Destroyers: „Metal wyrósł na trochę innych korzeniach, niżeli to co się słucha dziś.”

Paradoksalnie do tego wywiadu pierwsze podejście robiłem jakoś w 2007 albo 2008 r. Wtedy w kuluarach półświatka metalowego zaczęły krążyć plotki o planach reaktywacji Destroyers. Korzystając z tej okazji i dzięki nieocenionej pomocy portalu Nasza Klasa, udało mi się znaleźć w odmętach internetu namiary na cały oryginalny skład ekipy z Bytomia. Pierwsze wrażenia były pozytywne – wszyscy przystali na taki pomysł, dostali pytania i… na tym się skończyło. Scenariusz jakich setki w profesji zinoroba. Teraz, w A.D. 2019, reaktywacja Destroyers stała się faktem i chociaż – jak to w dowcipie – niesmak pozostał, postanowiłem jeszcze raz podjąć się ryzyka. Żeby nie kusić losu, umówiłem się z Wojtkiem Ziębą na rozmowę face to face i przyznać muszę, że nie spodziewałem się, że będę musiał spędzić tyle godzin z mojego cennego życia na przepisanie tego wszystkiego na papier. Wojtek okazał się świetnym i bardzo otwartym rozmówcą, a z formy wywiadu zrobiła się luźna pogadanka. Pogadanka niekoniecznie tylko o Destroyers, ale i o scenowych zażyłościach, kontrowersjach, o trudzie bycia metalowcem w latach 80 czy o tym, że Marek ma kumpla w Iron Maiden…

 

Lykantrop: Najbardziej właściwym pytaniem w kontekście Waszego powrotu będzie chyba DLACZEGO? Zjawisko powrotów pierwszej fali, że tak to nazwę, polskich kapel metalowych ostatnio przybrało na sile – Voo Doo, Hellias, Non Iron, nie wspominając o kolejnych inkarnacjach Kata i telenoweli z tym związanej… Presja konkurencji tak się też dała we znaki? Bo nikt o zdrowych zmysłach nie zarzuci tu raczej nikomu, że robi to dla podreperowania budżetu domowego.

Wojciech: Nie… To znaczy, ja Ci powiem, nie zwracam w ogóle uwagi na sprawy Dragona, Kata i innych. Najbliżsi nam są Dragoni, bo mieszkają tu blisko i grają swoje od jakichś 2 czy 3 lat już. Prosecutor też, taci młodzi chłopcy którzy zaczynali kiedy i my (śmiech). Miałem w ogóle długą przerwę w grze na instrumencie i jedyny człowiek od nas, który cały czas grał to słynny Bolu, czyli basista. On cały czas gra i nigdy na chwilę nie przerwał, bo oprócz bluesa, rocka, metalu, to on jeszcze obskakuje różnego rodzaju uroczystości. Ale nie w postaci jakichś tam wesel, wiesz, scenki kabaretowe, jest muzykiem sesyjnym i do spraw – że tak powiem – płytowo nagraniowych jest zapraszany.

Bolek to jest Bolek, jest dobry, nie ma co ukrywać. Sztuka sama w sobie! (śmiech) Gitarzysta drugi z kolei, który mieszka w Niemczech, on również nie zarzucił gitary i stworzył zespolik, gdzie grywał na wielu instrumentach. Taki człowiek orkiestra, który obsługiwał jakieś niemieckie uroczystości, że tak to nazwę. Wiadomo o co chodzi (śmiech). Ja jedynie odstawiłem instrument. Gdzieś tam raz na ruski rok coś sobie pyknąłem, ale nie przywiązywałem do tego jakiejś większej wagi. Około dwóch lat temu tak na poważniej mnie wzięło, zacząłem tak to wszystko wnikliwiej słuchać i obserwować, wziąłem pałki do ręki i poczułem, że ręce jeszcze nie latają, że jeszcze renta mi nie grozi (śmiech). Warunki lokalowe też mam dobre, bo mieszkam w takiej starej kamienicy i nikomu tu specjalnie nie przeszkadzam, kupiłem perkusję elektroniczną do ćwiczenia i tak w wolnej chwili stukając, patrząc co się dzieje na forach, facebooku… No, i pewno dnia jeszcze odwiedził mnie taki nasz stary kumpel, prowadził fanklub, Dawid Walkowiak ze Śremu. Fajny, zwariowany człowiek i metalowiec pełną gębą. Kojarzysz go?

L.: Ba, wymieniałem z nim kilka razy płyty i widywałem go na nie jednej giełdzie płytowej.

W.: No, jak to mówię, Dawid to jest taki zwariowany metalowiec. I on mnie zeswatał z Pawłem Atrejem, którego jakoś przekabacił, żeby ten nas namawiał na jakiś powrót z okazji 30lecia „Nocy Królowej Żądzy”. Ja się tak głęboko zastanowiłem – ale jaja, cały czas gdzieś marzyłem, żeby na tę scenę jeszcze wrócić, ale – jeśli mam być szczery – nie z Destroyers, bo gdzie i jak. Adam od dawna w Niemczech, gitarzysta nasz pierwszy zmarł (Grzegorz Fredyk – przyp. Red.), Marek jedynie tu blisko, no i Bogdan. A gitarzyści to wiadomo, podstawa! Nie tyle, że ciężko znaleźć, ale z poszukiwań to było tak, że albo ktoś ma kiełbie we łbie, bo jak myśli, że już wystartował z gitarą to mu palma się należy, albo z drugiej strony – jest jeszcze za słaby, żeby zacząć. Bo tu też nie chodzi o jakieś wymiatanie, bo bywali i tacy, co solówki ala Malmsteen wycinali, a jak poprosiło się o odegranie jakiejś Metallici to facet klękał momentalnie.

I tak okazało się, że możemy praktycznie w tym samym składzie zrobić to sami, dać z siebie tylko wszystko, włożyć w to pracę – no byłem zachwycony. W domu wtedy wszyscy na mnie tylko popatrzyli dziwnie, ale ja czułem, że moje marzenia powoli się spełniają. Z Pawłem powoli zaczęliśmy dogadywać szczególy, on chciał jeszcze zaprosić do zestawu Stos i Open Fire. Ale z Open Fire chyba nic nie wyszło z tego co wiem. No i jeszcze te polskie grupy – Monstrum, Młot na Czarownicę, Savager bodajże…

Byłem lekko przerażony, bo kurde, no my to nie ta liga, kupę czasu myśmy nie grali. Tu gwiazda nagrała dziesięc płyt już, no to wiadomo (śmiech). Ale kurde, ludziom się to jednak kiedyś podobało, jest sentyment do tej pierwszej płyty jakiś. Gdyby te kawałki tak nagrać jeszcze raz, na niekomunistycznym sprzęcie – tak to nazwijmy, w odpowiednich warunkach w takich jakie dzisiaj zespoły w studio mają … Do dzisiaj ludzie tego ponoć słuchają, ciężko ją teraz kupić, nawet reedycja się rozeszła momentalnie. No to sądzę, że musi w tym coś być. I ta myśl mnie popchnęła do tego, że jednak warto. Zakupiłem od gościa z Warszawy taki fajny zestaw perkusyjny… no i walczymy cały czas. Ogranych już mamy te siedem czy osiem kawałków… nie jest łatwo. Każdy z nas też coś robi. No Bolek może już nie robi, ale i ja i Marek mamy swoje firmy i musimy zasuwać. Na miejscu tez nie mamy Adama, który korespondencyjnie szlifuje i tu spotkamy się na 10 dni przed koncertem, żeby przegrać z nim to wszystko. Tu akurat się nie boję, bo to bardzo ambitny i profesjonalny facet. No i potem ruszamy. I wszystko, Krzychu, zależy od tego występu. Jeżeli ten występ wypali i się powiedzie… a mamy też propozycję, żeby go nagrać, każdy instrument na osobnej ścieżce plus profesjonalny zapis wideo. Może coś się z tego uda, może to wydamy… Tak jak mówię, to wszystko zależy od tego jak wyjdziemy w marcu. Jeżeli ludzie nas przyjmą i będą chcieli to czemu nie.

L.: Mieliście ze sobą przez te ponad dwadzieścia lat jakiś kontakt ze sobą? Trzymaliście sztamę, co piątek wychodziliście na sznapsa czy raczej było to coś bardziej jak rodzinne spotkanie po latach?

W.: Jako taki mieliśmy. Jak mówiłem, Bolek mieszka tu w Bytomiu, więc jego często widziałem. Marka to tak widziałem, uczciwie CI powiem, może raz na rok. Ja tam miałem tu swoje sprawy motoryzacyjne, a on jakieś spółki, baseny, cuda, pierdoły. Czasem coś zadzwonił, pogadaliśmy, pytał czy coś tam gramy. Z Adamem tylko kontakt na facebooku miałem, bo on jak mówiłem za granicą siedzi. I my tak naprawdę nigdy się nie pokłóciliśmy o nic, nie w takiej formie, żeby się rozstać.

Ja pierwszy wtedy odszedłem, bo się hajtnąłem… a nie, sorry, co ja gadam, Adam pierwszy poszedł! Czego dzisiaj bardzo żałuje, bo ostatnio mi powiedział, że gdyby został, pogralibyśmy uczciwie jeszcze z dwa lata to może byśmy coś więcej zrobili. Grać lepiej zaczęli, wiesz (śmiech). Po moim odejściu chłopaki się tam trochę przyłożyli, nagrali „Niedole Cnoty” i to się wszystko potem zaczęło walić. Waldek dostał propozycję pracy w Niemczech i wyjechał. Jak Waldek wyjechał, to chłopaki coś tam jeszcze próbowali. To są takie niepisane historie Destroyera, które CI oczywiście mogę opowiedzieć, ale nie chcę zanudzać (śmiech). Wzięli takiego gitarzystę, serdecznego naszego przyjaciela do dzisiejszego dnia, Jimmy ma ksywkę. No fenomenalny facet, ale niestety – miał dryg do bluesa, rocka, do hard rocka nawet. Ale nie do thrashu i koników. Miał też problem z wzięciem odpowiedzialności na barki grania jako gitarzysta prowadzący. No wiesz, taki motor napędowy kapeli. Ja w tym już udziału nie brałem, ale Marek na tym spalił się mocno. Owszem, zagrali jeszcze trochę, nagrali „Mysteries of Virtue”, ale to już nie było to.

L.: Wrodzona wścibskość zmusza mnie do zapytania – czym się zajmowaliście w przerwie od grania? Wiem, że Marek i Ty wyemigrowaliście do Niemiec. Internetowe ploty też krążyły, że Marek stał się fast foodową Magdą Gessler i otworzył w Bytomiu pizzerię.

W.: To znaczy… cholera, muszę się dowiedzieć i przypomnieć, on otworzył… U Bociana… U Bocianów… w Tarnowskich Górach. Taki lokal. I tam faktycznie było jakieś jedzonko. On chyba nawet z tym drugim bębniarzem prowadził tę spółkę. Ja tylko na rok pojechałem do Niemiec popracować wtedy, zaczepiłem się tam do pracy przy samochodach. Bo ja to zawsze miałem fioła na punkcie samochodów.

To były lata 90, komuna upadała, zaczęła się sytuacja klarować powoli i trzeba było zacząć pracować w końcu (śmiech). A jestem człowiekiem pracowitym, ale nie mogę mieć nad sobą kierownika (śmiech). I tam pracowałem na zwykłym autozłomie. No, rozbierałem samochody. To była fucha! Wtedy, lata 90, zarabiałem 10 marek na godzinę. I mogłem pracować 5h i do domu. I fajnie się żyło. Ale hajtnąłem się nieszczęśliwie i musiałem wracać do Polski. Otworzyłem tu wtedy warsztat samochodowy i sklep z częściami samochodowymi. Ostatnio zszedłem trochę z napraw i zostałem głównie na handlu. To do dzisiaj robię.

L.: W latach niebytu jakoś biernie partycypowaliście w załączaniu ukłonów metalowej scenie? Czego Wojtek Zięba i reszta składu, jeśli w ich imieniu wypowiadać się możesz, słucha Anno Diaboli 2019? Starocie, klasyka, jakieś nowości?

W.: Na co dzień… jestem wychowany na starej muzyce. Nie przemawia do mnie żaden black czy death. Nie przepadam za Nergalem Darskim. Nie dlatego, że obraża jakieś moje przekonania. Ale kompletnie nie ta muzyka. Do mnie przemawia Pretty Maids, Iron Maiden, no i kapela król – Slayer. Taka kapela już się chyba nigdy nie narodzi. Lombardo jest fenomenalny! No i taki braciszek Slayera – Kreator – tego słucham! No i wzorem niedoścignionym, zespół już nieistniejący, którego kawałki namiętnie tłukłem jak wracałem teraz do grania to jest kanadyjski Rush. To jest fenomen, jak tam ten facet gra na perkusji, jak oni tworzą te trio… no to jest kapela, której mogę słuchać w nocy, w dzień, w aucie, wszędzie!

L.: Jakie są Wasze oczekiwania związane z reaktywacją? Ma być to ten jeden ekskluzywny koncert ii arriwederczi czy też tłumienie w sobie ognia przez te długie lata zmusza Was do tego, żeby nagrać nowy materiał, szarpnąć kasę i z kapelą ruszyć w trasę, jak to poseł Paweł drzewiej nam śpiewał? Te powroty tzw. „starych legend” czasami ocierały się o kabaret, jak choćby Korpus, na których nie zostawiono ostatnio w eterze suchej nitki. Nie macie trochę obaw, że ten metalowy półświatek zmienił się na tyle, że też możecie paść ofiarą szydery? Rzecz jasna, nie zarzucam Wam że popadacie w jakąś dziwną megalomanię jak wyżej wspomniani. Wręcz przeciwnie, dookoła Waszego powrotu nie robicie jakiejś sztucznie napompowanej atmosfery i niezdrowego marketingu.

W.: Znaczy, ja Ci powiem… na samym początku kiedy to wszystko się zaczęło… mamy w składzie takiego pesymistę . A tym pesymistą jest Marek Łoza. On do tego podchodzi sceptycznie. To są jego słowa: „No stary, kurwa, przecież tej pierwszej płyty się nie da słuchać. Jak to tam nierówno!”. Ja mu wtedy na to odpowiadam… W ogóle, ja mam do dzisiaj wszystko co wydaliśmy i nagraliśmy, Marek ani jednej (śmiech). I ja mu wtedy odpowiadam – owszem, zgodzę się, technicznie lipa i nierówno, wedrze się tam jakaś pomyłka, coś się przeciągnie, jakiś fałsz. Ale ogólnie sam pomysł muzyczny, który jest na pierwszej płycie był bardzo dobry, chociaż wiem, że to czysto subiektywne. I wiesz co? Skoro się po dziś dzień podobają niektórym i po ogłoszeniu powrotu przez Pawła, a Paweł zrobił tu naprawdę świetną reklamę, te wszystkie strony w internecie, ulotki, nie ulotki…

L.: No tak, w tej kwestii Atrej to full profeska!

W.: I uwierz mi, ja zauważyłem, że ludzie zaczęli to lajkować, pisać do mnie. I mówię wtedy Markowi – przecież to Paweł pustymi lajkami nas nie częstuje i sam do nas nie pisze z kont znajomych, tylko to robią ludzie którzy albo nas znają ze starych czasów, albo trochę młodsi od nas którzy jednak słuchali tej płyty. Marek, no cholera, komuś to się jednak podoba! Co najlepsze – Pawłowi bardziej się podoba ta druga płyta (śmiech). Zaczął nas słuchać od tej drugiej płyty. Ja mu wtedy mówię: „No Paweł, bardzo Cię lubię, dobry z Ciebie kolega, ale sorry, ja tej płyty nie cierpię” (śmiech). Nie lubię jej, nie jest już taka jak pierwsza, tam jest już zupełnie inny styl grania.

L.: Trochę tam zabrakło już tego szaleństwa z debiutu…

W.: O właśnie, właśnie! Świetnie powiedziane. Na debiucie każdy utwór był inny, melodyjny, każdy był jakimś tam hitem i coś w sobie miał. I po jakimś czasie Paweł do mnie dzwoni i zwierza się, że od tygodnia słucha w aucie tylko „Nocy…” i mus mi przyznać rację, że ona jest kapitalna (śmiech). Co mu mogłem odpowiedzieć, no.. A nie mówiłem! (śmiech). Zapytał wtedy nawet czy nie myślałem o zrobieniu kolejnej reedycji, na okazję Helliconu. Ale poczekajmy z tym, zagramy w marcu, zobaczymy jak to wyjdzie i czy zażre to w ogóle wszystko. Wiesz, „Niedole Cnoty” możesz nadal dostać wszędzie za grosze. Za 21 zł widziałem to wczoraj na allegro, jeszcze mniej chyba na ebayu. A jedynki, kurde, nigdzie nie ma. Ani CD, ani LP. Atrej pogrzebał więcej, chyba się tam z kimś w Katowicach skontaktował – no nie ma, nakład wyprzedany na pniu. Używkę można gdzieś tam trafić, ale o nowej możesz zapomnieć. No coś w tym jest! Nie pozostało nic więcej, tylko docharatać te kawałki do perfekcji, przywalić na tym Helliconie i zobaczyć co ludzie po latach powiedzą.

L.: Wiem, że wywiad ten ma miejsce przed faktem dokonanym, a ukaże się pewnie już po fakcie, ale zapytam – jaką setlistę przygotowujecie na reaktywacyjny gig? Z racji, że solenizantowi wybija 30 lat na liczniku zagracie tylko kawałki z debiutu czy jest też w planach jakiś repertuar z „The Mysteries of Virtue” i przeddebiutanckich hitów?

W.: Nie, nie, gramy tylko i wyłącznie numery z pierwszej płyty. Żadnych numerów z dwójki. „Noc królowej żądzy” i wszystkie te szlagiery.

L.: Pamiętam, że circa about 10 lat temu, a może więcej, na forum avemetal.com bodajże odgrażałeś się, że Destroyers wraca i głód grania jest spory. Dlaczego wtedy nie wyszło?

W.: Już Ci mówię. Ja to jestem taki człowiek, że jak się już na coś napalę, do czegoś dążę to staram się to dopiąć do końca. Jak już padła propozycja od Pawła to chwyciłem za telefon i zacząłem działać. Do Bolka dryndnąłem jako pierwszego. Bolek na to „Słuchoj, jasne chopie, gromy bezdyskuyjnie!” (śmiech). Z Markiem była cięższa sytuacja. I z perkusistą Waldkiem, bo okazało się że ma jakieś problemy ze słuchem. Szumy w uszach czy coś, przykra sprawa. On m.in. grał na tej drugiej płycie. Markowi nie było to w sos, bo bardzo chciał, żeby on coś tam zagrał. Mówię mu wtedy – Marek, cholera, gramy tylko kawałki z pierwszej płyty, po co tu się użerać, w końcu ja tam wtedy grałem, po co robić jakieś scysje? Plan jeszcze był taki, że ja gram cały repertuar z pierwszej płyty, a Waldek wchodzi na koniec na jeden kawałek. No kuźwa, ludzie, nie może tak być. Co to, tramwaj, że jeden wchodzi, a drugi wychodzi?

L.: Jak w teatrze!

W.: (śmiech) No, no! Paweł to samo mówił. Musi być tak, jak ustaliliśmy i koniec. Było więcej szmerów, bo wiadomo, po latach nie każdy nawet dysponował profesjonalnym sprzętem. Masz gitarę? Nie masz, no dobra, ciach, jedziemy i kupujemy. Pozałatwiałem wzmacniacze, nowe bębny… No musimy działać! Ja już, jak wspomniałeś, chciałem zrobić to wcześniej. Zacząłem pisać, wspominać, nagabywać… Wiesz czego nam wtedy zabrakło? Zabrakło wtedy właśnie takiego człowieka jak Paweł Atrej. Który by zadzwonił i powiedział: „Słuchajcie, za 5 miesięcy musicie zagrać.”. I my teraz wiemy, że podpisaliśmy pakt z Diabłem i musimy go wypełnić, inaczej idziemy do piekła (śmiech). Musimy to zrobić i nie ma odwrotu. Każdy z nas poczuł bat nad sobą.

A wcześniej to było tak… Adam – „oo, no wiesz, ja mam teraz robotę, ja nie wiem czy przyjadę, a może będziemy, a może nie będziemy…”. Bolek – jak to Bolek, u niego nigdy z niczym nie ma problemu. No to gramy, spotykamy się, tylko skąd teraz weźmiemy gitarzystę? I teraz się zaczęło. Ten w Niemczech, tamten w Niemczech, Grzesiu, niestety, biedne chłopisko zmarł. Dostał zawału. Ten z pierwszego składu. Potem mieliśmy jeszcze jednego, on pięknie gra, no ale – koników Ci nie zagra. Był jeszcze kolejny, tu z Bytomia, idę do niego do domu – no chłop przez pół godziny mi tak wymiata, Krzychu, że głowa boli! Ale finalnie on nie zagra. A dlaczego? A bo on jest taki gitarzysta, że on tylko w domu siedzi i gra. A gra tak, że szok! Ręce, palce chodzą, jakieś pochody, jak Steve Vai normalnie (śmiech). Nic to, szukamy dalej. Było jeszcze dwóch bracików z Rokitnicy. Ci to samo – jak przyszło co do czego, bo oni by chcieli jeszcze poćwiczyć lepiej zanim na scenę wyjdą. Ręce opadają, taka robota. Ja to podtrzymywałem jeszcze trochę na duchu, ale jednak to wszystko wtedy umarło. Łudziłem się, że coś może, jeszcze, kiedyś… wróciłem do słuchania czasami tej pierwszej płyty w domu, wchodzić na te bembenki, ale zapał opadł po czasie. W domu też komentarze były: „No ej, gwiazdor, gdzie Ty się tam pchasz na tę scenę, cho do nas!” (śmiech). A ja im cały czas mówiłem! Zobaczycie, że jeszcze coś wyjdzie. Ja Wam to mówię. Moim marzeniem jest jeszcze raz choćby wejść na scenę i coś porządnego zagrać. A marzenia nikt mi nie odbierze.

L.: Tutaj muszę się pożalić. Właśnie wtedy, przy okazji Twojego statementu o planowanym powrocie, szarpnąłem się i zrobiłem pierwsze podejście do wywiadu z Wami. Z pomocą przyszła mi tu Nasza – Klasa, gdzie odnalazłem wszystkich ze starego składu, łącznie z Adamem Słomkowskim, który zdaje się teraz bawi szwabską geriatrię grając marszowe i rzewne heimatmelodie na zachód od Odry. Nikt z Was mi nie odpowiedział po wyrażeniu zgody i przesłaniu pytań. Jakaś kosa wyszła w trakcie reaktywacji, że tak olaliście marketing reaktywacyjny?

W.: Zgadza się. Było coś takiego. Sorry. Ale w jakiejś gazetce… parę lat temu ukazał się wywiad z Adamem. Ja ją do dzisiaj gdzieś mam. Czekaj, zaraz znajdę. To nie od Ciebie?

L.: To chyba był zine tej osobliwości Piecyka? Możliwe, ale to nie ja, ja próbowałem skontaktować się nieco wcześniej… 2007 albo 2008 rok… Fakt faktem, Adamowi też wysłałem, ale Adam coś narzekał, że on tam tylko chwilę pograł, dawno temu, niewiele pamięta, nie czuje się już uprawniony do mówienia w imieniu zespołu, nie ma z nikim kontaktu…

W.: Mam, mam! Nawet dwa egzemplarze, patrz. Kserowane. My stoimy na pierwszej stronie. Cholera, aż ciężko to rozczytać (śmiech). Weź to teraz przeczytaj… AGGRESIVE… noż jasna cholera, co za black metalowe pismo, jak ja to mówię! (śmiech). AGGRESIVE PERFECTOR, o! Numer czwarty. Masa tu jest różnych fajnych ciekawostek o tych starych kapelach. Kupa niewidocznych zdjęć. O, Prosecutor też nasz jest. Jak coś mam dwie sztuki, więc służę.

L.: Też gdzieś tego egzemplarz mam, teraz kojarzę po okładce.

W.: Mi już jakoś od liceum się marzyło, żeby grać. Od dziecka, nawet. Uczyłem się gry na instrumencie. Byłem głupi, bo nie posłuchałem rodziców i nie poszedłem do szkoły muzycznej czy na jakieś ognisko i bym coś w życiu zrobił. I przyznam się szczerze, mi to tam uczyć się nie za bardzo chciało. Choć żałuję. (tu chwila przerwy, Wojtek dostaje wiadomość od Pawła z linkiem do nowego wywiadu z Bytomem – garowym Dragon)

L.: Świeża sprawa. Telenowela z Irkiem i Romanem.

W.: No, trudno. Moim zdaniem to jest cały Irek i jego robota. To jest taki troszeczkę buraczek. Ja go z tej strony trochę znam.

L.: Raz w życiu z nim miałem do czynienia i też mi się wydał takim trochę nadętym bufonem.

W.: Taa, teraz to już całkowicie popłynął. Szczególnie kiedy zaczął być menago od Dragona. Nie da się już nawet z nim porozmawiać. Gwiazda taka, że szok. Idę o zakład, że on tam swoje paluchy maczał, żeby to wszystko rozpieprzyć. I Kata i Dragona. Bo wiesz, że on już w Kacie nie gra?

L.: Panie, tym żyje cała Polska teraz. Aż się dziwię, że w TVP jeszcze z tego nie zrobili tematu dnia!

W.: (śmiech). No, telenowela, jak mówisz. Ale wracając. Mi się marzyło grać. I założyłem pierwszą kapelę, która… kurde, już nawet nie pamiętam jak się nazywała. Smiśzna nazwa. Nawet nie był to metal żaden, tylko taki blues/ rock.

L.: W którym to było roku?

W.: Już Ci powiem. Około 80ego rocznika. To był taki typowy blues jam session. Grałem tam ze trzy cztery rytmy typowo bluesowe, no wiesz, tum tum (Tu Wojtek zaczyna imitować sekcję rytmiczną). Ale gitarzysta był taki, niezapomniany do dzisiaj Jurek Wróblewski. To był facet, który czego się w życiu nie chwycił to… no już za pół roku potrafił wykonywać daną rzecz, tak jakby robił to perfekcjonista. Za co się nie wziął. Granie, malowanie… stary! On tak malował, że mi się wydawało, że on jest po jakiejś akademii sztuki. I on do wszystkiego dochodził sam – jak chwycił za gitarę to nie zaczynał od nut, metrum… wiesz, on wszystko gdzieś podpatrywał i sam naśladował. Taki talent, że on sam, bez żadnych nauczycieli i ze słuchu uczył się kawałków. I mieliśmy parę hitów, „Ballada o nieznajomej” czy, tu się uśmiejesz z tytułu, „Spalony tramwaj”.

L.: To jakaś prowokacja natury politycznej była? Wzywaliście do podpalania mienia państwowego?

W.: (śmiech) Nie, nie. I to było wszystko instrumentalne. Typowy blues. Był też wtedy na gitarze Rafał Paciorek, który cały czas leciał z solówkami. To już były czasy licealne, myśmy raz pograli tu, potem tam, a kiedy obowiązek szkolny się kończył to trzeba było zaczynać myśleć co dalej. Napatoczył się nagle, ni stąd ni zowąd, Marek. Słyszał, że już kiedyś coś grałem i wyszedł z propozycją, żebyśmy razem coś tam zrobili. Wtedy to był taki niewinny chłopczyk z odrastającymi włosami, on bass to tam może od roku wtedy trzymał. A jego ulubieńcem był Harris. A tak a propos, nie wiem czy wiesz, ale sam Steve Harris jego kumplem po latach się stał.

L.: Steve Harris z Iron Maiden?!

W.: Oni razem biznesowo kiedyś spędzali trochę czasu. W latach 90 i później ilekroć przyjeżdżali to, kopara mi opadała, Marek był zapraszany na koncert, do hotelu, na kolację, popijał z nimi jakieś dobre whisky. Nawet jak ostatnio był w Stanach to mi pokazywał zdjęcie z jakiegoś rautu z garowym Maiden. Kurde, jak on się nazywa…ten z tym nochalem?

L.: Pewnie Nicko McBrian.

W.: No, właśnie, to z tym. Ale wracając. Marek znał jeszcze jakiegoś gitarzystę wtedy, który tu mieszkał dwie ulice dalej ode mnie. Bębnów wtedy nawet nie miałem, bo gdzie tam wtedy. Fred miał wtedy chyba jako jedyny dobrą gitarę, taką robioną, lutniczą, o. I wtedy w ogóle do Polski docierać zaczął taki zespół, który zrobił na nas wszystkich ogromne wrażenie, to Mercyful Fate. I ten cudowny, niezapomniany falset Diamonda! Wziąłem ze 3, 4 plastikowe kubełki, no wiesz, takie jak na śmieci. I to była moja perkusja. Tak się właśnie zaczął Destroyers. Próby mieliśmy wtedy w domu u Freda, te kubły ustawiałem na stołach, nie było żadnych blach, stopy, ani nic. I wtedy właśnie powstał pierwszy kawałek, który potem na koncertach stał się naszym takim flagowym przebojem, słynny „Krzyż i Miecz”.

Pojawił on się też na jedynce, zresztą. I kiedy mieliśmy już te trzy, cztery kawałki, to Marek mówi „Ty, słuchaj, ja byłem w wydziale Kultury i Sztuki, tam taka fajna laska jest młoda i ja ją namówiłem, żebyśmy zagrali na przeglądzie młodych zespołów”. Wtedy to było coś, nie krył nikt stresu, ale czemu nie podjąć ryzyka! Kto tam wtedy w ogóle grał? Grał tam już m.in. wtedy bardzo znany w Tarnowskich Górach zespół, który nazywał się Misterium, gdzie na basie właśnie grał słynny nasz Bolek. Chłopcy ubrani w jeansy, wielkie okulary, taki hardrock, ni to Black Sabbath, ni to Led Zeppelin, ni to Deep Purple, taki styl muzyki. I bardzo fajnie grali, najbardziej profesjonalnie ze wszystkich tam. My wyszliśmy, totalnie zieloni, stres, trema, wiesz, grać za bardzo nawet nie umiemy. Polecieliśmy z „Krzyż i Miecz”. Aha! Zapomniałem. Grał z nami wtedy jeszcze Jacek Kwiatkowski. Notabene brat tego Kwiatkowskiego, który gra teraz w Cree Sebastiana Riedla. Znasz?

L.: Zbyt duża ekstrema jak dla mnie…

W.: A polecam, to taki zespół, który w dużej mierze kopiuje dokonania ojca. Jego brat u mnie pierwsze lekcje gry na bębnach w ogóle brał, a teraz patrz na jakiego bębniarza wyrósł. Jacek miał, niestety jedną taką tendencję, że chociaż bardzo dobrze grał, to jednak miał słabe poczucie rytmu. Nie umiał się doliczyć, jeden motyw graliśmy 4 razy, ten grał 5 i uparcie twierdził, że zagrał cztery (śmiech). