Label Godz ov War zna chyba każdy, kto choć trochę słucha szatanów. Nie da się ukryć, że ostatnio działa on coraz prężniej wypluwając na świat coraz to nowe i dobre wydawnictwa. Uznałem więc za stosowne odpytać głównodowodzącego GoW, Grega o parę rzeczy. O tym, gdzie mainstream, a gdzie underground, o tym, że nadchodzący pełniak Animy Damnaty będzie niszczył oraz, że spora część z czytelników Kejosa to sentymentalne skurwiele można przeczytać poniżej.

 

B: Siemka Greg, jak znosisz te skurwysyńskie upały?

G: Dziękuję, daję radę, zwłaszcza że trudno nazwać upałami temperaturę w okolicach +30 stopni.

B: I przejdźmy od razu ad rem, Godz Ov War. Nie sposób nie zauważyć, że jakby od jakiegoś czasu działa coraz prężniej wypluwając coraz to nowe sztuki, co rzecz jasna się chwali.

G: Hmmm, rzeczywiście trochę rozpędziłem się w ostatnich miesiącach, chociaż nie mam zamiaru ścigać się z kimkolwiek, tudzież pociskać na ilość. Ot, pojawiło się kilka materiałów, które uznałem za wartościowe i postanowiłem w nie zainwestować. Na szczęście nie otworzyłem fabryki i nie muszę wyrabiać normy, acz z drugiej strony mamy takie czasy, że poniekąd muszę zapewnić w miarę regularny cykl wydawniczy, aby nie wypaść z obiegu.

B: Czytałem ostatnio opinię, że Godz Ov War bytuje bliżej undergroundu, podzielasz to zdanie?

G: Odkąd pamiętam zawsze bliżej miałem do piwnicy niż na salony. W dużej mierze pewnie wynika to z faktu, że w tematach muzycznych bardziej jestem pasjonatem niż biznesmenem i taki charakter od początku nadałem mojej wytwórni. Poza tym kiedy człowiek przetrze oczy i wyjmie uszy z dupy, nietrudno dostrzec, że najwięcej do zaoferowania mają artyści, którzy cały muzyczny biznes mają głęboko w poważaniu.

B: I czym według Ciebie jest dziś underground? Niezależność, czy raczej obecność poza głównym nurtem mediów? Na ten przykład taka Furia, to już jeszcze podziemie czy już raczej mainstream?

G: Prawdę mówiąc od jakiegoś czasu przestałem już rozkminiać gdzie kończy się czarne, a zaczyna białe. W obecnych czasach podział na podziemie i mainstream stracił dla mnie sens. Przecież dziś nawet najbardziej niszowy i niezależny zespół może praktycznie z dnia na dzień zdobyć popularność, przekroczyć cienką linię i z zafajdanego Kopciuszka przeobrazić się w szanowaną Królewnę. Wystarczy odrobina szczęścia, trochę manipulacji, szczypta zmysłu marketingowego, odpowiedni PR, albo po prostu mniej lub bardziej świadome wstrzelenie się w trend. W sumie zawsze tak było, tylko kilka lub kilkanaście lat temu ten proces był bardziej rozłożony w czasie. Dłużej wchodziło się na szczyt, chociaż zawsze łatwo było z niego spaść, teraz dla ułatwienia można wjechać na niego kolejką. Oczywiście te dywagacje są czysto „biznesowe”, bo na końcu pozostaje aspekt twórczy i dla mnie nie ma znaczenia, czy dany zespół utożsamiany jest z undergroundem i niezależnością, czy mainstreamem, bo jak coś jest dobre to jest dobre i nie ma znaczenia czy ktoś zapakuje to w piękne pudełko czy w papier toaletowy. Bardziej w tym wszystkim martwi mnie coraz bardziej leniwy i bezkrytyczny odbiorca, któremu coraz trudniej samemu oddzielić plewy od ziarna. Ale to już temat na osobną flaszkę…

B: Znaczy współcześnie uważasz iż słuchacze łykają wszystko? Spotkałem się z poglądami, że są zbyt wybredni bo mając Internet na podorędziu mogą przebierać w muzie ile wlezie.

