nie tylko same parki wodne, plaże, pola golfowe… Mamy tu również wodospady, lasy, góry, zamki, cały ten groźny stuff, więc jest i blackowa strona Algarve, hehe!

O.: No tak, masz rację, hehe. A co to za samochód na zdjęciu w booklecie najnowszego albumu? Mam nadzieję, że to nie jest bus, którym jeździcie w trasy, hehe…

B.: Ten samochód był już na miejscu naszej sesji. Swoją droga nasz drugi gitarzysta powiedział mi – mieszka bardzo blisko tego miejsca – że ktoś zniszczył ten wóz doszczętnie na krótko po tym, jak zrobiliśmy fotki. Może teraz jego stan bardziej nadawałby się do zdjęć, hehe!

O.: Hehe… dobra, kończymy powoli. Powiedz nam jeszcze coś o planach na przyszłość…

B.: Będziemy nadal tak aktywnym zespołem jak jesteśmy, już piszemy trochę muzyki. Ale nie odgrywamy jeszcze tych kawałków, bo chcemy ograć materiał z „Thus Open Thine Eerie Wings Like An Eagle And Soar The Winds Of Chaos” najlepiej jak możemy. Ale osobno mamy już jakieś zaczątki nowego materiału, więc jak tylko znajdziemy odpowiedni moment to zaczniemy pracować nad nim i nasz nowy strzał będzie jeszcze lepszy! Na chwilę obecną chcemy promować nasz nowy krążek, by jak najwięcej osób mogło się z nim zapoznać.

O.: Okej, w takim razie trzymam kciuki. Mam nadzieję, że pytania Cię nie wynudziły. Dzięki za wywiad!

B.: Dzięki za interesujący wywiad i możliwość pokazania czym jesteśmy i co robimy. Wszystkiego dobrego dla Twego projektu!