Kurczę, ten wywiad to ma swoją historię. Pierwszy raz zabrałem się za niego ze dwa lata temu, jakoś po wydaniu przez kapelę debiutu „Hekseri”. Ale nie wiedzieć czemu, bez odezwu. Jakiś czas temu postanowiłem spróbować raz jeszcze, no i odpisała Iron Megiddo, że jak najbardziej! Więc rychło zabrałem się za pytania, a ona (z wkładem Thuringwethil) jeszcze rychlej za odpowiedzi. Jedyny problem miałem z brakiem czasu na tłumaczenie, ale jak widać – w końcu jest. Możecie więc czytać, bo Hekseri to świetna kapela, będąca esencją Metalu i Podziemia, zaś sama Iron Megiddo to laska naprawdę z głową na karku.

Oracle: Hey Iron Megiddo! Świetnie, że złapałem wreszcie z Tobą kontakt! Na rozgrzewkę powiedz może coś o newsach z obozu Hekseri? Przede wszystkim, kiedy możemy spodziewać się nowego krążka Hekseri? Ponoć miał ukazać się już w zeszłym roku…

Iron Megiddo: Hej Jakub, super złapać kontakt z Tobą również! Co nowego w Hekseri, może to, że pracujemy nad nowym krążkiem – jeszcze niezatytułowanym, który powinien ukazać się wiosną 2014 roku. Nagrania trwają od zeszłego roku, ale cały materiał jest już napisany, trzeba go jeszcze zarejestrować. Ponadto pracujemy z nowym pałkerem.

O.: No to trzymam Was za słowo! Swoją muzykę określacie jako Witching Metal – i w sumie całkowicie się z Wami zgadzam! Wasz miks wielu gatunków jest czymś świeżym dla mnie, nawet jeśli opiera się to na znanych wzorach. Cholernie ciężko jest oddzielić każdy osobny element i określić go jako thrash, death czy black metal. Zgodzisz się ze mną?

I.M.: Zgodzę się, że jest to świeża mieszanka! Wielu ludziom trudno jest skategoryzować to i zrozumieć, bo ludzie lubią wąskie kategorie i sami się określają na przykład jako fani death metalu albo black metalu, ale nie zależy nam, by podążać za tym trendem. W większości słuchamy oldschoolowego metalu, osobiście jest mi trudno wejść w nowszą muzykę, pomimo, ze próbowałam. Nie korzystamy z już utartych wzorców, gdy komponujemy, to wychodzi spontanicznie, ale może z uwagi na nasze wpływy i jakieś zaplecze, wówczas coś tam się może przewijać jako znane patenty… cokolwiek to jest, czujemy, że to działa!

O.: Co prawda w przyszłym roku Hekseri stuknie dziesiąta rocznica powstania, lecz wróćmy do Waszych początków – pamiętacie kiedy to było? Kogo winić za to, że Was w to wciągnał, hehe? Pamiętacie jakieś pierwsze płyty, ziny i tak dalej? Czy Hekseri było Waszym pierwszym zespołem, czy może przed nim były jakieś typowo garażowe zespoły ze składem zmieniającym się częściej niż raz w miesiącu, hehe?

I.M.: Grałam w kilku i faktycznie, to były typowe kapele z garażu czy nawet ze stodoły (haha, naprawdę, pamiętam próby w zajebiście dusznych stodołach) albo z sal w szkołach (próby mieliśmy po lekcjach). Przez jakiś czas śpiewałam nawet i grałam na basie w kapelach, które koncertowały w knajpach, mimo że byłam wciąż w szkole. Ale tak naprawdę na serio zajęłam się muzyką jaką sama chciałam grać po tym, jak poznałam Thuringwethil (czyli Larissę). Rozważyłyśmy kilka opcji na nazwę, zanim zdecydowaliśmy się na Hekseri. Nabrała ona sensu zaraz po tym, jak na nią wpadłyśmy. Thuringwethil ją wymyśliła – oznacza czary po duńsku i norwesku (w nowym dialekcie) i od razu wiedziałyśmy, że jest idealnie. Oczywiście, miałyśmy po drodze sporo zmian składu, ale rdzeniem zawsze byłyśmy my dwie.

O.: No, nie na wszystko odpowiedziałaś, ale uznaję… Jako Hekseri wydałyście trzy demówki, czy są one jeszcze dostępne do kupienia? Wcześniej można było je ściągnąć z Waszej strony – wiem, bo tak się z nimi zapoznałem. Wiem, że ukazało się coś takiego jak „Atrocity” – kompilacja Waszych demówek, ale w dość niskim nakładzie, a do tego na taśmie… Myślę, że zajebiście byłoby wydać to ponownie na Cd albo nawet winylu, nie sądzisz? Może jakieś plany w tym kierunku?

I.M.: Demówki już dawno zostały wyprzedane. Mały tajski label wydał to na taśmie jak wspomniałeś, ale jako „The early Demos”. Obecnie nie mamy planów na wrzucenie ich na kompakt czy winyl, ale jeśli trafi się jakaś zainteresowana wytwórnia, mogą do nas jak najbardziej pisać. Z pewnością weźmiemy pod uwagę taką perspektywę. Sama też posłuchałabym naszych starych wydawnictw z winyla czy kompaktu. Ja też nie lubię słuchać muzyki przed ekranem komputera, hehe!

O.: A jak sama opisałabyś każdą z demówek Hekseri? Ja słyszę oczywiście na nich różnice, ale jestem ciekaw, jak Ty do tego podejdziesz? Często słuchasz w ogóle wczesnych materiałów Hekseri?

I.M.: Nie słucham wiele naszych starych materiałów, właśnie z powodu, o którym Ci powiedziałam wcześniej, hehe! Ale myślę, że gdybym miała je właśnie na CD albo LP słuchałabym ich częściej. Coż, pierwsze demo – „Retaliator” zyskało niezły odzew, poczuliśmy się więc bardzo mocno w związku z tym. Tego jednego mogę słuchać zdecydowanie częściej, nawet pomimo że jest nagrane z automatem perkusyjnym. Riffy są bardzo mocne, a sama muzyka pokazała, czym zespół stał się wkrótce. Myślę, że wciąż zdajemy sobie z tego sprawę. Kolejne demówki mają już w sobie element oszalałego chaosu – myślę, że to z powodu stylu perkusji i sposobu, w jaki je nagrano.

O.: Zdałem sobie sprawę, że okładki demówek (z wyjątkiem „ Belzébut, Prince”), a także z kompilacji, zostały wykonane w podobnym, mniej więcej secesyjnym stylu – czy to jakiś Wasz ulubiony nurt, czy po prostu stwierdziłyście, że w ten sposób okładki zaprezentują się najlepiej?

Thuringwethil: Interesujące, uwielbiam sztukę, która jest wielowarstwowa i prowokacyjna. Giger czy Sue Coe są tutaj oczywiści, ale nigdy nie było tak, że interesowałam się konkretną epoką… Użyliśmy prac Aubrey’a Beardsleya ponieważ były bardzo unikalne i dekadenckie. Natomiast na debiut wrzuciliśmy dziewiętnastowieczną ilustrację Boulangera na tle fotografii lasu, którą wykonała Iron Megiddo. Chciałyśmy podkreślić tematykę natury w powiązaniu z przypomnieniem tematyki wiedźm i czarów.

O.: Z innej beczki – na swoim koncie macie również split z Gravewürm, którego niestety niesłyszałem nawet pomimo tego, że wydał go polski label. Czy kawałki, które są na nim zamieszczone zostały nagrane ponownie, są jakimiś innymi wersjami czy po prostu wrzuciliście je tam bez żadnych zmian?

I.M.: Nagraliśmy te numery ponownie (a wcześniej faktycznie znalazły się na demówkach) specjalnie na to wydawnictwo. Brzmienie jest lepsze, ale sama struktura jest mniej więcej ta sama.

O.: Czyim pomysłem była w ogóle wspólna płyta z Gravewürm? Zakładam, że należycie do osób, które akurat bardzo lubią ich muzykę? Z drugiej strony istnieje równie duża grupa osób, która jej nie cierpi, hehe…

I.M.: Cóż, spotkaliśmy Kevina z tej kapeli na kilku naszych koncertach, był fanem naszej muzyki, jak również Celtic Frost i to on wyszedł z pomysłem, by nagrać ten split. My zaś się zgodziliśmy. Definitywnie gramy inną muzykę niż oni, oni też siedzą bardzo długo w podziemiu bez żadnych pauz, za co ich bardzo szanujemy!