G: Nie, to nie tak, że łykają wszystko i są bezkrytyczni. Po prostu odnoszę wrażenie, jakby nie mogli odnaleźć się w przesycie i całym dobrodziejstwie inwentarza, jaki oferuje nam współczesna branża muzyczna. Mam świadomość, jak ciężko się w tym wszystkim połapać, szczególnie ludziom z mojego pokolenia lub nieco starszym, co w pewnym sensie też mnie nie dziwi. Natomiast trochę martwi mnie, że młodsi ludzie nie mają tego głodu poszukiwania, bardziej czekają na gotowe wzorce i rozwiązania, podanie wszystkiego na talerzu, pokazania co jest warte uwagi a co nie. A może się mylę? Może jednak drążą, analizują, poddają wszystko samodzielnej ocenie, pracują samodzielnie nad własnym gustem!

B: Z dotychczas wydanej muzy masz coś ulubionego? Coś z czego jesteś szczególnie zadowolony, ba! Nawet dumny?

G: Jestem zadowolony z każdego dotychczasowego wydawnictwa. Gdyby było inaczej, zwyczajnie  nie byłoby danego tytułu w katalogu Godz Ov War. Niezależnie od sprzedaży i odbioru danego materiału, staram się traktować każdy tytuł jak własne dziecko i nie faworyzować żadnego wykonawcy. Owszem, z czasem niektóre pozycje podobaj mi się mniej, a dla równowagi inne jeszcze bardziej, lecz z każdej jestem tak samo zadowolony. I naprawdę nie ma w tym żadnej dyplomacji.

B: Miałeś dotychczas jakieś problemy przy współpracy z kapelami? Że ktoś gwiazdorzył albo stawiał jakieś dziwaczne żądania?

G: Nieszczególnie, ponieważ dla własnej spokojności staram się unikać kontaktów z muzykami, którym dokuczają muchy w nosie. Nie po to tracę czas i pieniądze, aby ściągać sobie na kark kolejne problemy w życiu. Poza tym również mam trudny charakter, więc dla dwóch, trzech czy czterech popaprańców mogło być za ciasno na jednym podwórku. Dzięki temu póki co nie było jakiś skrajnie pojebanych sytuacji. Owszem, czasami niektórym wydaje się coś innego niż ustalaliśmy, inni liczyli na więcej, a jeszcze inni są w chuj zadowoleni i chętni kontynuować współpracę. Wszystkim nie dogodzisz…

B: W jednym z wywiadów powiedziałeś, że Autokrator zbiera baty w mediach, zaś wśród „zwykłych” ludzi schodzi wybornie. Aż dziw, bo co trafiałem na recenzję jakąś dotyczącą ich to był pozytywny odzew.

G: Eeee, widocznie wyłowiłeś te dobre, ale uwierz mi, krytycznych nie brakowało… Ale akurat wcale mnie one nie zaskakiwały i nie martwiły, zwłaszcza że została zachowana równowaga. Zresztą Autokrator, podobnie jak Dakhma czy Inexorable to wykonawcy tworzący muzykę dla dość wąskiego grona odbiorców o dość specyficznych preferencjach, więc z góry można przewidzieć gdzie na jaką opinię mogą liczyć, jeśli chodzi o media z którymi współpracuję. Natomiast ku mojemu zaskoczeniu, okazuje się, że wśród zwyczajnych zjadaczy metalu jest aż tak spora ilość maniaków pojebanych dźwięków. Cieszy mnie fakt, że jednak ludzie nadal poszukują, nie idą za stadem i nadal mają czas oraz ochotę zmierzyć się z trudniejszą materią. Podobnie sytuacja ma się z teoretycznie łatwiejszą i bardziej przyswajalną, acz nie taką wcale oczywistą, muzyką jaką zaserwowały Misanthropic Rage czy Mussorgski.

B: Podobnie Stillborn, wspominałeś, że sporo osób spisywało ich na straty po ukazaniu się „Testimonio de Bautismo”, a tu ciepłe przyjęcie. Po prawdzie, to chyba nie powinno dziwić, bo odnoszę wrażenie, że obecnie wraca się do takiego grania zaś słuchający cenią taką surowiznę.

G: Może niekoniecznie na straty, bo Stillborn to jednak zespół z ugruntowaną pozycją i raczej nigdy nie wychodzący ze swoją twórczością naprzeciw oczekiwaniom odbiorców. Nagrali kolejną płytę, która znacznie odbiega od poprzednich dokonań, lecz nadal idą pod prąd. Czy wraca się do takiego grania? No nie wiem, ja przynajmniej tego nie odczułem i reakcje na „Testimonio de Bautismo” wg mnie nie były ani lepsze, ani gorsze, niż na poprzedni album „Los Asesinos del Sur”. Raczej rzeszy fanów zespołowi nie przybyło. Natomiast jedno z pewnością zmieniło nastawienie ludzi do zespołu, a mianowicie koncerty. W obecnym składzie Stillborn jest koncertową machiną – zgraną, ograną, świadomą swoich możliwości i siły, a każdy kto uczestniczył w ostatnich koncertach zespołu potwierdzi, że nie pierdolą się w tańcu.

B: Jakie były początki współpracy z Maćkiem Kamudą? Pamiętam, że jak zobaczyłem jego okładki, w szczególności tę dla Warfist, to zwaliło mnie z nóg.

G: Maciek zrobił okładkę dla Misanthropic Rage, która mną pozamiatała, chociaż kiedy ją tworzył, nie było jeszcze mowy, że Misanthropic Rage trafi pod skrzydła Godz Ov War. A z drugiej strony jego twórczość nie była dla mnie anonimowa i kilka jego prac już wcześniej wpadło mi w oko. Dlatego przy poszukiwaniu okładki dla Kingdom wzięliśmy Maćka na celownik i to co zrobił rozjebało nas w pył. Z Warfist tak naprawdę Maciek uratował sytuację, gdyż wcześniej okładkę miał robić zupełnie, ale kolejne próbki utwierdziły nas w przekonaniu, że tracimy tylko czas… Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć już chyba o stałej współpracy z Maćkiem, zarówno w kwestii okładek, jak i layoutów. W niektórych kwestiach rozumiemy się bez słów, z reguły ma wolną rękę, od pomysłu do wykonania, a ponieważ angażuje się w każdą pracę na 110%, mam do niego pełne zaufanie i każda jego praca trafia w punkt. I co ważne, jest terminowy, a to rzadka cecha u grafików.

B: O ile pamiętam na początku Godz ov War funkcjonowało wespół z Third Eye Temple? Jak to się w ogóle rozeszło w dwie różne strony?

G: Godz Ov War od początku działało samodzielnie, chociaż po drodze trafiły się mniej lub bardziej trafione kooperacje na wydanie konkretnych tytułów. Akurat z TET wydaliśmy kilka pozycji więcej niż z innymi, ale jak to w życiu, nawet najlepsze małżeństwa nie wytrzymują próby czasu. Jak nietrudno zauważyć wyciągnąłem kolejne wnioski i w ostatnim czasie przywróciłem label na pierwotne tory, czyli sam sobie jestem sterem, żeglarzem oraz okrętem. Właściwie poza wspólnym przedsięwzięciem z Malignant Voices, jakim będzie wydanie nowego albumu Anima Damnata nie planuję w przyszłości żadnych tego typu inicjatyw z innymi wydawcami.

B: Szykujesz się na wydanie nadchodzącego pełniaka Animy Damnaty? A zdradzisz mniej więcej kiedy nadejdzie on? Ta krótka EPka wydana tylko rozbudza apetyty.

G: Nie mamy jeszcze konkretnej daty premiery, poza wstępnym założeniem, że będzie to jesień i najchętniej październik. Zapewne w ciągu najbliższych 2-3 tygodni dopniemy wszystkie kwestie techniczne, logistyczne oraz promocyjne i wtedy potwierdzimy konkretną datę premiery. Dwa premierowe kawałki rzucone na pożarcie są dość miarodajne dla całej płyty, ale dopiero w całości będzie można poczuć jak piekielnie mocny jest ten album. Nie lubię buńczucznych zapowiedzi, jednak w przypadku „Nefarious Seed Grows to Bring Forth Supremacy of the Beast” jestem nieświęcie przekonany, że pozamiatają tą płytą wszystko co ten rok przyniesie w kraju.

B: W sumie podstawowe pytanie jakie powinno paść wcześniej: jak w ogóle doszło do założenia Godz Ov War? Działałeś już wcześniej jakoś w branży wydawniczej, czy to był własny zryw?

G: Jakoś tak naturalnie… Już na początku lat ‘90-tych bawiłem się w wydawanie muzyki na kasetach, lecz trudno nazwać to działalnością wydawniczą. Niemniej złapałem bakcyla, kręciło mnie to mocno. Potem przyszła proza życia, pewien okres hibernacji jeśli chodzi o aktywność w środowisku muzycznym, ponieważ były inne priorytety. Jednak jak to zwykłem mawiać, z nowotworem nie wygrasz. Niemalże dekadę temu powróciły demony, a głosy zaszeptały, że już mogę robić to co zawsze chciałem robić. I tak powoli, małymi kroczkami zacząłem powracać do środowiska, odnawiać kontakty, oswajać się z obecnymi realiami i ostatecznie w 2010 roku pojawił się pierwszy tytuł z logiem Godz Ov War.

B: W ofercie GoW są również placki. Kolekcjonujesz? I co myślisz o trwającej obecnie modzie na winyle, które pojawiają się już nawet w supermarketach obok dumnie prężących się klapków Kubota?

G: Tak, od czasu do czasu wydaję winyle, jak również kolekcjonuję. Ale ani jako wydawca, ani jako kolekcjoner nie wpadłem w winylowy amok jaki obserwujemy od kilku lat. Tego co obecnie się dzieje nawet nie można traktować jako mody, tylko raczej patologii. Wydawanie wszystkiego jak leci na winylach to jakiś absurd i patrząc na zalew gówna jakim został skalany ten szlachetny nośnik, zwyczajnie chce mi się rzygać. A najbardziej mierżą mnie ente reedycje tych samych tytułów, wydawanie danego tytułu w kilkunastu wersjach czy wciskanie w winylowe rowki „kultowych” pozycji sprzed ćwierć wieku, które swego czasu rozeszły się na kasetach w kilkudziesięciu kopiach. Kaseta, a zwłaszcza płyta winylowa to typowo analogowe nośniki, tylko kurwa kto teraz nagrywa analogowo? Doszliśmy do momentu, kiedy winyl stał się taką dużą płytą CD. Chyba coś komuś się pojebao? Owszem, sam nadal kupuję płyty winylowe w dużych ilościach, lecz mam pełną świadomość tego, że generalnie jestem nabijany w butelkę.

B: Pytając o kolekcjonerstwo jednocześnie spytam, co myślisz o nabywaniu kilkunastu kopii jednego albumu tylko dlatego, że różnią się kolorami okładek, wkładką lub jakimś fikuśnym detalem.

G: No cóż, na pewno są to znamiona pewnej kolekcjonerskiej choroby i należy traktować je z przymrużeniem oka, ale też z pewną dozą współczucia. Mam kilka zespołów, których albumy posiadam na LP, CD i taśmie, jednak jak widzę typa posiadającego np. winylową wersję ostatniego albumu Carcass w 30-tu kolorach patrzę na to z politowaniem. Dla mnie nie ma to już nic wspólnego z muzyczną pasją. Zwykły snobizm, nic więcej. Nawet komentarz typu: „Kto bogatemu zabroni.” nic tutaj nie tłumaczy. A na koniec dnia, wydawcy zacierają ręce, bo im więcej takich wariatów, tym biznes kręci się lepiej.

B: Podobnie powracają do łask kasety (aczkolwiek chyba tylko wśród metali) stające się dziś niejako synonimem undergroundu.

G: Czy są synonimem undergroundu? Chyba niekoniecznie. Kasetę traktowałbym bardziej jako kolekcjonerską frajdę dla małej grupy sentymentalnych skurwieli, a jednocześnie żyję nadzieją, że ta „moda” nie sięgnie rynsztoka na taką skalę jak winyl.

B: Jak oceniasz dziś kondycję polskiej sceny? Z jednej strony słychać, że jedna z lepszych w ogóle obecnie, ale ostatnio natknąłem się na kilka opinii, że słabo na tle świata i tylko kalki tego, co było.

G: Wiesz, trudno obiektywnie ocenić sytuację na własnym podwórku. Jedni i drudzy mają swoje racje, a prawda i tak zawsze leży pośrodku. Według mnie w niczym nie odstajemy od innych europejskich scen, poza tym że z różnych względów (najczęściej ekonomicznych i politycznych) zawsze będziemy traktowani w świecie jak ubodzy krewni z Wąchocka. Może naszą największą bolączką jest brak szeroko rozumianej branży muzycznej z prawdziwego zdarzenia oraz wszystkich struktur z nią związanych, jak również większej ilości rentownych plenerowych festiwali, ale umówmy się, że ten stan rzeczy i tak nieprędko ulegnie zmianie. Po prostu w większości krajów takie tematy buduje i rozwija się z pomocą państwa, u nas muzyka metalowa nadal jest tematem wstydliwym i marginalnym. Niemcy, Norwedzy, Anglicy, Finowie czy Szwedzi traktują już od dawna muzykę metalową jako dobro narodowe, my jako zło konieczne. W sumie o wszystkich aspektach muzycznych i pozamuzycznych naszej sceny można dywagować godzinami, dniami i tygodniami, natomiast ja myślę, że ostatecznie taką mamy scenę jaką sobie tworzymy sami. Ma ona swoje mocne i słabe strony, ale w ogólnym rozrachunku nie mamy powodu do zażenowania, a jak na moje oko, wiele spraw idzie ku lepszemu.

B: A propos sceny, to jeszcze niedawno narzekano, że nuda i nic się nie dzieje w Kraju Kwitnącej Cebuli, a obecnie mamy masę koncertów i świetnych festów, ot choćby Metalmania, Into The Abyss Fest, Metal Mine czy niszczący obiekty Black Silesia Festival. Wbijasz na te imprezy, czy raczej tylko okazyjnie?

G: Według mnie to nie jest do końca tak, ponieważ 10 lat temu również było mnóstwo dobrych koncertów i festiwali, tylko ludzie nie mieli parcia, aby na nie chodzić. Mniejsza o powody, bo można ich znaleźć milion, jednak wystarczyło umiejętnie nakręcić koniunkturę (lepsza organizacja, promocja czy przemyślana obsada) i już mało który organizator narzeka na frekwencję. Oczywiście zdarzają się wtopy, co jest raczej nieuniknione przy tej ilości imprez, lecz pod tym względem wcale nie wypadamy gorzej na tle innych krajów. Osobiście gdybym tylko mógł, chętnie pojawiałbym się na każdym mniejszym czy większym koncercie, bo metal to muzyka stworzona do grania na żywo. Pomijając już fakt, że z wiekiem straciłem nieco zainteresowanie dużymi spędami, na rzecz małych klubowych imprez, niestety brak czasu nie pozwala mi być nawet na połowie koncertów, które odbywają się w naszym kraju.

B: Co do traktowaniu dobra narodowego, to zapewne jak w Norwegii nie będzie, gdzie black metal to duma kraju, ale myślisz, że przyjdzie czas, gdy w naszym kraju ludzie będą przyznawać chętnie, że mamy zajebiste kapele u siebie?

G: Ani mentalnie, ani ekonomicznie jeszcze nie jesteśmy na to przygotowani, acz jako rzekłem, według mnie idzie ku lepszemu. I tak naprawdę dużo zależy od nas samych – mamy potencjał, mamy możliwości, więc teoretycznie nie powinniśmy tego spierdolić. Powoli mija okres bezkrytycznej fascynacji Zachodem, ale nadal nie możemy wyleczyć się z wielu kompleksów i nie możemy na pełnej kurwie nabrać pewności siebie. A warto zauważyć, że choć jesteśmy postrzegani przez pryzmat białych niedźwiedzi biegających po ulicach oraz hektolitrów spirytusu, to świat nie pozostaje już tak obojętny na nasze zasoby. I wcale nie uważam, że mamy powody do wstydu, a przynajmniej jeśli chodzi o muzykę metalową.

B: I właśnie, nie myślałeś o tym, by zorganizować coś sygnowanego jako Godz Ov War Fest? Niekoniecznie też samemu, można np. z innymi, polskimi wydawcami.

G: Nie, nie myślałem i na razie nie czuję takiej potrzeby. A czy za rok lub dwa nie zmienię zdania, kto wie?

B: Pochwal się, proszę Cię bardzo, czytelnikom czy jakieś wydawnictwa w tym roku przykuły Twoją szczególną uwagę. Wiadomo, mamy dopiero czerwiec ale materiału wyszło już zacnego sporo. A może czekasz na coś wyjątkowego?

G: Bardzo dobrze zrobiły mi debiutanckie albumy Ensnared, Weregoat i Anscended Dead, mocno sponiewierały nowe albumy Heresiarch, Triumvir Foul i Excommunion, natomiast całą pulę nagród jak na razie zgarnął najnowszy pełniak Impetuous Ritual. I choć jako rzekłeś, dopiero czerwiec, to nie sądzę, aby ktoś w moim tegorocznym rankingu przebił „Blight upon Martyred Sentience”.

B: A jak z czytaniem? Dobra lektura warta jest poświęconego czasu, zaś gros kapel wszak wyrósł na zainspirowaniu się czymś w literaturze. Znajdujesz jeszcze czas na coś ciekawego do poczytania?

G: Był czas kiedy książki pochłaniałem tonami – fantastykę, przygodowe, horrory. W ostatnich latach zapuściłem się w tej dziedzinie i jeśli sięgam po książki, to przede wszystkim związane z muzyką. Jedną z mocniejszych rzeczy, którą wciągnąłem na jednym wdechu były „Zaginione ewangelie według Ala Jourgensena”. Uwierz mi, warto sięgnąć po tę pozycję!

B: Horrory powiadasz… to Edgar Allan Poe czy Howard Phillips Lovecraft?

G: Dla mnie mistrz jest tylko jeden – Stephen King. I chociaż Poe czy Lovecraft również niejednokrotnie przewinęli się przez moje ręce, to jednak niemalże każdy tytuł Kinga mogę wałkować do znudzenia.

B: I cóż się kręciło tam u Ciebie w odtwarzaczu podczas odpisywania na pytania?

G: Odświeżyłem sobie całą dyskografię Grave Miasma i zahaczyłem o Cruciamentum.

B: Ostatnie słowo należy do Ciebie! Hails!

G: Dzięki za wywiad i poświęcony czas.