Cholera, to chyba najdłuższy wywiad, jaki zdarzyło mi się zrobić. Tak czasowo, jak i pod względem odpowiedzi. Po latach milczenia z nowym materiałem powrócił Hellbastard. Zarówno epka, jak i pełna płyta kapeli rozpierdalają. Podobnie jak i odpowiedzi Scruffa, którego może i chwilami ponosi, ale bardzo dobrze – w końcu poczułem, że robię wywiad z żywą osobą, a nie automatem do jednozdaniowych odpowiedzi. Gdzieniegdzie swoje dwa grosze wtrącił nowy członek na pokładzie – Danny. Nie przedłużam więc, bo czytania i tak jest sporo.

Oracle: Witam! Powróciliście po dziewięciu latach (licząc od ostatniego wydawnictwa przed Waszym rozpadem), więc pierwsze pytanie jest raczej oczywiste –co spowodowało chęć ponownego złapania za instrumenty i uderzenia z Waszą muzyką?

Scruff: „Obecnie jest zbyt wiele zespołów, a większość z nich nie ma nic do powiedzenia… Absolutnie kurwa nic… To strasznie mnie wkurwia…”

Witam! Właściwie to nie dziewięć, a dwadzieścia, prawie dwadzieścia jeden! Strasznie dzisiaj klnę, więc proszę, nie bierz tego do siebie! Miałem dziś gówniany dzień, a klnięcie sprawia że czuję się lepiej, kiedy używamy „cuchnącego” języka. Tak więc przepraszam, jeśli ktoś poczuł się urażony moją angielszczyzną. Ostatnie „oficjalne” wydawnictwo Hellbastard powstało przed rozpadem na przełomie 1992 i 1993 roku, ukazało się nakładem Earache Records i zwało się „Natural Order”. Nagrania, jakie pojawiły się po nim były reedycjami, składankami i tak dalej. Na rynku pojawiła się jednak luka – lub inaczej rzecz ujmując – chcieliśmy zgnieść te wszystkie zasrane zespoliki, musieliśmy więc wrócić (choć czy rzeczywiście kiedykolwiek odeszliśmy?), by załopotać flagą realizmu i gniewu, tak więc zjawiliśmy się… w 2010! W 2008 zreformowaliśmy się, ale to był kurewski koszmar, sprawić by wszystko działało dobrze. Najgorsza sprawą jest znaleźć odpowiednich członków, wciąż takowych jeszcze nie mamy, więc potrwa to kurwa wieki.

Danny: Zgadzam się ze Scruff’em, jestem nowy w tej kapeli, ale wciąż uważam, że dziś nie ma wiele kapel, które mają coś do powiedzenia, wiesz? Metalowe kapele śpiewają raczej o szatanie czy tematach gore, jak wybebeszanie kogoś nożem albo bycie tak brutalnym, jak tylko się da. Jest kilka kapel, u których to lubię, ale dlaczego większość myśli, że to nadal jest cool? Śpiewajcie o czymś prawdziwym, co jest dla Ciebie ważne, albo co się przytrafiło Tobie czy światu, choć to tylko moja opinia.

O.: Ale wytrwałym trza być. A jak reakcje fanów? Na pewno było sporo słów poparcia, ale czy słyszałeś też jakieś głosy kontry? Że to głupi pomysł i tak dalej?

S.: „Ludzie zawsze negatywnie komentują, w rzeczywistości jednak oni sami nie umieją kreować sztuki, uczestniczyć w jej powstawaniu, wysysający dusze, ochujałe, psujące nastrój bękarty…”

W sumie mogę powiedzieć o dwóch komentarzach. Jeden pochodzi od byłego członka Hellbastard, wysłał go smsem podczas gdy my byliśmy na naszej amerykańskiej trasie w zeszłym roku… Drugi pochodzi od kogoś z Meksyku i znalazł się na naszym myspace całkiem niedawno. Wciąż tam jest, więc możesz na niego zerknąć w wolnym czasie. Nie rozumiem go całego, ale odpowiedziałem do gościa z zapytaniem, nawet poświęciłem czas by przetłumaczyć moje słowa z angielskiego na hiszpański, ale skurwiel nawet nie miał tyle przyzwoitości by odpowiedzieć. Pierdolić ich wszystkich.

D.: Większość reakcji jak dotąd była dobra, większość komentarzy jakie dostaliśmy na myspace czy facebook’u były pozytywne, choć te wszystkie komenty pisane na komputerze nie mogą się równać z poparciem w postaci listów, ale mimo to – tak, reakcje były dobre.

O.: Wspomniałeś coś przedtem o byłym członku… Jesteś jedyną osobą z oryginalnego składu Hellbastard, dlaczego? Czy inni nie byli zainteresowani reunionem? Przy okazji, dlaczego rozpadliście się w 1993 roku? Czy przeprowadzka była jedynym powodem?

S.: „Jedni lubią, by pewne rzeczy się udawały i widzą oczywiste sposoby ku temu… Inni nie… Myślę, że tak to już jest…”

Byliśmy/jesteśmy biedni, nie mieliśmy niczego, nigdy nie mieliśmy własnego ekwipunku, czy nawet własnych ubrań… Wszyscy pochodziliśmy z rodzin, które (jeśli miały szczęście) miały tylko jednego żywiciela, którzy przynosili gażę do domu, by zaopatrzyć w jedzenie, ciuchy, a czasem zapłacić za rachunki. Założyłem zespół i zawsze pozwalałem rzeczom po prostu się dziać, byłem zmuszony do śpiewania dla kapeli, bo nie było nikogo innego, kto mógłby to robić, nieważne jak negatywnie na to reagowałem. Sam robiłem okładki i dla naszej demówki dla pierwszych samofinansujących się wytwórni, bo tu również nie było nikogo innego, kontaktowałem się z rozgłośniami i magazynami, chcąc zapewnić nam jakąś promocję, nie było nikogo innego kto by się tym zajął, kontaktowałem się z promotorami i miejscówkami, załatwiałem koncerty z innymi zespołami, bo też nie było nikogo innego kto by się tym zajął. To wszystko po prostu się stało, na pewno nie było planowane w ten sposób. Miałem w tym już jakieś doświadczenie, bo przed Hellbastard założyłem w 1979 roku inny zespół – Feeble Minded, grający bardzo bardzo punk rockowo. Później zaś udzielałem się w kapeli Sons Of Vengeance, która była w zasadzie prekursorem Hellbastard. By być szczerym, zapytałem tylko jednego ex-członka Hellbastard w 2008, czy nie zechciałby stać się on częścią zreformowanego Hellbastard… To był nasz stary gitarzysta- Nick Parsons, jak na ironię nie nagrałem z nim nigdy niczego godnego uwagi, jedynie kilka taśm z prób i demo, które ukazały się między 1990 a 1991 rokiem. Zastąpił on Aliego Lee, który zagrał na „Natural Order”, tak przy okazji… Nieważne, w każdym razie nie był zainteresowany i powiedział mi, że stracił umiejętność grania na gitarze…

Ex-członkowie Hellbastard robili lub robią inne rzeczy, poza tym żyjemy od siebie bardzo daleko, nie jesteśmy już właściwie w kontakcie, zresztą ze starym składem zawsze patrzylibyśmy w przeszłość. Tym samym z nowym składem patrzymy przed siebie, ponadto w zespole jest nowy kompozytor – Danny ‘Boo Boo” Guy, nasz drugi gitarzysta. Jest bardzo inspirujący, serio!

Hellbastard rozpadł się na przełomie 1992 i 1993 bo nie mieliśmy wsparcia ze strony wytwórni, nie mieliśmy też parcia na ciągnięcie tego dalej. Nasz perkusista zostawił nas po trasie we Włoszech, na jaką pojechaliśmy z Napalm Death, bo poznał tam jakąś laskę i skończyło się tak, że przeprowadził się do Mediolanu i ją poślubił. Próbowaliśmy grać dalej z innym perkusistą, ale to było okropne, naprawdę okropne. Nie mieliśmy kontraktu, pieniędzy, niczego. Ostatecznie przeprowadziłem się z dala od miejsca gdzie żyłem całe swoje życie i założyłem inny zespół – Nero Circus. Znów tworzenie muzyki zaczęło sprawiać mi przyjemność i czułem się z tym bardzo szczęśliwy. Jasne, to była walka, ale było to też coś nowego i ekscytującego i całkowicie mnie wciągnęło. Nie sądzę, bym był takim egoistą, by można było powiedzieć, że to przeze mnie Hellbastard zakończył aktywność na dobre, ale na pewno miało to ze mną wiele wspólnego.

O.: Było nie było, dla mnie Wasz powrót był dobrym pomysłem. Zastanawiam się tylko dlaczego zdecydowaliście się wydać równocześnie epkę i pełnowymiarowy krążek? Wiesz, zazwyczaj kapele najpierw wydają epkę, będącą przedsmakiem longpleja. Dlaczego więc postąpiliście inaczej?

S.: „Kiedy jakiś fajny label proponuje wydanie Twojej sztuki to raczej nie odmawiasz…”

Nie było konkretnego powodu… Selfmadegod Records dało nam taką możliwość, więc skorzystaliśmy z niej. Ponadto chcieliśmy mieć co sprzedawać ludziom i być „zauważalni” na zeszłorocznej trasie po Ameryce…

D.: Sporo było takich powodów. Ludzie przychodzili zobaczyć nas na żywo i to była dobra forma, by ludzie zapoznali się i z naszym starym materiałem, ale i oferowanym już przez nowy skład, który oglądali, co?

O.: Aha. Hellbastard ewoluowało przez te wszystkie lata. Wasze wcześniejsze materiały były raczej utrzymane w death/grand/crust’owym stylu, podczas gdy obecnie, moim zdaniem, największymi wpływami w Waszej muzyce są thrash i crossover. Jaka była główna przyczyna tych zmian?

S.: „Co jest ważne w „bezpiecznym graniu” i skłonności do albumów, które są zawsze takie same i nigdy nie sięgają po coś odważniejszego… Bezsprzecznie, większość zespołów znalazła swoją nisze i trzyma się jej. Jakże to nudne…”

Żadna. Zero. Nic. Zilch [nie wiem co to oznacza, pewnie synonim jakiś – przyp. Oracle]. Możemy robić i robimy to co chcemy. Nie ma zasad i nie ma regulacji. Słucham więcej bluegrassu czy hondy tonk niż metalu czy punka, ale Hellbastard zawsze oznaczało moc i miażdżące riffy… Choć ostatnio ciężko jest mi znaleźć czas na słuchanie muzyki. Ostatnio, ku mojemu zadowoleniu, zdarzyło mi się to po tym jak skończyłem pracę, wskoczyłem na motor i pojechałem do domu… Z jakichś powodów mom ostatnio upodobanie, by brać ze sobą ipoda i puszczać sobie Genocide SS… Oni tak wspaniale brzmią, kiedy przekraczam 50, 60, 70, 80 i w końcu 90 mil na godzinę. Uwielbiam to. Lubię też słuchać spokojniejszej muzyki jak 16 Horsepowers, Woven Hand, Duffy, Florence & The Machine, Dresden Dolls… Masę, masę innej muzyki niż tylko Bang! Bang! Bang! Przez cały pierdolony czas… Oczywiście, moją główną miłością jest ciężka, urywająca kurwa jaja i kopiąca po dupie muzyka, ale przez te piętnaście ostatnich lat naprawdę zapragnąłem posłuchać też „innej” muzyki. Tak czy siak, istnieje olbrzymia różnica między słuchaniem a graniem!

D.: W sumie muszę powidzieć to samo co Scruff. Nie wierzę w bezpieczne granie, tutaj nie ma reguł przy pisaniu piosenek, to jest sztuka, rzecz którą chcesz robić i jeśli ludzie to lubią, jesteś kurwa zwycięzcą. Piszemy utwory, bo chcemy je pisać, gramy je, bo chcemy je słyszeć, a im strasi jesteśmy to pewne rzeczy się zmieniają, zmieniają się gusta. Słucham naprawdę wielu rzeczy, Grindcore, death metal, rock, soul, trochę hip hop – rzeczy których byś nie oczekiwał po mnie. Nowy album znosi te bariery. Wyrwie Ci chuja. Albo cycki, jeśli jesteś babką. Przepraszam, nie jestem seksistą, chodzi mi po prostu o to, że on rozpierdala!

O.: No tak, ta „inna” muzyka jest słyszalna, bo określenie Was jako thrash/crossover to oczywiście spore uproszczenie, bo tak na „Eco – War”, jak i na „The Need To Kill” jest sporo różnych utworów zagranych w różnych stylach. Rozumiem więc, że nie chcecie się zamykać w jednym tylko gatunku?

S.: „Każdego, kto wciska swe łapy w myśli innych, ich czyny i samopoznanie nieograniczone wolnością, z widokiem na rzeczoną kontrolę ruchu, nazywam uzurpatorem, tyranem i moim wrogiem…”

Osobiście rzekłbym: nie ma żadnych granic między tym co można, a czego nie można w zespole. Kiedy pojawiają się reguły i granice wówczas wszelkie restrykcje są wszechobecne. Pierdolić restrykcje, pierdolić zasady i pierdolić regulacje. Już od ponad czterdziestu lat żyję z tym gównem i chuj mnie strzeli, jeśli jakieś gówniane „oczekiwania” staną na drodze mojemu pojęciu „wolnej myśli i wolnego czynu”.

D.: Całkowicie zgadzam się ze Scruff’em.

O.: Niechybnie. Jeden z utworów, które wymieniłem jest „Woe The People”. Ma on olbrzymi ładunek punk rockowego feelingu i nastawienia. Sam wspominałeś, że słuchasz punka, a w Polsce graliście z naszą punkową legendą – Dezerterem. Aż tak bardzo lubisz ten gatunek?

S.: „Każda forma muzyczna komercjalizuje się i zaprzedaje, dzieje się to z każdym gatunkiem. Szczęśliwie Hellbastard nigdy nie był na topie, mimo wszystko nie przeszkadza nam to w sprzedawaniu tysięcy egzemplarzy naszych płyt…”

Hellbastard wyrósł z punk rocka. Nie z metalu. Ale gdy zaczęłiśmy zaskarbiać sobie scenę, byliśmy zbyt metalowi dla punkowców, i zbyt punkowi dla metalowców. Klucz znajduje się tutaj, w nazwie zespołu… Hellbastard – rozważ oba te słowa, które układają się w nazwę. „Hell” i „bastard” to jak crossover, metal i punk (albo punk i metal)… Dla początkujących – „hell” jest spokrewnione z metalowymi kapelami na całym świecie, zaś „bastard” ma punkowy i anty-konserwatywny wydźwięk… widzisz? Moje pierwsze inspiracje, by w ogóle chwycić za gitarę przyszły ze strony takich punkowych kapel jak Eater, Menanc, The Drones, The Rezillos, Raped, Crisis i oczywiście typowego stuffu jak The Sex Pistols, The Damned, The Clash i tak dalej i tak dalej. Ewoluowało to oczywiście z tych kapel do innych, jak Crass, Discharge, Slayer, Anvil, Antisect, Exciter, Hellhammer, Celtic Frost, Amebix, Crucifix, Bad Brains, The Black Flag. Oto gdzie narodził się Hellbastard… Z gniewu I frustracji spowodowanych autorytetami i establishmentem. Byliśmy punk rock owcami, którzy uczyli się grać na swoich instrumentach w szybki sposób. Równie szybko nauczyliśmy się nienawiści i pogardy dla trybów społeczeństwa. Na litość boską, to była Brytania lat osiemdziesiątych, a północny zachód, skąd pochodzi Hellbastard był prawdziwym ośrodkiem depresji. Strajk górników obrócił się przeciwko nim, wszystkie kopalnie były zamykane bądź już były zamknięte, to samo działo się ze stoczniami (największa gałąź eksportu Zjednoczonego Królestwa), bezrobocie osiągało olbrzymi rozmiar. Margaret Thatcher sama sprowadziła Wielką Brytanię na kolana, a średnia i wyższa klasa kapiszonów wykupywała wszystko co tylko mogła w imię „rozwoju własności”. Musisz też wiedzieć, że kiedy Hellbastard zaczynał swoją działalność wszystkie metalowe kapele pisały jakieś gówniane teksty o pierdolonych smokach, kobietach na motorach ubranych w skóry, szatanie który miał nadejść, cały czas nadmieniając przy tym, że „wszystkie pozery zginom!”, i tak dalej i tak dalej. Na nas nigdy to nie robiło wrażenia, nie miało nic wspólnego z prawdziwym życiem. Wiesz, nigdy nie budziłem się rano i nie myślałem „Hell yeah! Szatan i duże motory, gorąca skóra i piekło, oto i kolejny heavy metalowy dzień z Beelzebubem!” Hahahaha, co za kurwa stek bzdur! Budziłem się rano i myślałem „To pierdolone piekło, nie przeżyję już za państwową zapomogę, nie mogę znaleźć pracy, jestem głodny a nie mogę już nawet pożyczyć kolejnego piątaka od kumpla z końca ulicy… co ja teraz kurwa zrobię…”. Oto co sfinansowało Hellbastard – nic, zero! Jedyne co mieliśmy to kilku dobrych przyjaciół i kilka ciężkich riffów, które koniec końców można usłyszeć na naszej pierwszej taśmie demo „Ripper Crust”. Taaa, wróćmy więc do Szatana! Taaa… „heavy metal” Hahahahahahahahahaha! To był czysty eskapizm! Jebana tragedia. Ale była też taka druga strona medalu, że chciałem pokazać środkowy palec „ujednoliceniu” punk rockowej sceny! Obecnie to jakaś pierdolona parada mody! Byłem wówczas w kontakcie i regularnie korespondowałem z kimś, kto nazywał się Jerzy Mandrasz i był moim dobrym przyjacielem z Polski, a także był dobrym przyjacielem Dezertera kiedy ten zaczynał grać. Potem trochę się ten kontakt urwał, czego żałuję (mówię o latach 1984/1985/1986). Nieważne. Dezerter podczas show cały czas pilnował czasu, nie pozwolił użyć nam ich sprzętu, musieliśmy wypakować swój własny sprzęt z zewnątrz prosto do hallu klubu, w którym graliśmy, tam czekać aż będziemy mogli wejść na scenę i wszystko podłączyć, bez żadnej próby, bez niczego. Dezerter stał się Gwiazdą Rocka, ponadto nie byli zbyt przyjacielscy. Nie wyglądało też, by to co robili sprawiało im przyjemność. My natomiast mieliśmy ogromną radość, publika zresztą tak samo. To show było naprawdę odjebane!

