Nie wszyscy się przekonali do debiutanckiego krążka Teksańczyków z Hod. I ja się temu w zasadzie dziwię, bo na „Serpent” znajduje się mocarny kawał prawdziwego Metalu. A że Carl z ekipą prochu nie wynaleźli, to już inna bajka. Choć jak dla mnie to co pokazali na krążku jest równie wybuchowe. Do tego Carl uwinął się z pytaniami w jeden dzień, za co należy się mu browar przy najbliższej okazji – mam nadzieję, że się nadarzy, hehe. Poniżej przeczytajcie co miał do powiedzenia zdrowo myślący (wbrew pozorom) gitarzysta Hod, Carl „Lord Necron” Snyder.

Oracle: Hail! Wasz debiut jest dostęny już od około roku, patrzysz zapewne na „Serpent” z dystansu. Słuchasz go więc i myślisz sobie „Kurwa, to jest kawał miażdżącej muzyki!” – jak myślisz, dlaczego?

Carl: Oczywiście, nadal sądzę, że to kawał miażdżącej muzyki. Jest tam sporo pokręconych riffów i opętańcza perkusja, które cały czas wywołują uśmiech na mojej twarzy. Jeśli chodzi o produkcję to zmieniłbym teraz kilka rzeczy. Ale to już szczegóły. Jako całość jest to miażdżący ładunek Metalu! W zasadzie to słucham tego i myślę sobie, jakie to zajebiste nagranie! Bo widzisz, ja muzykę piszę w większości, albo przede wszystkim dla siebie! Hod jest wszystkim, czego chciałem w zespole!

O.: Wytwórnia określa Waszą muzykę po prostu jako „ekstremalny metal”. Rzeczywiście, pewnie zdajecie sobie sprawę, że muzyki na „Serpent” nie można nazwać po prostu „death metalem” czy „black metalem”? Myślę, że ten sposób określania Waszej muzyki zaczerpnięto ze starych czasów, kiedy to nie istniały tak sztywne granice pomiędzy gatunkami, czyż nie?

C.: Masz rację. Za dużo tych eytkietek w dzisiejszym undergroundzie. Idiotą jest ten, kto słucha tylko black metalu albo tylko death metalu. Nigdy nie rozumiałem takiego nastawienia. Jeśli jakaś kapela niszczy, to czy znaczenie ma, jak ludzie ich nazywają? Ja mogę słuchać od Watain po Diabolic i być totalnie wciągnięty przez muzykę obydwu tych kapel. Myślę, że zespoły powinny być oceniane ze względu na ich poświęcenie i oddanie temu co robią, a nie na gatunek do jakiego je zakwalifikowano. Pamiętasz jak Morbid Angel określano jako black metal? Miało to jakieś znaczenie? Nie. Zespół trwał we włąsnym stylu. My gramy ekstremalny metal i jakakolwiek etykietka, którą che się nam przypiąć nigdy nie będzie do końca poprawna. Gramy według własnych reguł.

O.: I tak ma być. Kilkakrotnie podkreślaliście też, że nazywacie się nie H.O.D., ale po prostu Hod. Mieliście aż takie problemy z brakiem zrozumienia tego faktu ze strony słuchaczy? Możesz więc powiedzieć nam coś o genezie Waszej nazwy? Dlaczego zdecydowaliście się ochrzcić w ten sposób zespół?

C.: Tak, nieważne jak bardzo staramy się wyjaśnić ludziom, że jesteśmy Hod i tak część z nich wciąż będzie nas nazywało H.O.D. To nie powinien być aż taki problem, ale pewni ludzie nie są po prostu zbyt mądrzy. Trzeba im to przeliterować. Beer, nasz wokalista zajął się nazwą. Zrobiliśmy małe rozeznanie i ta się nam bardzo spodobała, zdecydowaliśmy więc działać pod tym szyldem. Hod jest zangielszczoną wersją nordyckiego bóstwa Hodura. Został on podstępnie zmuszony przez Lokiego do zabicia Baldura. Został on za to zabity przez bogów i zesłany do piekła. Panował nad ciemnością i zimą. Stwierdziliśmy, że to dosyć interesująca nazwa. Samo słowo „Hod” oznacza również dziedzinę majestatycznej inteligencji w Kabale. A także sferę Piekła w pewnych okultystycznych kręgach. Tak więc samo słowo ma wiele interesujących znaczeń. Jako zespół możemy później drążyć te tematy wraz z naszym rozwojem.

O.: Sam Hod nie jest bardzo starym zespołem, ale Wy sami na scenie działacie już dosyć długo, cały czas siedząc w głębokim podziemiu. Podejrzewam, że nigdy nie chcieliście być częścią mainstreamu, czyż nie? Co takiego specjalnego jest Twoim zdaniem w undergroundzie?

C.: Underground jest pulsem całego metalowego świata. Oto gdzie istnieje prawdziwy metal. Nie zabiłoby mnie to, gdyby Hod wydostał się kiedyś poza podziemie, ale to musiałoby być w swoim czasie. Nigdy nie celowaliśmy w mainstream. Wolałbym raczej mieć szacunek w podziemiu niż być mainstreamową kapelą, o której podziemie myśli, że jest gejowska. Za bardzo szanuję metal by się sprzedać. Nigdy tego nie zrobiliśmy i nigdy nie zrobimy.

O.: No mam nadzieję. Pochodzicie z Texasu, gdzie scena metalowa jest naprawdę silna, nie sądzisz? Dodatkowo, jeśli przyjrzymy się jej z bliższa zauważymy, iż z większością tych kapel macie coś wspólnego, byliście lub wciąż jesteście członkami części z nich. Czujecie się jak filary sceny w waszym stanie?

C.: Myślę, że zawsze starałem się wydawać zasługujące na szacunek projekty i muzykę. Teksański metal ma długą i potężną historię w dziejach sceny metalowej. Zważywszy na to, że jesteśmy daleko od Wschodniego jak i Zachodniego wybrzeża i ich przemysłu muzycznego, jest to tym bardziej specjalne i szczere. Tutaj w Teksasie mamy prawdziwie samodzielne nastawienie. Więc kiedy SA Slayer, Watchtower, Militia czy Helstar zaczęły grać przed wieloma laty, zapruszyły one w teksańskim podziemiu ogień, który tli się do dziś. Zespoły jak Absu, Imprecation, Averse Sefira i im podobne kontynuują tradycję wysokiej jakości muzyki z Teksasu. Czuję się zaszczycony, że Hod również to robi.

O.: Skromniacha. Hod jest często określany jako zespół muzyków takich kapel jak Necrovore, Thornspawn czy Exulcerate. Zwłaszcza ten pierwszy band cieszy się dużym szacunkiem i kultowym statusem. Ale czy nie irytuje Cię to, gdy ludzie mówią o Hod w taki sposób? Skądinąd zauważyłem, że Wasz label stara się tego nie robić, co jest bardzo rzadkie wśród wytwórni…

C.: Przede wszystkim nie chcemy, by ktokolwiek myślał, że Hod jest kolejnym Necrovore czy Thornspawn. Hod ma swoją własną tożsamość. Poza tym nie myślę, byśmy musieli bazować na starych zespołach, by zwrócić czyjąś uwagę. Nie przeczę, że te zespoły to kawał historii, ale dalecy jesteśmy od tego, by przyklejać na nasze albumy jakieś jebane stickery z adnotacją, że to projekt ex członków Necrovore czy Thornspawn, bla bla bla… Ta kapela stoi na własnych nogach.

O.: No tak, Hod jest niewątpliwie ekstremalną kapelą, ale nie można powiedzieć, że Wasza muzyka jest wyzuta z melodii w ogóle. To olbrzymi plus dla waszej muzyki, dzięki temu niektór fragmenty są możliwe do zapamiętania, hehe. Czy jest to coś, co musi się pojawić w waszyh kompozycjach?

C.: Metal może być ciężki jak chuj, ale potrzeba w nim pewnych chwytliwych elementów, które sprawią, że coś będzie warte słuchania. Wiesz, chodzi mi o to, że jeśli chcesz być naprawdę ekstremalny to daj pięciolatkom gitarę, bas i perkusję piecyki marshalla i zobaczymy co będzie się działo. Na pewno będzie brzmiało ekstremalnie, ale zarazem będzie bardzo gówniane. Muzyka potrzebuje pewnej struktury w chaosie.

O.: Dobrze powiedziane. Ale jeden numer na „Serpent” zdecydowanie się wyróżnia. Mowa o „Demoralizer”, który zdecydowanie brzmi jak hołd dla potężnego Venom. Taki był zamiar? Na żywo pewnie też zabija, co zresztą można zobaczyć na Waszym profilu MySpace…

C.: Bjorn napisał „Demoralizer” i na początku był on inspirowany Bathory i kawałkami z ich albumu „The Return…”. Ale potem doszły do tego bębny i całość zmieniła się w ten zabójczy speed metalowy kawałek. Teraz jest jednym z podstawowych kawałków w naszym secie. Sprawia, że ludzie rozpętują prawdziwie old schoolowy młyn i napierdalają łbami jak szaleni.

O.: Wiem, widziałem, hehe. Wasz debiut zatytułowany jest „Serpent”, ale nie ma na nim utworu o takiej nazwie, podejrzewam więc, że ma on jakieś głębsze znaczenie. Moja interpretacja i zarazem pierwsze skojarzenie jest takie, że to Wy jesteście tym wężem, który wpełza i przynosi społeczeństwo grzech… Jak daleko od prawdy jestem?

C.: Tytuł „Serpent” może być rozpatrywany z kilku spojrzeń. Ale jest to Wąż, który przynosi nie tylko grzech, ale także inteligencję i wolność. Wąż przynosi również śmierć i ból. „The Serpent of the Nightmare Empire” w zasadzie w jakiś sposób bazuje na historii Conana Barbarzyńcy. Wojowniku, który walczy idąc przez koszmarne imperium demonów i innych kreatur. Bardzo szanujemy historię Roberta E. Howarda i postać Conana.

O.: Czytałem kilka recenzji na temat Waszego albumu i kilku recenzentów narzekało na słabe brzmienie. Ale cholera, dla mnie jest to nie zrozumienie istoty Waszej muzyki, czyż nie? Przecież podziemna muzyka, taka właśnie jak Wasza, potrzebuje takiego staromodnego soundu, nie uważasz? Rzekłbym nawet, zostawmy czyste brzmienie kapelom z okładek magazynów…

C.: Recenzje, w których mówi się, że brzmienie jest kiepskie są śmiechu warte. Owszem, sound jest surowy, ale wszystko na płycie jest słyszalne. To nie jest tak, że jesteśmy bestial black metalową grupą, która brzmi tak, jakby wszystko było ścianą okropnego hałasu. Przecież nagrywaliśmy w studio. Tak więc Ci, którzy jęczą, że brzmienie jest złe muszą być największymi cipami na świecie. Powinni zniknąć natychmiast z Metalowej Sceny. Prawdziwi Metalowcy powinni pilnować, by takie pozery nie zagarnęły sceny. Wkrótce na ich karki spadnie Topór.

O.: Brzmi złowieszczo. Ok, na „Serpent” słyszymy sporo wpływów. Na przykład „Harbringer of Death” zaczyna się niczym wczesny Morbid Angel, później przechodząc w trochę bardziej old schoolowy black metal. Ale do czego zmierzam – na pewno siedzicie głęboko w przełomie lat 80 i 90. Wiele osób mówi o takiej postawie może nie jak o regresie, ale na pewno jak o stagnacji itp. Osobiście się z tym nie zgadzam, a ciekaw jestem Twojej opinii…

C.: Gramy to co przychodzi nam naturalnie. Nie próbujemy chwytać się jakiejś konkretnej ery. Pewnie nasze umysły utknęły na przełomie lat 80 i 90 i stylu komponowania z tamtych lat. Kiedy to tworzony czysty, pierdolony black/death metal. Nie chcę słuchać death metalu, w którym nagle więcej jest jazzu. Nie chcę słuchać death metalu, w którym rapuje jakiś koleś. Nie chcę słuchać death metalu od garstki dzieciaków z krótkimi włosami przykrytymi czapeczkami z daszkiem. Nie chcę słuchać death metalu, w którym śpiewa dla mnie jakaś emo ciota. Wiem, że kilka osób pomyśli sobie, że brzmię teraz niemodnie, nieodpowiednio do aktualnych czasów. I wiesz co – Jestem z tego dumny!

O.: Nie Ty jeden! Jesteście częścią Ibex Moon Records, labelu, który ma ogromne poważanie na scenie. Jak duży wpływ na decyzję o podpisaniu z nimi kontraktu miał fakt, że właścicielem jest John McEntee z Incantation? Wiesz, mówią, że muzyk muzyka nie oszuka… Czy to po prostu Wasz dobry kumpel i to wszystko?

C.: Znam Johna od wielu lat. Więc gdy tylko okazał zainteresowanie Hod, byłem bardzo skory do podpisania dealu. John ma olbrzymi szacunek do Death Metalu, tak że osoba Johna jako właściciela Ibex Moon Records miała duży wpływ na naszą decyzję. Poza tym – tak, praca ze znajomym muzykiem jest również plusem. Wie, czego oczekuje zespół. W tym momencie nie chciałbym być nigdzie indziej poza Ibex Moon.

O.: Chciałem jeszcze zagadnąć o Wasze demo – „Cry and Piss Yourself”. Są tam trzy utwory, które pojawiają się również na debiucie. Przearanżowaliście jakoś te kawałki, czy ich struktura została nienaruszona? Bo brzmienie pewnie się zmieniło, wszak nagraliście je jeszcze raz...

C.: Tak, nagraliśmy je jeszcze raz, więc są to dokładnie te same kawałki co na demo. Demo nie jest prawdziwą reprezentacją tych utworów. Myślę, że album bardziej pokazuje ich moc.

O.: Ok, a teraz coś mniej przyjemnego – w zeszłym roku Derrick Rivers opuścił zespół z powodu swojej walki z rakiem. Możesz powiedzieć, jak czuje się w tym momencie? Skoro opuścił Hod musiało być kiepsko, ale jak jest teraz?

C.: Ma się już lepiej, leczenie skutkuje. Tak więc to dobra wiadomość. To naprawdę chujowo, że musiał opuścić Hod, no ale przecież wszyscy rozumiemy jego decyzję. Zagrał jeszcze w zeszłym roku trasę u boku Monstrosity, zaraz po pierwszej chemioterapii. Dał radę, ale to go naprawdę wyczerpało. Nie chciał więc ryzykować już swojego zdrowia, potrzebował więc czasu.

O.: Dobrze słyszeć, że już lepiej, bo to przecież różnie bywa. Kiedy kilka lat temu zmarł Docent z Vader polska scena się podzieliła – czy death metalowe lub black metalowe kapele powinny brać udział w koncertach dobroczynnych na rzecz rodziny zmarłego i tym podobnym. Było sporo głosów przeciwnych – na zasadzie, że to przecież hipokryzja, gdy kapela śpiewa o rządach śmierci, a potem gra dla, było niebyło, jej ofiar. Mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi? Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

C.: Wiesz, bardzo łatwo być przeciwko temu wszystkiemu, dopóki twoja własna dupa nie wyląduje w szpitalu, zastanawiając się się z czego zapłaci się rachunek za leczenie. My również zagraliśmy kilka dobroczynnych koncertów na rzecz Dereka, by wspomóc go finansowo. Chorowanie jest bardzo kosztowne, zwłaszcza tutaj w Ameryce, gdzie nie mamy narodowego systemu opieki zdrowotnej. Rozumiem kapele które czczą śmierć i nienawiść, ale też nie widzę problemu, by pomóc bratu, gdy znajdzie się w takiej a nie innej sytuacji. Pragnę śmierci i nienawiści dla moich wrogów, ale nie dla moich towarzyszy.

O.: Miło usłyszeć głos rozsądku. Z innej beczki – Teksas znany jest z liberalnego prawa do posiadania broni. Zastanawiam się więc jak jest w Waszym przypadku? Duży masz ten swój arsenał? Co sądzisz o tym prawie jako takim? Pytam, bo tutaj w Polsce mamy od pewnego czasu debatę na ten temat…

C.: Nie mam żadnej giwery odkąd wolę wydawać pieniądze na inne rzeczy, takie jak gitary czy sprzęt dla zespołu. Myślę, że naprawdę powinieneś mieć prawo do swojej obrony. Mamy tylu kryminalistów biegających z bronią w ręku, że i my musimy jakąś mieć. Sam planuję się w jakąś zaopatrzyć wkrótce. Ale jeszcze nie w tym momencie.

O.: Twój wybór. Dobra, wiem, że będziecie nagrywać, albo już nagrywacie materiał na nowy album. Powiesz nam coś więcej, jakieś szczegóły? Na jakim etapie się znajdujecie? Mamy oczekiwać jakichś znaczących zmian?

C.: Tak, zawsze są jakieś zmiany. Myślę, że zespół jest teraz jeszcze bardziej zżyty. Naprawdę mamy szczęście, że możemy grać razem. Obecnie mamy sześć nowych kawałków, możesz oczekiwać naprawdę ciężkiego materiału.

O.: Hehe, taki mam zamiar. Okej, dzięki za wywiad, mam nadzieję, że Cię nie zanudziłem!

C.: Dzięki za zainteresowanie Hod! Niech płonie czarny płomień!