Po kilku latach ciszy powróciło gorlickie Dira Mortis. Leszek twardy chłop jest, uparty jak skurwysyn i właśnie dlatego możemy cieszyć uszy nową epką jego kapeli. „The Cult Of The Dead” to czysty death metal dla maniaków starej szkoły, więc zachęcam Was do sięgnięcia po ten krążek. A w międzyczasie rzućcie okiem, jak to żeśmy sobie pogadali.

Oracle: Witaj Leszku! Może na rozgrzewkę powiedz, co ostatnio kręci się w Twoim odtwarzaczu, poza „The Cult Of The Dead” oczywiście, hehe…

Leszek: Cześć Kuba, cześć wszystkim czytelnikom i fanom muzyki extremalnej. „The Cult Of The Dead” już się nie kręci, koncentruję się na nowych dźwiękach na kolejny stuff. Na razie są to szkielety, ale myślę, że niebawem wersje robocze i później studio. Jeżeli chodzi o ostatnie cd’s, których słucham to nowy Autopsy, Grave, ostatni Vomitory i masę podziemia, bo nabywam regularnie jakieś płyty, teraz doszły winyle i kolekcjonerstwo się szerzy. I radocha jest, bo dobrej muzyki nie brakuje, chyba, że jestem mało wymagający.

O.: Okej, pomiędzy „Architecture of Mind” a ostatnią propozycją Dira Mortis znajduje się niespełna ośmioletnia przerwa. Kurewsko długi okres, nie sądzisz? Co było powodem letargu Twojej kapeli? Masa muzyków po takiej pauzie dałaby sobie już spokój, co Ciebie determinowało, by jednak pociągnąć ten wózek dalej?

L.: Z tą przerwą osiem lat to lekka przesada. „Architecture Of Mind” wyszło w 2004 roku i do tego roku jeszcze cos tam graliśmy później niestety pojawił się problem z bębniarzem, do 2006 składałem materiał na następcę „Architecture…”, ale brak składu pogrzebał plany studyjne i dopiero w 2009 roku ponownie spotkałem się z Arturem i podjęliśmy decyzję, że zrobimy stuff, ogramy i wchodzimy do studia. I tak się stało po kilku miesiącach prób. Do Krosna pojechaliśmy z myślą o rejestracji i tu niestety pojawiły się problemy – Artur nie poradził sobie kompletnie z tym materiałem, wyszło to źle, doszły jeszcze jego inne problemy i trzeba było na gwałt znaleźć porządnego bębniarza. Determinacji mi nigdy nie brakowało, żyję tą muzyką od wczesnej podstawówki, pamiętam jak po domu walały się kasety pirackie Anthrax, Sepultury, które należały do mojej siostry – mi to przypadło do gustu i tak zostało do dziś, później gitara tragicznej jakości i plan założenia własnej załogi. W 2001 roku wyszło „Revulsion” i od tego czasu nie brakowało mi determinacji. Recenzje, które się pojawiały były dobre, mi leżało to co nagrywałem, więc leciało to dalej i tak jest do dziś. Jedynym problemem, który zawsze blokował był skład – nigdy nie było ludzi, którzy naprawdę byliby w stanie poświęcić się dla takiej idei. Jedyna osoba, która ma wkład w ten zespól w początkowej fazie był Krzysiek, który nagrywał dwa pierwsze materiały, ale później niestety się to zmieniło.

O.: Bolączka ze składem w przypadku Dira Mortis to niestety rzecz dość częsta. Mógłbyś rzec słówko albo najlepiej kilka o obecnym line-up’ie Twojej kapeli? Co spowodowało, że akurat ci muzycy załapali wakat w zespole?