O.: No to tylko żałować, że nas tam nie było. Jeszcze o epce – jest na niej kawałek zatytułowany „Kick The Geordie”. Czyj to dzieciak jest słyszalny? Brzmi na bardzo zadowolonego, hehe…

S.: To dzieciak moich przyjaciół z Finlandii. Małe dzieciaki to prawdziwe ładunki z energią i hałasem, przez większość czasu! Wpadli odwiedzić nas w lokalnym studio, kiedy nagrywaliśmy i tak jakoś wyszło. Żaden z członków z Hellbastard nie ma dzieci, jedynie kilku byłych członków. Umieściliśmy to tylko z tego powodu, że wydało nam się wówczas śmieszne.

D.: To było coś co zdarzyło się przy okazji,ale było ekstra, szczerze.

O.: Aha. A sam tytuł tej epki – „Eco – War” oznacza coś głębszego? Chyba tak, bo nie ma na niej utworu o takim tytule…

S.: „Środowisko jest najważniejszym tematem dla ludzkości… a przynajmniej powinien takim być.”

„Eco – War” to tylko tytuł, czasem album pojawia się z tytułem i niekoniecznie musi to oznaczać, że znajduje się na nim taka właśnie piosenka. Po co trzymać się tych reguł i regulacji, przecież to głupie. Świadomość środowiska zawsze była częścią liryków Hellbastard i pewnie zawsze będzie. Jesteśmy pośrodku olbrzymiej Eko – wojny i zawsze ją toczyliśmy, a przynajmniej od czasów rewolucji przemysłowej.

O.: Dobra, a co z „The Need To Kill”? Znajduje się na niej sześć dodatkowych utworów, dlaczego zdecydowaliście się zamieścić te konkretne nagrania?

S.: „Fajnym jest dać coś ekstra ludziom, którzy lubią Twoją muzykę, ten album też jest taki ekstra, po prostu wsadź płytę do komputera i zobacz na „mój komputer”…”

Kawałki te pochodzą z bardzo wczesnych lat osiemdziesiątych, z uwagi na nową technikę nagrań brzmią teraz o wiele lepiej. Album też miał swoje wpadki, bo zaczynając jako trzyosobowa kapela, jeszcze przed zakończeniem nagrań przeszliśmy zmianę składu. To był koszmar.

D.: Widzisz, chodziło tylko o to, że nagrane teraz brzmią lepiej. Tak jak „Massacre” z „Eco – War” jest po prostu lepiej brzmiącą wersją starego kawałka.

O.: Współpracowaliście ze sporą liczbą labeli, od małych i niezależnych do majorsów. Teraz Wasze materiały ukazały się nakładem polskiej Selfmadegod Records. Dlaczego wybraliście label Karola?

S.: „Selfmadegod Records robi tyle, że tak zwane majorsy wyglądają przy nich , jakby były niezależnymi labelami… Selfmadegod to naprawdę świetna wytwórnia…”

To nie my wybraliśmy Selfmadegod Records, to oni wybrali nas. Wiedzieliśmy, że to profesjonalna wytwórnia, która wkłada sporo pracy w to co robi, naprawdę przejmują się swoimi zespołami i ich wydawnictwami… a Karol to cholernie w porządku facet.

D.: Taaa, całkowicie zgadzam się z tym. Karol odnalazł nas i zrobił fantastyczną robotę.

O.: To się chwali. W 2009 roku zagraliście kilka gigów w Polsce, w tym i w moim rzeszowskim mieście. Jako, że ominęła mnie przyjemność podziwiania Was na żywo, może powiesz, jak było?

S.: „Polacy naprawdę bardzo wspierają i doceniają muzykę na żywo, zwłaszcza jeśli pochodzi ona z zagranicy. Granie w Polsce z Hellbastard w zeszłym roku było jak łyk świeżego powietrza…”

Ludzie, którzy zjawili się n koncertach byli bardzo fanatyczni, ale i bardzo przyjaźni. Graliśmy w olbrzymich halach, ale i w małych miejscówkach, prawie squatach, wszystkie były bardzo dobre. Jedynym problemem podczas tego tour było to, że jako zespół daliśmy dupy. Mieliśmy zły skład. W pewnych kwestiach nie zgadzaliśmy się i w zespole pojawiło się trochę złej krwi. Na szczęście rzeczy uległy zmianie i po dojściu Danny’ego Boo Boo Guy’a, naszego drugiego gitarzysty i piszącego, wszystko z dobrego przeszło do wyśmienitego. Ta trasa była bardzo długa, zaliczyliśmy coś z 14 państw, grając 33 koncerty, noc za nocą. Wymorodowało mnie to, na pewno. Nie mieliśmy sporo czasu na odpoczynek. Straciłem głos, co wcale mnie nie zaskoczyło! Powinniśmy mieć kilka dni wolnego tu czy tam, ale to niestety nie leżało w naszej gestii, trasę organizowała włoska Agipunk… Pamiętam, że było bardzo zimno (to był przełom lutego i marca 2009), ale najbardziej wkurwiającym mnie faktem było to, że wówczas jako zespół byliśmy gównem. Mówię Ci, dokładnie tak było! Ale granie w Polsce i w Czechach było niesamowite, strasznie byliśmy z tych koncertów, chociażby z tego powodu, że zjawili się na nich maniacy, ludzie którzy naprawdę w tym siedzą, byli naprawdę pomocni, wspierający, mili i słodziutcy, hahaha.

O.: Się domyślam. Okej, tradycyjne, trzynaste pytanie: jaki był największy pech w historii Hellbastard? No i przy okazji, jesteś przesądny?

S.: „Naszym największym problemem muzycznym byli perkusiści, zawsze pieprzeni perkusiści… Cóż, to oraz fakt, że nigdy nie mieliśmy dość władzy, by zaprowadzić światowy pokój…”

Nienawidzę tego mówić, ale myślę, że będzie to opuszczenie Hellbastard przez Bry Newtona, naszego perksusitę (1989, 1990, 1991) po włoskiej trasie, kiedy to poznał tam panienkę i ostatczenie przeprowadził się do Włoch i rozpoczął tam nowe życie. Próbowaliśmy z nowym perkusistą, ale to było beznadziejne, bezużyteczne nawet. Osobiście jestem dosyć przesądny, to rzecz jaką odziedziczyłem po moich rodzicach. Nie kładę butów na stole, jeśli rozsypię sól, to biorę szczyptę do prawej ręki i rzucam ją przez lewe ramię. Salutuję nawet srokom, jeśli zobaczę jakąś [o, to już dziwne, hehe – przyp. Oracle]. Może to wszystko jest stekiem bzdur? Kto wie? Na pewno wierzę intuicji.

D.: Ja nie powiedziałbym, że byłem aż tak przesądny, ale wierzę, że jedne rzeczy powodują inne, na przykład jeśli odłożę moją gitarę w ten czy inny sposób, to na pewno może mieć to przełożenie na cały mój następny dzień, a jeśli odłożę ją w inny sposób, rzeczy ułożą się inaczej. Wiem, że brzmi to trochę niedorzecznie [trochę? – przyp. Oracle], ale jestem trochę czasami głupkowaty, więc niech tak zostanie, hehe…

O.: No jak wolicie. Przez te wszystkie lata graliście z największymi kapelami ówczesnej i obecnej sceny. Ale czy jest jakaś jedna konkretna, z którą nadal utrzymujecie dobre konakty?

S.: „Ludzie tak szybko przychodzą i odchodzą w muzycznym światku, tylko nieprzeciętne osobowości pozostawiają swoje piętno…”

W zasadzie żadna. Nasze drogi przecinają się od czasu do czasu z jakimś zespołami lub ich członkami, ale kapele, z którymi będziemy mieć coś wspólnego i które będziemy pamiętać… Sindrome, Napalm Death, Forbidden, Kreator, Death, Sacred Reich, Wolfbrigade, Undergang, Messiah, Bolthrower, Carcass, Morbid Angel, Bernays’ Propaganda, I, Destroyer, The Hellsonics, Panzer Bastard, Resistant Culture, Papsmear, Slammer, Sabbat, Cathedral, Orange Goblin, Temple of Dagon, Attakke – to niemożliwe, by wymienić je wszystkie. Ale z pewnością spotkaliśmy wiele świetnych indywidualności podczas gdy graliśmy z Hellbastard na żywo…

D.: Jest kilka niezłych kapel wymienionych wyżej I kilku dobrych przyjaciół. Byłem też w innych zespołach, w których poznałem sporo fajnych osób I zespołów!

O.: Super. Jesteście tymi, od których zaczęła się nazwa “crust”, ale niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę. Jak myślisz, dlaczego? Moim zdaniem może dlatego, że nigdy nie zabiegaliście o popularność. Chyba, że widzisz jakiś inny powód?

S.: “In grind we crust…”

Przeciwnie, sporo osób na całym świecie mówiło nam, że jesteśmy popularni, chcemy być jeszcze popularniejsi, nie chcemy się obrażać na naszą pozycję w rankingu popularności, jak widzą to niektóre zespoły. Pamiętam, jak pierwszy raz usłyszałem o grupie ludzi zwanych “Long Beach crust – core crew”… większość z nich zostało naszymi przyjaciółmi. W większości mieszkali w Orange County, Los Angeles i tak dalej… to był 1988, dwa lata po tym, jak nagraliśmy nasze demo „Ripper Crust”. Pamiętam również jak wiele najważniejszych magazynów, gazet i periodyków zaczęły używać słów „crust” czy „crusties”. Ja niespecjalnie lubię etykietki, a zwłaszcza w muzyce. Muzyka to wolność, to ekspresja wszystkiego i niczego zarazem. Dlaczego my ludzie zawsze chcieliśmy ometkowywać wszystko i wkładać do małych podpisanych pudełeczek?! Pęd do rządzenia? Cały ten nowoczesny „crust” jest podobny do starego, dobrego „d-beatu”. Sporo ludzi, magazynów czy innych mieszanych idywiduów mówi, że Hellbastard wynalazł „crust”… cóż, niech tak będzie, ale to co istnieje teraz pod pojęciem crust sprawia, że nic nie czuję. To nic więcej niż pierdolony wybieg na pokazie mody! Kiedyś, gdy Discharge wydawało swoją pierwszą epkę „Realities of War”/”Fight Back” ten termin, „d-beat” nawet nie istniał, mówiło się po prostu „discharge”, bo to oni byli pierwszym prawdziwym hardcore’owo – punkowym, oni pierwsi przekroczyli granicę hard core/metalu i wkurwionego, kolczastego, grubogardłowego, surowego i inspirowanego anrachią potężnego hałasu. A teraz jest to całe „Oh tak, kocham ten zespół, ale czy oni są d-beat, albo crust, czy może jednak crossover bądź…bla bla bla”. Same nalepki i szufladki. Pierdolić to!

O.: Grindowe, crustowe czy z nurtu crossover – większość takich kapel zazwyczaj ma silne fundamenty ideologiczne, czy polityczne, przekładające się na teksty. Jak jest w Waszym przypadku, bo wspominałeś, że śmieszą Cię metalowe teksty o metalu. „The Need To Kill” ma podtytuł „Rage, Murder, Revenge and Retaliation The Rise of The Working Class”, więc to być może wskazówka, czyż nie?

S.: „Nie ma żadnego ‚być może’… To jest wskazówka…”

To ja zawsze zajmowałem się lirykami Hellbastard. Wszystkie one mają olbrzymi przekaz. Nie mogę pisać głupkowatych tekstów o fantazyjnych rzeczach, od tego jest wiele innych sprzedajnych plastikowych pop metalowych zespolików. Moje główne ispiracje, jeśli chodzi o teksty, pochodzą od takich kapel jak Conflict, Crass, The Apostles, Antisect, Amebix i im podobnych, które nie męczą starym heavy metalowym gównem o szatanie, motorach, kobietach odzianych w skóry, które są succubusowym kurwami, czy wielkich wojownikach, którzy jedzą czerwone surowe mięso i chcą iść na wojnę, by zniewolić słabszą populację czy plemię. Nie, Hellbastard zawsze supportował i będzie nadal wspierał słabszych i walczył przeciwko „człowiekowi”. Tytuł albumu wziął się od ksiąkżki, którą przeczytałem, o robotnikach, którzy obrócili swoje karabiny przeciwko pracodawcom i współpracownikom. To książka Mike’a Amesa „Going Postal”. Świetnie się czyta!

O.: Dobra, a co sądzisz o monarchii w Wielkiej Brytanii? Czy to nie głupie utrzymywać tak dużą grupę ludzi, którzy nie mają w zasadzie żadnego wpływu na politykę i kształt państwa?

S.: „97% światowej populacji to nie są ‚biali ludzie’, więc dlaczego, do kurwy nędzy, to biali posiadli większość dóbr…?”

Jesteśmy cały czas znieważani jako żyjące, oddychające i myślące jednostki tak długo, jak długo pozwala się tym pasożytniczym głupcom wieść takie życie jak dotychczas. Powiedziałem „pozwala się”, bo to z powodu naszej głupoty ci kretyni żyją i wzbogacają się kosztem potu i trudu robotników. Osobiście jestem przeciwny monarchii. Nie tylko dlatego, że jest to przestarzałe i moralnie złe, by trzymać tych idiotów na wyżynach władzy, pozwalać im żyć w uprzywilejowany sposób, są przesłonięci zasłoną humanitaryzmu, ale to wciąż ten sam stary zmechanizowany sposób. Boją się utracić swoją moc, a to wszystko jest częścią większego mechanizmu, który ma za zadanie utrzymywania rasy niewolników jak my w ryzach. Jesteśmy trzymani w zniewoleniu i jesteśmy z tego powodu szczęśliwi. Jesteśmy jebanymi niewolnikami. Nikt tak naprawdę nie urodził się równym, czyż nie?

D.: Sam bym tego lepiej nie wyraził!

O.: Okej, wiem że wczesną wiosną wybieracie się na europejski tour, który nie ominie także Polskę. Mam nadzieję, że tym razem nie przegapię, hehe. Macie jakieś specjalne oczekiwania w związku z tą trasą?

S.: „Trasy są świetną rzeczą, pod warunkiem, że możesz wziąć wolne w pracy…”

Teraz koncentrujemy się na tym, by wyklarowała się sytuacja z perkusistą. Powracamy także do USA, bo ostatnia trasa w USA w 2009 roku była tak świetna, że musimy to powtórzyć. Możemy więc nie mieć czasu, by przyjechać w tym roku do Europy, ale jeśli nie w tym, to w 2011! Mamy normalne roboty, więc trudno jest jak widzisz wyrwać się na tournée. W Wielkej Brytanii możesz dostać maksymalnie cztery tygodnie wolnego przy ośmiogodzinnym dniu pracy, a niektórzy pracownicy nawet i tego nie dostają. Więc jeśli nie chcesz stracić pracy, granie i trasy poza krajem są ciężkie do zrobienia. Nasza następna trasa po USA będzie dwa razy dłuższa niż poprzednia, która i tak była wystarczająca… Nie pytaj, hehe!

O.: Okej, to było ostatnie pytanie, dzięki za wywiad!

S.: Wielkie dzięki, było miło! Dzięki za Twój czas i wywiad! Doceniam to!

D.: Dzięki za pytania, dobrze się bawiłem odpowiadając na nie.