O.: Cóż za dyplomatyczna odpowiedź, hehe… Z Waszym zespołem spotkałem się dzięki kompilacji „Gods Of the Goats – A Tribute to Venom”… To było dobre kilka lat temu, ale pamiętam, że Wasz cover był moim ulubionym z całego krążka… W sumie to wciąż tak uważam! Jak znaleźliście się na tej kompilacji? No i dlaczego zdecydowaliście się zagrać ten konkretny numer? Podejrzewam, że tematyka nie była tu bez znaczenia, jak i cała otoczka wokół wyrazu na „W”, hehe…

I.M.: Koleś, który składał tę kompilację do kupy zwrócił się do nas w tej sprawie przez internet… albo my do niego, nie pamiętam. W każdym razie uwielbiamy grać ten cover, graliśmy go i wciąż gramy na wielu koncertach, więc było dla nas naturalnym, ze wybierzemy właśnie ten kawałek i zamieścimy go na tej zabójczej składance! Uwielbiam te riffy i tematykę,jakiej dotyczy słowo na „W”, która idealnie do nas pasuje, haha [w oryginale brzmiało to tak: „and the subject material about the “W” word “witch” is perfect for us!” – na polski sensu się nie odda, ale jak ktoś rozumie angielski, to niechybnie doceni błyskotliwe poczucie humoru Iron Megiddo – przyp. Oracle].

O.: Innym coverem, który znajduje się na Waszym koncie jest „Swarm Of Rats” i o ile nie przepadam za Belphegor (ewentualnie ich wczesny stuff), tak Wasza przeróbka zabija. Tak czy siak, nie słyszałem, by ktoś jeszcze coverował ten zespół – czy to był jedyny powód, że wybraliście ten utwór?

I.M.: Tę piosenkę bardzo przyjemnie się gra i bardzo dobrze się ją rejestrowało, a sam styl świetnie wpasowuje się w debiut Hekseri, no i jest poza tym bardzo agresywny, tak jak cały album, więc zdecydowaliśmy się zamieścić go. Pomimo tego, nigdy nie zagraliśmy go na żywo.

O.: Tak jak właśnie powiedziałaś – „Hekseri” to Wasz najbardziej dziki materiał, ilekroć go słucham mam wrażenie, że byliście w chuj opętani, a zwłaszcza jeśli mowa o „Bladefucker”, który jest pełen nieokiełznanej agresji… Jak Ty z perspektywy czasu określiłabyś samą siebie z okresu, kiedy nagrywaliście ten album? Na moje ucho musiałaś być nieźle wkurwiona…

I.M.: Haha, „Bladefucker” zdecydowanie dodał pojebanej i wkurwionej energii tej płycie! Nie czuliśmy się jakoś specjalnie źle w tamtym czasie, wypiliśmy kilka piw, sięgnęłyśmy głębi swoich dusz i po prostu pozwoliliśmy się wydostać czemuś przerażającemu! Haha, to była przyjemność, zwłaszcza, że to jedna kilku piosenek, gdzie podzieliłyśmy się wokalami i myślę, że to tylko wzmocniło ten numer, tak jakbyśmy karmiły się nawzajem swoją agresją, co dodało mocy temu utworowi!

T.: Nagrałyśmy „Hekseri” podczas dwóch sesji i na obu byłyśmy w jebanym ogniu! Przy okazji pierwszej Iron Megiddo przeprowadziła się do Europy, miałyśmy więc lekką tremę, by uchwycić ponownie tę energię. Ja sama tylko uczyłam się nagrań przy pół-profesjonalnym sprzęcie i miałam nadzieję, że zabrzmimy tak dobrze, jak to tylko możliwe. Uczyłyśmy się wszystko robić same. Na drugą sesję Iron Megido wróciła do Bostonu i odbyłyśmy maraton pisania/nagrywania – ponownie znalazłyśmy się pod presją czasu, ale kiedy ponownie wspólnie pracowałyśmy bez żadnych nieporozumień udało nam się zrobić wszystko całkiem szybko. A na następny krążek w zasadzie już skończyłyśmy pierwsze wersje utworów…

O.: I to jest bardzo dobra nowina. Okej, jedziemy dalej – „Hekseri” to bardo dojrzały materiał, ta muzyka to nie jest jakiś tam pieprzony hałas (oczywiście Wasze wczesne produkcje również takie nie były, heh), jak dla mnie jest to bardzo przemyślany krążek. Czy czujesz, że dokonujecie postępu, tak jako muzycy, jako zespół, jak i jako osoby?

I.M.: Postęp regresu jest nieuchronny! Szukałam jak ująć pierwotny ogień, pasję i ducha, jak sprawić, by kawałki wyszły najlepiej, jak tylko mogły. Kiedy zaczynasz, jesteś bardziej ograniczony pod względem technicznym, a z czasem zaczynasz grać coraz lepiej, ważne jednak jest to, by pozostać tak wkurwionym, jak na początkach. Tak by wciąż być szczerym i utrzymać tego ducha.

O.: Dokładnie. Wasz ostatni krążek, podobnie jak i split, został wydany przez The Time Before Time Records, z Polski. Jesteście zadowolone z kooperacji z Tomem? To maniak jakich mało, wspaniały supporter Podziemia, ale czy jest on dobry w typowym biznesowym ujęciu? Odnośnie tej jego drugiej roli spotkałem się właśnie z różnymi opiniami, nie wszystkie były pochlebne…

I.M.: Cóż, byłyśmy zadowolone, gdy label istniał, a nasza komunikacja z nim przez ten czas była po prostu dobra. A potem przeczytaliśmy na tablicy ogłoszeń na jego stronie, że label zostaje zlikwidowany. Nie dowiedziałyśmy się o tym od niego wcześniej, a to było dziwne. Skontaktowałyśmy się z nim jak tylko o tym się dowiedziałyśmy. Tak więc końcówka była wielce rozczarowująca, bez dwóch zdań.

O.: Trzonem Hekseri jesteś Ty oraz Thuringwethil. Dwie kobiety. Czy czujecie się z tego powodu w jakiś sposób wyobcowane od reszty sceny, którą tworzą głównie mężczyźni? Wiesz, olbrzymia część z nich to idioci, hehe, zastanawia mnie więc jaki macie odbiór na scenie czy zaraz po zejściu z niej? Szanują Was jako artystki i muzyków, czy jedynie jako dobrze wyglądające babki?

I.M.: Alienacja nie jest czymś, co czujemy ze strony sceny, jedynie okazjonalnie, ze strony jakichś specyficznych indywiduów. Jak wówczas, gdy robiłyśmy przesłuchanie na perkusistę, na które przyszli ci kolesie, a potem pierdolili jakieś bzdury, które nie miały dla nas żadnego sensu, haha! Ale zasadniczo, wszyscy są wobec nas pełni szacunku i naprawdę spoko, tak jak my wobec nich. Jasne, wielu jest głupków, wielu z nich poznałyśmy, ale też bardzo łatwo było ich zapomnieć, nie zapadali w pamięć i nie byli interesujący… A w Podziemiu pamiętamy jedynie tych, o których warto pamiętać.

O.: Ale w jednym z wywiadów powiedziałaś, cytuję „W zasadzie to scena może się iść pierdolić.” Dość mocne stanowisko, możecie więc mi powiedzieć, co takiego denerwującego jest w scenie? No i o której scenie mówiłaś? Ogólnie o podziemiu, o swojej lokalnej? Nie wiem, czy się zgodzisz ze mną, ale my wszyscy jesteśmy częścią Podziemia, poprzez robienie czy czytanie zinów, wydawanie płyt uczestnictwo w koncertach i tak dalej…

I.M.: Tak, absolutnie, jesteśmy częścią Podziemia, które jest dla mnie czymś całkiem innym niż „scena”. Scena to coś, co przedstawia imidże, gatunki, ego i ludzi wyalienowanych i nastawionych przeciwko sobie. Mój przyjaciel na określenie tego fenomenu używa zwrotu „Paris Hilton w bulletbelcie” – chodzi o osoby, które używają logówek zespołów, koszulek, jako elementu mody, co oczywiście jest fałszywe czy wbijające nóż w plecy nawet. Ci, którzy mają do tego prawdziwą pasję, którzy potrafią prowadzić wiele godzin i kilometrów, by dostać się na gig i ci, którzy są prawdziwie, prawdziwie inspirowani i zanurzeni w to duszą i sercem – to oni tworzą Podziemie. I to dla nich mam najwyższy, nieśmiertelny szacunek. Chodzi mi o zespoły i o fanów, którzy tworzą substancję tego wszystkiego, tak samo przez to rozumiem ludzi, którzy podążąli za Hekseri przez lata, nakręcając koncerty, słuchając muzyki i naprawdę w tym siedząc. To im będę wiecznie oddawała hołd i wiecznie ich szanowała. A także inne zespoły, które siedzą w tym od dawna – nie za ich wysługe lat, ale za oddanie!

O.: Iron Megiddo, wiem, że udzielałaś się również w takich zespołach jak Cold Northern Vengeance i Deathronation. Nie znam całej dyskografii tych pierwszych, mam jedynie jedną ich płytę i niespecjalnie mi ona podchodzi. Natomiast druga kapela – Deathronation – są świetni, nawet ostatnio zrobiłem z nimi wywiad! Co możesz mi powiedzieć o tych dwóch kooperacjach?

I.M.: Cold Northern Vengeance to interesujący, bardzo eklektyczny black metalowy zespół z Nowej Anglii, zaś Deathronation to oldschoolowy zespół z Nürnberg w Niemczech. W zasadzie – dwa różne końce. Bardzo lubiłam grać na gitarze z Cold Northern Vengeance, bo ich kompozycje były interesujące i kompleksowe, do tego były sposobem na zbliżenie mnie do gitary. No i przebywanie z nimi było naprawdę bardzo w porządku, wówczas to była fascynująca mnie kapela. Natomiast do Deathronation dołączyłam, gdy przeprowadziłam się do Nürnbergu, potrzebowali akurat drugiego gitarzysty. Mieli w sobie elemnty Autopsy, a głos Christopha przypominał mi barwę Rossa z Immolation, więc to też była zabawa być ich częścią. Myślę, że ich obecna inkarnacja lepiej im pasuje, teraz jest tam więcej osób, które zakładały grupę, no i teraz działają lepiej i bardziej produktywnie. W czasie, gdy z nimi grałam, było to jednak trochę zbyt chaotyczne. Widziałam ich kilka razy na żywca po tym jak opuściłam ten zespół i myślę, że wciąż brzmią mocno. Nie mam jednak pojęcia, jak Cold Northern Vengeance brzmi obecnie na żywo, ale z płyt wciąż mi się podobają. Paul jest bardzo kreatywny.

O.: Wspomniane zespoły to o ile wiem już przeszłość, teraźniejszość zaś to Hekseri i jeszcze jedna kapela, Witchblood. Znalazłem kilka próbek w necie i powiem Ci, że podoba mi się ta muzyka, pomimo że jest całkiem innym gatunkiem – podejrzewam więc, że za jej pomocą przekazujesz po prostu inny rodzaj emocji, prawda?

I.M.: Witchblood założyłam zaraz po przeprowadzce do Nürnbergu. Miałam tony pomysłów na utwory, bardzo szybko napisałam z dziesięć kawałków i szukałam perkusisty, z którym mogłabym to nagrać. Pierwsza demówka, składająca się z trzech utworów, w tym numeru tytułowego, czyli „Witchblood” należy do moich ulubionych, jakie kiedykolwiek zrobiłam z jakimkolwiek zespołem. Uwielbiam ducha, który się tam znajduje –tutaj wszystko po prostu pasuje do siebie. To jest moje wydawnictwo, którego słucham najczęściej. A potem skompletowałam skład i nagraliśmy EPkę „Blood and the Elements”. Oczywiście, była to szansa na wyrażenie czegoś innego, co siedziało we mnie w tamtym czasie. Zawsze planowałam kontynuować Hekseri, ale miałam też inne pomysły, które wymagały innego podejścia i sposobu ich ekspresji.

O.: Doskonale Cię rozumiem. Ok, zmieńmy temat – akurat w momencie, gdy piszę te pytania słucham sobie „Beneath The Remains” i tak sobie myślę, że Sepultura była wówczas świetnym zespołem, a teraz ciągną lachę straszliwie. Masz może jakieś inne zespoły na myśli, wobec których żywisz podobne uczucia?

I.M.: Niestety, wiele zespołów zaczynało jako naprawdę świetne ekipy, by z czasem stać się schlebiającym masowym gustom przeciętniactwem. Przykładów jest tony, choćby Metallica i Megadeth, zaczynały jako naprawdę potężne kapele, z pokładami energii i intensywności, a zamieniły się w jakieś popowe gówno, z jedynie niewielką dozą feelingu czy inspiracji. Darkthrone podobnie, w pewien sposób się rozwinął i jakkolwie sporo osób lubi ich obecny kierunek, ja preferuję ich wcześniejsze albumy. Ale podejrzewam, że to typowe cliche na metalowej scenie, że to co wcześniejsze, jest lepsze. Lub jak mówimy w Niemczech, „früher war alles besser”, hehe! I ja również przyznaję się do winy, że czasem tak mówię, haha!

O.: Właśnie, poruszyłaś temat Niemiec – przeprowadziłaś się z Bostonu do Nürnbergu, co było tego powodem? I jak sama odnajdujesz się w Europie? Czy widzisz jakieś wielkie różnice pomiędzy niemieckim i amerykańskim społeczeństwem?

I.M.: Metalowe podziemie w obu tych miejscach jest różne, jednak w jakimś sensie w podobny sposób zainfekowane podobnym gównem… Rzekłabym, że na pewno pozytywną różnicą jest to, iż koncerty tutaj w Europie są o wiele lepiej organizowane niż w USA, poza tym jesteś bardziej szanowana ze strony miejsc, w których grasz. W USA wszystko jest chaotyczne i zwariowane, podobnie jak ludzie, którzy przychodzą na koncerty, co może być całkiem fajne, gdy tylko ludzie zaczynają szaleć w momencie, w którym zaczynasz grać. W Europie, a już zwłaszcza w Niemczech, ludzie patrzą na Ciebie, byś im zaimponowała i będą stali nieruchomo, dopóki tego nie uczynisz. Rozruszać niemiecki tłum to naprawdę nie lada wyzwanie.

O.: Nie tak dawno temu Twój rodzinny Boston był miejscem ataku terrorystycznego – jakie jest Twoje zdanie na ten temat? Nie uważasz, że obecnie to nie chrześcijaństwo, lecz islam jest najbardziej plugawą religią? Myślisz, że to normalne, że ktoś znajduje miejsce do życia w nowym kraju i ze wszystkich sił chce, by stał się on taki sam, jak ich stare państwo? Chodzi mi o to, że jeśli państwa islamskie są takie zajebiste, to dlaczego w nich nie zostali do chuja?

I.M.: Przede wszystkim, Boston nie jest moim rodzinnym miastem, mieszkałam w nim tylko kilka lat, ale poznałam tam mnóstwo świetnych ludzi!. Rzekłabym tak – tak długo, jak trwają te tak zwane ataki terrorystyczne, ludzie powinni się zastanawiać, kto czerpie z nich korzyści. Żadna grupa ludzi z żadnej religii nie skorzysta na tym nigdy. Islam jest teraz atakowany w mainstreamowych mediach i przez opinię publiczną w ogóle. Nie widzę więc powodów, dla których jakikolwiek muzułmanin miałby uważać atakowanie kogokolwiek za dobry pomysł, bo świat znienawidziłby islam jeszcze bardziej, nie trzeba być geniuszem, by do tego dojść. Kwestionuję więc i motyw i sprawców. Za dużo jest tu elementów, które mają na celu zwrócenie się jednej cywilizacji przeciwko drugiej. Używają pionków i płotek, by osiągnąć jeszcze więcej władzy dla swoich reżimów poprzez używanie przemocy, by wprowadzić opinię publiczną w emocjonalną traumę. Nie powiem więcej ponadto, właśnie po to, by zachęcić ludzi do myślenia na przykład na temat tego, co wydaje im się, że widzą w telewizji. A także, by zadawać pytania, przynajmniej samym sobie, gdzie elementy układanki nie pasują i dlaczego coś nie ma sensu. Prosta nienawiść do Chrześcijan czy Muzułmanów czy kogokolwiek innego nie doprowadzi Cię nigdzie dalej, do żadnej zbalansowanej persperktywy. Natomiast jasne patrzenie na fakty zaprowadzi Cię bliżej prawdy, a dalej od bycia bredzącym głupkiem.

O.: Mam to potraktować osobiście? Hehe… Okej, a może powiesz mi w takim razie, co oznacza dla Ciebie pogaństwo? Dlaczego Twoim zdaniem jest ono lepsze niż chrześcijaństwo, islam czy judaizm? Szczerze, jestem w tym temacie laikiem i zastanawiam się, czy to nie jest tak, że zamieniłaś jednego boga na kilku innych, bardziej, że tak powiem – wyspecjalizowanych? Jakich argumentów użyłabyś, by mnie przekonać?

I.M.: Pogaństwo to duchowość oparta na naturze. Mniej tu systematyki, a więcej wejścia w siebie. Możesz oczywiście wypatrywać bogów, ale uświadomisz sobie, że sam musisz odwalić jednak tą całą duchową robotę. Wszyscy jesteśmy częścią kosmosu, wszystko we wszechświecie jest powiązane. Nie powiedziałabym jednak, że jedna forma spirytualizmu jest lepsza niż inne. ostatecznie one wszystkie są jedynie narzędziami, dzięki którym Twój duch się rozwija. Lubię pogaństwo z uwagi na jego przywiązanie do natury, a także mniej dogmatyczne nastawienie, jakkolwiek w pewnych moralnych aspektach nie może być żadnych kompromisów. Poganin będzie trzymał się moralnych wytycznych i będzie rozumiał, że energia, którą wysyłamy, powraca do nas, a także odgrywa rolę w duchowym rozwoju. Mroczne i jasne siły istnieją w naturze, ale od każdej konkretnej osoby zależy, w jaki sposób je zbalansuje.

O.: Ok, a na sam koniec powiedz mi, jaki był najlepszy koncert, którego byłaś świadkiem? No i jaką kapelę chciałabyś jeszcze zobaczyć w przyszłości?

I.M.: Najlepszą atmosferę koncertu jako całości wychwyciłam na Alm w Austrii. Kapele grały w górach, a w tle mogłeś widzieć inne wzgórza. Miało to miejsce podczas przesilenia letniego w 2012 roku. Zespołami, które wówczas grały były Amongst the Deceit, Our Survival Depends on Us oraz Triptykon. Całościowa atmosfera I feeling były niesamowite, zwłaszcza podczas olbrzymiego ognia, jaki wówczas zapłonął. Najlepsze koncerty dla mnie w rozumieniu pojedynczego zespołu to zawsze są gigi Immolation, za każdym razem, kiedy grają. Wkłądają w to tak wiele energii, tak wiele intensywności. Raz słyszałam będąc w tłumie kolesia, który stwierdził, że „Immolation to jedyny zespół jakiego potrzebujesz” – musiałam się z tym zgodzić. Nawet, jeśli reszta zniknęłaby, a zostało jedynie Immolation, dla mnie w sumie byłoby to wystarczające. Może jest to dość kontrowersyjne, hehehe, ale dla mnie jest to jak najbardziej prawdziwe. Ale też na przykład Angelcorpse zawsze było przykładem nieokiełznanej energii, bardzo lubiłam ich oglądać. A jakie zespoły chcę jeszcze wciąż zobaczyć: jeśli miałabym maszynę czasu, z pewnością cofnęłabym się, by zobaczyć Venom w latach osiemdziesiątych! Również cofnęłabym się w czasie, by namówić Quorthona i Bathory do zagrania na żywo. W przyszłości zaś chcę zobaczyć Master’s Hammer. Widziałam kiedyś czeski Avenger, który wykonywał ich covery i było to dobre, a teraz chce zobaczyć prawdziwy Master’s Hammer. Słyszałam pogłoski, że to może się zdarzyć, będę więc wciąż miała nadzieję. Chciałabym również zobaczyć nareszcie na żywo Wardruna! No i stanie się to w ten piątek [czyli już kilka tygodni temu – przyp. Oracle]!

O.: OK, Iron Megiddo, to był naprawdę świetny wywiad, dziękuję Ci! No i mam nadzieję, że wkrótce wpadnie mi w łapy nowy materiał z logiem Hekseri!

I.M.: Bardzo CI dziękuję! Właściwie to jakieś numery powinniśmy mieć gotowe jeszcze przed ukazaniem się nowego albumu w 2014 roku, więc na pewno dam Ci znać! Zdrówko dla Ciebie i dla Polski!