L.: A więc tak, jeżeli chodzi o nowe twarze: bębniarz Vizun pojawił się jak wspomniałem wcześniej po nieudanym podejściu z wcześniejszym perkusistą. Musiałem szybko kogoś znaleźć, czasu nie było, zadzwoniłem do Piotrka z Parricide – Krzysiek z nim nagrywał już stuff dla jego zespołu, więc znali sie dobrze, a ja wiedziałem, że ten gość będzie dobry. Zadzwoniłem do Krzycha, dogadaliśmy się, wysłałem mu wersje robocze, połapał sprawę, że to chyba będzie fajne i przyciągnął ze sobą jeszcze Mścicha (czyli Piotrka), bo bas miał nagrywać kto inny, ale skoro była możliwość wyhaczenia lepszego – skorzystałem i nie żałuję. Chłopaki na co dzień grają dużo m.in. w Abussivenes, Deivos, Parricide, do niedawna Christ Agony, Moon. Krzysiek jest jednym z lepszych perkusistów metalowych w Polsce, zawodowiec, praca z nim czystą przyjemnością, więc w końcu dostałem to czego potrzebowałem od początku…. Jeżeli chodzi o Łukasza to sprawa wygląda tak, że ja miałem nagrywać wokale ale chciałem już wcześniej skoncentrować sie tylko na robieniu muzyki, a że Piotrek z Defense posłuchał i powiedział, że Łukasz tu zrobi dobrą robotę. Wysłałem to i spodobała mu się moja wizja muzyki. Napisał wszystkie liryki, wymyślił tytuł, przyjechał i nagrał tak że zyskałem zajebistego krzykacza, który też jest pracowity, bo drze sie na co dzień w Nuclear Vomit, w Infatuation Of Death, w Epitome. To są ludzie, którzy to kochają żyją, tym i o to tu chodziło i myślę, że w tym składzie podejdziemy do następnej produkcji, jeżeli Krzysiek z Mścichem z nadmiaru zajęć nie dadzą rady, mam zaplecze od chłopaków z Łukasza kapel także jest bezpiecznie.

O.: Latka lecą, ale muzyka Dira Mortis raczej się nie zmienia. Może pierwszy materiał szedł bardziej w stronę Incantation czy (głównie) Asphyx, a ostatni zaś czerpie z wielu więcej death metalowych źródełek, czyż nie tak? Mimo to, cały czas można określać muzykę Twojej kapeli mianem oldskulowego metalu śmierci, zgodzisz się ze mną?

L.: Myślę, że tak. Ja jestem raczej zwolennikiem tego starego death metalu z końca lat 80 i początku 90, bez kombinacji, pierdolenia, techniki z kosmosu itd. Gdy zaczynałem robić cokolwiek dla tego zespołu, wiedziałem że chcę, żeby to był death metal, ale nie było założenia, że ma być stary itd. Mógł być równie dobrze pokombinowany, ale taki nie wyszedł spod mojej ręki, tak czuję muzykę, tak mi to wychodzi, chyba nawet nie umiem inaczej, nie uważam się za muzyka, pewnie nigdy nim nie będę, ale to co potrafię jest w takim klimacie i ja się z tego cieszę, resztę zostawmy tym wszystkim muzykom. „The Cult Of The Dead” jest najlepszy z tego co zrobiłem dotychczas, starsze materiały były trochę inne, bo byli inni ludzie, tu rolę odegrały bębny Vizuna – takich garów właśnie trzeba w tej muzyce, jak jest słabszy perkusista twoje kompozycje też będą słabsze inspiracje dalej są podobne. Na „Revulsion” może czuć trochę Incantation, ale takiej piwnicy już chyba nie uda mi się nagrać, bardzo lubię ten stuff, poszerzają mi się tam jakoś horyzonty, ale pewne jest jedno – że to będzie zawsze death metal i chyba ten stary właśnie.

O.: „The Cult Of The Dead” – tytuł jest jak najbardziej adekwatny do zawartości płyty, ale i o ile się orientuję również do Twoich prywatnych upodobań. Dlaczego to właśnie death metal jest muzyką, którą uprawiasz już od dobrych kilkunastu lat? I co sądzisz o żarcie pod tytułem melodyjny death metal – nie sądzisz, że to nazwa wewnętrznie sprzeczna, hehe?

L.: Dlaczego death metal? Hmm, nie wiem, ja uwielbiam te dźwięki, wszystko co związane z tą sceną styl grania, styl wokalu, sekcja – dla przeciętnego zjadacza chleba to jest jakieś przejebane zjawisko, taka muzyka mi daje energię, poprawia nastrój, to wszystko mi tu jakoś pasuje. Podobnie z grindem, z dobrym hard corem, thrashem – jest energia, jest kop w mordę, są wrażenia. Dla mnie to jest to, dla innych coś innego, a co do melodyjnego death metalu – no to jest głupie i durne jak te wszystkie szuflady, odłamy odłamów, ale ja na to nie zwracam uwagi. Tak powymyślali ludzie to tak jest.

O.: „The Cult Of The Dead” to chyba pierwsze wydawnictwo, które ma porządnego wydawcę, prawda? Co by nie mówić o Mittloffie, to chyba nie zrobił wiele dla Dira Mortis? Widziałem może z jedną reklamę Waszego splitu z Valinor i tyle, a reszta wydawnictw ukazała się chyba dzięki labelom zakładanym na potrzeby wydawnictwa….?

L.: No tak, jest to dobrze wydane, wcześniej robiłem to sam pod szyldem Sadistic Records i Horror Records. Jeżeli chodzi o Apocalypse no to było z tym marnie i „Murder Epidemic” nie miało promocji tak naprawdę. Mitek to spoko gość, ale rzeczy, które wydawał (w szczególności te mniejsze tytuły) nie miały szans nigdzie zaistnieć i chyba niepotrzebnie to Apocalypse powstało. Mitloff to dobry perkusista i niech tak zostanie. Co do Defense Piotrek na ile go będzie stać na tyle podziała. To mała firemka ale przyjemna. Zobaczymy, może kolejną rzecz wydamy gdzieś dalej, czas pokaże.

O.: Właśnie, a propos splitu z Valinor – Wasza część kasety jest jak najbardziej w porządku, ale Valinor to jakaś pomyłka była, hehe. Chyba nie miałeś zbyt dużego wpływu na dobór kompanów na drugą stronę splitu?

L.: W tej kwestii nic nie ustalano już ze mną. No to też troszkę tak bez gustu było, bo Valinor to całkiem inna muzyka. Ja bym to inaczej zrobił pewnie, ale to już historia. Split był na zasadzie „dla każdego coś fajnego” – zarówno Valinor mógł mieć coć w klimatach na drugiej stronie, jak i ja – jakiś death lub thrash.

O.: A skoro już mowa o wydawcach, nie kusiło Cię, by uderzyć z tym materiałem gdzieś dalej, poza Polskę? Czy może uważasz, iż obecnie już nie ma to takiego znaczenia, że polski band jest wydawany przez zachodnią wytwórnię – dawniej to było coś, jak Vader łapał kontrakt z Earache, ale obecnie nie jest to już chyba wyznacznik sukcesu?

L.: Z „The Cult Of The Dead” jeżeli chodzi o cd sprawa jest zamknięta. Uderzamy niebawem na Zachód, ale w celu żeby to wyszło na winylu. W Polsce tych wytworni nie ma za wiele, w Stanach i reszcie Europy jest tego od groma. Zarówno w Polsce jak i na Zachodzie można zrobić dobrą robotę, ale zachodnie firmy mają trochę szersze możliwości.Także chyba to ma znaczenie, a nadal niestety Polska jest okazem biedy i smutku, tylko w barwniejszym ubranku, bo mamy tysiąc galerii handlowych i z fiatów ludzie wskoczyli do aut z niemieckich komisów samochodowych. Wyznacznikiem sukcesu nie wiem co teraz jest, bo niektóre płyty nie wiem po co są wydawane, ja sam aspiracji bycia popularnym nie mam, także recepty na sukces nie poszukuje.

O.: „The Cult Of The Dead” to równocześnie pierwsze wydawnictwo, które zostało zarejestrowane w Chinook Studio – jak dotąd wszystkie materiały rejestrowaliście w sanockim Manek. Skąd ta zmiana? Osobiście stwierdzam jednak, że wyszła Wam na dobre, bo choć wcześniejsze materiały były dobre brzmieniowo, to tym razem w produkcji czuć mięcho…

L.: Tym razem Chinook. Manek już dawno nie istnieje z tego co mi wiadomo, tak że wiedziałem że to będzie coś nowego. Chinook to bardzo dobre studio z Dębicy, jest bardzo dobry sprzęt i porządny realizator Krzysiek, który się stara jak najlepiej potrafi, choć moje wizje brzmień są inne niż jego to dogadaliśmy się elegancko. Jestem bardzo zadowolony i myślę, że kolejne wyziewy powstawać będą właśnie tam – produkcja jest bardziej mięsista, ale Manek studio też miało to coś i chyba każde studio coś tam ma.

O.: Albo mi się wydaje, albo utwory z najnwoszej epki biją pod względem długości poszczególnych kawałków wcześniejsze dokonania Dira Mortis? Skąd ten (nie bójmy się tego słowa) rozwój? Ze względu na fakt, iż sporo czasu już minęło od ostatniego wydawnictwa, czy po prostu uważąsz, że rozwinąłeś się jako kompozytor?

L.: Numery są dłuższe może troszeczkę od poprzednich, tak jakoś samo wychodzi. Rozwojem jakimś bym tego nie nazwał, zawsze staram się budować numer tak, by nie powtarzały się te same frazy za często i żeby nie był długi, bo w tej muzyce słabo się to sprawdza.

O.: Okładkę stworzył Łukasz Jaszak, persona w polskim środowisku metalowym tyleż znana co przez wielu nielubiana, hehe. Ale chyba świetnie uchwycił cały przekaz Dira Mortis, co?

L.: Łukasz zrobił kawał dobrej roboty, tu wszystko pasuje. W tej grafice gra, z muzyką, z klimatem tej płyty i mam nadzieję, że kolejna okładka będzie też jego autorstwa.

O.: Na najnowszej epce prócz autorskich kompozycji znalazł się też cover Autopsy. Dla mnie bomba, hehe. Dlaczego zdecydowałeś się zamieścić akurat przeróbkę tego zespołu? Materiał zarejestrowano w 209 roku, więc jeszcze przed powrotem tych oblechów do świata żywych, nie można Ci więc zarzucić zagrania pod publiczkę, hehe. Przy okazji, co sądzisz o ich najnowszej epce?

L.: Autopsy to jest zajebisty band, jedyny w rodzaju. Są obrzydliwi, klimat ich numerów kojarzy się mi tylko ze starymi, opuszczonymi szpitalami. „Ridden With Disease” to jest numer, który cuchnie starością – ten numer ma ponad 20 lat chciałem, go nagrać i oddać hołd, bo wkład w death metal mają niemały. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że grają dalej! Epka jest świetna, okładka i wszystko. Zespół, który nie robi lipy i poprostu gra.

O.: Według biografii Dira Mortis swój ostatni koncert zagrało w 2004 roku. Szmat czasu… Czy można mieć nadzieję, że w bliskiej przeszłości coś zmieni się w tym temacie?

L.: Z koncertami to nie wiem jak będzie, bardzo bym chciał. Myślimy nad tym, ale czy coś z tego wyjdzie – nie wiem. Każdy mieszka gdzie indziej i każdy ma 3- 4 zespoły i pracę. Jest już plan, ale nie zapeszam, bo nie wiem czy połapiemy to wszystko. Ale próbować będziemy.

O.: Wspomniałeś kiedyś, że planujesz reedycję starych rzeczy Dira Mortis. Możesz rzucić już jakieś konkrety na ten temat, czy są to dopiero pomysły nie wychodzące poza sferę planów i przemyśleń?

L.: Wyjdą reedycje na pewno, nie wiem jeszcze dokładnie kiedy, ale na pewno się ukażą. „Murder Epidemic” nie miało żadnej promocji prawie i te materiały mają dla mnie znaczenie. Chcę je wydać w lepszej formie i dokonamy tego jak będzie połapane wszystko. Na myspace na pewno będzie news.

O.: A gdy tak patrzysz na tą całą polską scenę death metalową, nie wkurwiasz się, iż tak wiele bezpłciowych zespołów łapie kontrakty, śmiga w trasy i wypuszcza płyty, podczas gdy w ich muzyce nie ma za grosz ducha czy pasji?

L.: Wiesz powiem ci tak – dziwi mnie to trochę, że naprawdę zasłużone zespoły, takie jak np. Trauma, nie osiągnęły tego, na co zasługują. Polska scena jest dobra, jest na niej sporo porządnych zespołów, ale to głębszy underground. Te co są większe, jak Vader, Lost Soul – szacunek, ale o niektórych to może już nic nie będę mówić. Chodzi mi o te gwiazdy, tych najlepszych, dumnych i zarozumiałych. Znam zespoły z piwnic co urywają dupy! Nie oszukujmy się, na tej scenie jest jak na każdej innej – są chłopaki, którzy naprawdę grają i są pajace i mongoły.

O.: Okej, pochodzisz z Gorlic, które – jak obaj wiemy – nie są już metalowym miastem od dobrych kilkunastu lat. Skąd Twoim zdaniem wynika sytuacja, że miasto, w którym drzewiej działało dość sporo dobrych kapel, siedzibę miał całkiem niezły zine i gościło choćby takiego Vader, nagle całkowicie się wypala pod tym względem? Nie sądzisz, że jest to symptomatyczne dla ogólnej kondycji metalu w Polsce? Młodych już nie bawi szatan jeno ziele i szerokie gacie, hehe…

L.: Gorlice kiedyś miały koncerty i ziny, nawet dwa – trzy, ale to co się działo było zasługą z tego co wiem kilku osób. Od dawna tu jest bieda pod względem nie tylko metalowej sceny, ale i reszty całej. Wiesz na pewno o tym sam, a jeżeli chodzi o fanów takiej muzyki to oni są, ale w Gorlicach jakoś nie przyjeło się, mało ich jest niestety. W Polsce są ludzie, którzy jeszcze zbierają cd, winyle, przychodzą na koncerty i to jest wspaniale. Mieszkałem jakiś czas temu ponad rok w Pradze i byłem też w mniejszych miastach Czechm – chciałbym, żeby u nas tak było z podejściem ludzi do muzyki. Marzenie.

O.: Trochę z innej beczki. Niedawno w Rzeszowie zawiązało się stowarzyszenie zespołów metalowych z lokalnej sceny. Głównym założeniem jest samopomoc, ale ponoć również i ubieganie się o środki z kasy miejskiej na organizację koncertów, sale prób itp. Co sądzisz o takich działaniach? Po drodze im z metalowym „attitude”, czy raczej ugrzeczniają scenę?

L.: Wiesz, nie mam zdania. Może mają rację, może warto, ale nie sądzę, żeby wskórali cuda. Ale z drugiej strony jak nie spróbują, to się nie dowiedzą. Życzę im wszystkiego dobrego, samopomoc jak najbardziej, ale liczenie na urząd miasta raczej nie. Ja się dawno nauczyłem, że „umiesz liczyć – licz na siebie”. Czasy takie są teraz, że jeden drugiemu by oko cyrklem wybił za 15 groszy, ludzie się nienawidzą, lubią tylko wtedy jak nie musi jeden drugiemu za dużo pomagać – taka prawda.

O.: Po książce o szwedzkim death metalu można zauważyć dość sporą popularność death metalu starej szkoły. Interesujesz się w ogóle nowymi kapelami z tego nurtu, czy raczej nadal czcisz starych bogów? Oczywiście zawsze możesz coś polecić, mniej znanego a wartego zauważenia…

L.: W starych, zatęchłych nagraniach siedzę cały czas. Nowości też, ale mniej – jak wspomniałem na początku zbieram sobie rekreacyjnie muzykę, ale wszystkiego nie ogarniesz nigdy, jest tego masę na świecie. Ciężko się czasem połapać.

O.: Okej, to jak, kiedy możemy spodziewać się kolejnego uderzenia ze znakiem Dira Mortis? Mam nadzieję, że nie za kolejne kilka lat?

L.: Nie. Tak długo już nie będzie, przynajmniej nie tym razem. Robi się pomału nowa rzecz, dopóki mam motywację, chęci, zdrowie i pomysły, płyty będą się ukazywać. Jak braknie czegoś to pauza. Na dzień dzisiejszy nie myślę tego odstawić, kupiłem ostatnio trochę sprzętu jeszcze i walczę dalej.

O.: Dobra, dzięki za wywiad i powodzenia dla Dira Mortis!

L.: Ja również Kuba dziękuje za fajną rozmowę. Do usłyszenia i zobaczenia, pozdro dla maniaków.