Hell-Born: „Metal to moc, a nie jakiś jazgot z dupy rodem.”

Płyta tych diabłów z Pomorza rozniosła mnie na strzępy, poszatkowała, i wytaplała w gorącej smole. I z ręką na sercu (czarnym, jak owa smoła oczywiście) stwierdzam, iż to najlepszy krążek w ich karierze. Mowa o Hell-Born i „Darkness”. Nie mogłem darować sobie przeprowadzenia wywiadu z odpowiedzialnymi za te bezeceństwa, dlatego też ułożyłem kilka pytań i posłałem gdzie trzeba. I tu bach! Na następny dzień dostałem odpowiedzi od Baala Ravenlocka. Szacunek za szybkość. No ale, nie bez kozery ludzie mówią, że jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy…

Oracle: Witam! Wywiad z Wami chciałem przeprowadzić jeszcze po premierze „Cursed Infernal Steel”, jednak nie udało mi się znaleźć na Was jakichkolwiek namiarów. Na „Darkness” z kolei widnieje adnotacja, aby wszelkie pytania i tym podobne kierować poprzez Witching Hour Productions. Nie lubicie jak się Wam zawraca głowę bezpośrednio, czy co, hehe?

Baal: Coś w tym rodzaju. Uwierz mi, mam tyle na głowie, że najzwyczajniej w świecie nie mam czasu na odpowiadanie na każdy mail, wywiad, etc. Stąd ten „filtr”.

O.: No to już jasne. Po premierze “Cursed Infernal Steel” chodziły plotki o rozpadzie Hell-Born. Jak widać, szczęśliwie dalej egzystujecie i nagrywacie takie piekielne strzały jak właśnie „Darkness”, więc chyba były to mrzonki? Choć ponoć w każdej plotce jest ziarno prawdy…?

B.: To interesujące… Nikt mnie nigdy nie pytał po „Cursed…” czy to koniec Hell-Born. Skąd plotki…? Ja proponuję przyzwyczaić się do faktu, że istnieją zespoły hobbystyczne. O niektórych nikt nigdy nie słyszał, bo spotykają się tylko w salach prób i grają dla frajdy. My gramy dla frajdy i nagrywamy płyty. Swojego czasu były oczywiście akcje pt. Behemoth, Damnation, czy nawet próby rozwinięcia skrzydeł pod sztandarem Hell-Born, ale to odległa już przeszłość. Obrałem inny kierunek w życiu i muzyka jest od dość dawna wyłacznie moim hobby, tak jak dla niektórych znaczki pocztowe.

O.: Ten wywiad robiony jest dość późno w stosunku do premiery „Darkness”. Ale wiesz, ma to i swoje plusy, bo możesz odnieść się do płyty z dystansem. Właśnie – patrzysz po kilku miesiącach i co widzisz? Co byś zmienił, co byś dodał, a co odjął?

B.: Absolutnie nic. Płyta brzmi tak jak brzmieć miała. Każde wydawnictwo jest owocem pewnych czasów. Można bez końca grzebać się w przeszłości, debatować, analizować. Tylko po co. Żeby zrobić coś innego nagrywa się kolejny krążek, tak to działa.

O.: Brzmienie „Darkness” jest jakby wygładzone w stosunku do tego, co można było usłyszeć na „Cursed Infernall Steel”, które z kolei było bardzo szorstkie, chropowate. Oczywiście „Darkness” nadal brzmi potężnie, ale zmiana jest dość słyszalna. Co na to wpłynęło?

B.: Przede wszystkim chęć uzyskania lepszej niż na „Cursed…” produkcji. Tamta była zbyt chaotyczna, przybrudzona. Ja naprawdę głeboko wierzę w to, że oldschool nie polega na brzmieniu jak z Kasprzaka. Metal to moc, a nie jakiś jazgot z dupy rodem. Selektywnie, potężnie, no i oczywiście nisko, bo tak lubimy – to jest brzmienie odpowiednie dla Hell-Born.

O.: Pierwszy kawałek zatytułowany jest „Refuse To Serve”. Czy sam pamiętasz moment, w którym powiedziałeś „Pierdol się, nie będę Ci już więcej służył!”? Bo zakładam, że jak większość czytających ten wywiad zostałeś wychowany w rodzinie katolickiej?

B.: To prawda, przy czym zraziłem się do instytucji kościoła bardzo wcześnie. Jako jeden z nielicznych moich znajomych świadomie nie przystąpiłem do bierzmowania, a swój akt chrztu spaliłem. Nie mam nic przeciwko wierze, takiej czy innej, tak długo jak wiara ta nie instytucjonalizuje się w celu zdobycia narzędzi do kontroli nad człowiekiem. To prawda – potrzebujemy bogów. Potrzebujemy prostych wyjaśnień, bo wszechświat poddany próbie racjonalnej analizy wciąż nas przytłacza. Ale to my tworzymy bogów, nie odwrotnie. Należy o tym pamiętać.

O.: W „Curse Me And I Win” mamy z kolei takie wersy: „How Long You Will Worship None But A Dead…”? Właśnie, w metalowych tekstach co i rusz dostajemy obietnice obalenia chrześcijaństwa i religii w ogóle, ale jakoś nie widzę symptomów takiego stanu rzeczy, a już na pewno nie w Polsce. Myślisz, że Twoje dzieci (rzeczywiste czy też potencjalne, bo nie wiem, czyś dzieciaty) dożyją czasów, w których będą mogły przejść z jednego końca miasta na drugi i nie natrafią na kościół czy przydrożną kapliczkę?

B.: Jak już wspomniałem, nie mam nic przeciwko tzw. ludziom wierzącym. Tak długo jak nie ingerują w moje życie, tak długo jak ich wiara i obrządek są ich osobistym przeżyciem, odnoszącym się wyłącznie do życia duchowego. Niech sobie wierzą w co chcą i w kogo chcą. Jeśli chodzi o teksty – ja niczego nie obiecuję. Teksty to metafora, to poglądy przybrane w słowa najlepiej pasujące do charakteru muzyki – słowa bluźnierstwa, buntu… Pokazuję swoje obrzydzenie obłudą i „terrorem dusz” uprawianym przez kościół. Pokazuję alternatywę – sprzeciw… Szatana.

O.: Po zakończeniu ostatniego utworu nastaje dość długa przerwa, a potem mamy wrzask kobiety. Możesz rzec coś więcej na ten temat? Po co zamieściliście coś takiego? Ja od razu włączam replay, nie czekam na tą wrzeszczącą babę, hehe…

B.: No to spróbuj kiedyś posłuchać tej płyty „do poduszki” 🙂 To był zabieg przewidziany na takie okazje. Atmosfera tej płyty to groza, przygnębienie i mrok. Jest dużo śmierci, ogólnie teksty są mało „przyjemne”. Na koniec masz taki „horrorowy” akcent. Wiem bardzo dobrze, że sporo osób się na ten krzyk nacięło i dreszcz przeszedł…

O.: Hehe, mnie też, to może stąd taka trauma… Choć z drugiej strony działa to tylko za pierwszym razem… „Darkness” ukazało się nakładem Witching Hour Productions i było to bodaj pierwsze wydawnictwo Barta po reaktywowaniu przez niego wytwórni. Obecnie ta stajnia skupia coraz więcej dużych polskich nazw. Jaki wpływ miał na podpisanie umowy z WHR fakt, iż sam Bart jest muzykiem? Jak to śpiewał swego czasu Kazik Staszewski – „muzyk muzyka przecież nie oszuka”? Czy raczej większy wpływ miała tu Wasza wieloletnia znajomość?

B.: Jak najbardziej. Wybór WH był naturalny, zwłaszcza, że Bart sam zaproponował, żeby Hell-Born otworzył nowy rozdział jego wydawniczej przygody. Najważniejsze jednak jest to, że Bart traktuje tą przygodę w kategoriach dobrej zabawy.

O.: Dobrze wiedzieć. Zaskoczyła mnie informacja, że rezygnujecie z aktywności koncertowej, co oczywiście w mojej opinii jest niepowetowaną stratą. Ale ja chciałem zapytać teraz trochę z drugiej strony – czy sam rezygnujesz również z biernego uczestnictwa w gigach? Wiesz, jako widz? Wielu muzyków ponoć nie chodzi na metalowe spędy i koncerty innych kapel, coś jak syndrom ginekologa, jeśli znacz ten dowcip, hehe…

B.: Z tym ostatnim akurat się nie zgodzę, bo bywam na koncertach o ile czas mi na to pozwala. Rzadko bo rzadko, ale bywam. I wiem, że nawet ci grający 200 sztuk rocznie też chodzą na koncerty w roli widzów. Jeśli jesteś fanem, to bez względu na to czy sam grasz, czy nie, nie odpuścisz występu ulubionej kapeli.

O.: Święta racja. A propos koncertów, uświetniliście swoją obecnością Metalmanię, na której machałem banią jak oszalały przy barierkach. Ale nie o tym. Co sądzisz o tym feście? Wiesz, niektórzy olewają tą imprezę z założenia i mówię tu zarówno o fanach jak i zespołach, bo uważają ją za śmierdzącą komerchę. Jakie jest Twoje zdanie?

B.: Festiwal jak każdy inny. Trochę chaosu, trochę syfu, czasem bardzo nieciekawy skład…

Natomiast jeśli ktoś rzuca hasła pt. „komercha” to w ogóle powinien przestać chodzić na koncerty, o ile nie figurują na afiszach jako charytatywne. Co to, do kurwy nędzy znaczy? Zespoły mają grać za darmo, tak? Bilety za darmo i jeszcze piwo za darmo. Ja pierdolę, 15 czy 20 lat temu na Metalmanii występowały wielkie zespoły, wedle wszelkich kryteriów zawodowe i komercyjne. I nikt z tysięcznych tłumów, które ciągnęły do Spodka przez całą Polskę nie zadawał sobie takich idiotycznych pytań…

O.: A pamiętasz może Wasz najlepszy/najgorszy/najdziwniejszy koncert?

B.: Było mnóstwo świetnych występów, były też porażki. Bardzo miło wspominam oba wyjazdy do USA. W Europie też była świetna zabawa. Ciężko mi teraz przypomnieć sobie jakieś konkretne sztuki… Fatalna była nasza pierwsza trasa. Pojechaliśmy w składzie Hell-Born/Damnation. Ja na wokalu w obu bandach. Z Hell-Born pojechaliśmy prawie bez prób, Bastek usadzał nas prawie w każdym utworze 🙂 Masakra. Ja do tego po 5 dniach straciłem kompletnie głos, nie byłem w stanie wydobyć z siebie czegoś innego niż chrapliwy szept. No i przymusowy powrót. Bardzo dziwne granie było w Baltimore, w USA, w miejscu, które wyglądało na wszystko, tylko nie na klub. Ale na ścianach plakaty i zdjęcia z autografami, podpisy w kiblu… Misfits, Ramones… Sala w piwnicy, goły beton, woda z sufitu, woda na podłodze, kopiący prądem mikrofon. Około 20 osób szalejących tak, że mało nie zdemolowali sceny. A po koncercie podchodzi promotor i pokazuje nam karteczkę. 2 osoby zadeklarowały przy wejściu, że przyszły na Hell-Born. To oznaczało kasę z 2 biletów dla nas. 10 dolarów. Zestaw w McDonalds, Burger King czy Wendy’s 6 dolarów, nas czterech. Przygoda 🙂

O.: W polskim światku jesteście postrzegani jako przedstawiciele tzw starej szkoły. Czy widzisz obecnie trend na bycie oldschoolowcem, o którym się tyle mówi? Nie uważasz, że to lekka przesada? Przecież takie zespoły od zawsze istniały w podziemiu, teraz są tylko jakby bardziej dostrzegane przez wytwórnie…

B.: Nie ma żadnego trendu. Ludzie lubią się obnosić z tzw. oldschoolem, bo to im daje poczucie tożsamości i przynależności do sceny z historią. Ale jest to moim zdaniem zjawisko marginalne. Zdecydowaną większość stanowią fani „tu i teraz”. Ściągają, kupują i słuchają tego, co jest na okładkach magazynów. Co do Hell-Born, to wystarczy jedna opinia, wypowiedziana przez przedstawiciela eksportowej polskiej sceny: kto tak jeszcze gra? My naprawdę gramy „po staremu”. Bez silenia się na cokolwiek.

O.: Trzynaste pytanie. Co uważasz za największy pech czy nieszczęście w karierze Hell-Born?

B.: Mogliśmy wiele rzeczy zrobić inaczej. Niektóre wydarzenia mogły nie mieć miejsca, mogło nas spotkać co innego. Jeszcze raz podkreślam, życie przeszłością kompletnie do niczego nie prowadzi. A my, Polacy, tak bardzo się w tym lubujemy…

O.: Trudno się nie zgodzić. Czy mógłbyś mi wskazać czynniki, które sprawiają, iż polska scena jest postrzegana jako jedna z najmocniejszych na świecie? Chyba, że Ty tak nie uważasz, to proszę w takim razie o kontrargumenty, hehe.

B.: Polska scena miała takie zespoły jak Turbo, Kat, Vader. Polska scena ma teraz Behemoth. Czytasz takie magazyny jak Terrorizer? [gdzie tam, przeglądam jedynie w Empiku jak się okazja nadarzy – przyp. Oracle]. Takie pisma dyktują światu kto rządzi. Aktualnie Behemoth z Polski.

O.: W ostatnich latach na światło dzienne wychodzą coraz to nowsze wynalazki, niby to metalowe, które często okrzyknięte są największą rewelacją od czasu Black Sabbath. Jak sądzisz, czemu jednak istnieje dość spora liczba maniaków, którzy po zapoznaniu się z tymi „rewelacjami”, rzucają je w kąt i idą posłuchać „Reign In Blood” czy „Paranoid”?

B.: Często i z przyjemnością sięgam po świeże brzmienia. Odkryciem ostatnich 2 lat jest dla mnie White Lies. Słucham bardzo różnej muzyki. Do metalu mam dużo bardziej krytyczny stosunek niż do innych gatunków, dlatego czasem mniej przychylnie patrzę na nowości, trudniej mnie zaskoczyć czy zaciekawić. Fakt, przyznaje, jestem w pewien sposób twardogłowym oldschoolowcem 🙂 Ale bez przesady. Jak usłyszałem Volbeat, to natychmiast pojechałem do sklepu nie dla idiotów kupić płytę. Przecież to Social Distortion, Misfits i stara Metallica w jednym.

O.: Powiedziałeś kiedyś, że prędzej papież zostanie satanistą, niż Ty katolikiem. Głupie pytanie, ale ludziska takie lubią, hehe – kiedy ostatnio byłeś w kościele? Nie ważne, w jakim celu…

B.: Jakieś 3 tygodnie temu, na ślubie kolegi. Na szczęście Katedra Oliwska i wykupili opcję z organami, a to jest dźwięk, który nawet w sercom pogan byłby miły.

O.: Hehe…A co sądzisz o Internecie? Uważasz, że to dobrze, że istnieje coś takiego jak na przykład Chaos Vault czy inne metalowe portale? Czy raczej jest to dla Ciebie symptom zeszmacenia, jeśli ktoś udziela wywiadu dla webzinu? Chyba nie, bo jakieś tam z Wami w necie krążą…

B.: Internet jest nierozerwalnie połączony z naszym codziennym życiem. To znak naszych czasów. Cywilizacja 21 wieku to cywilizacja internetu. Czym różni się wywiad dla webzina od wywiadu dla magazynu, który ukazuje się drukiem – nie wiem. Dla mnie niczym. Jedyna rzecz, która mnie szczerze wkurwia, to tzw. fora dyskusyjne. Zawarte tam treści mają tyle wspólnego z dyskusją, co koń z koniakiem. Jest to pole do popisu dla ludzkiego odpowiednika wiejskich burków, oszczekujących otoczenie zza bariery płotu. Anonimowi „cyfrowi wojownicy” miotają oszczerstwa pod adresem innych uczestników „dyskusji”, ubliżają, grożą, straszą. Masakra. Jacy ludzie są mali i tchórzliwi…

O.: Dlatego póki co nie mamy żadnego serwisowego forum, hehe… Powoli zbliżamy się do końca wywiadu. Jakich pytań nie lubisz najbardziej na zakończenie? O plany zespołu czy o pozdrowienia dla fanów i fanek Hell-Born na całym świecie? Czy może jeszcze jakieś inne?

B.: Chętnie pozdrowię i chętnie poinformuję, że konkretnych planów Hell-Born na razie nie ma. Na pewno będzie kolejna płyta, ale kiedy będziemy się w stanie zabrać za pisanie utworów – nie jestem w stanie powiedzieć.

O.: Okej, dziękuję Ci bardzo za wywiad i czekam z niecierpliwością na Wasze nowe uderzenie!!!

Autor

10182 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *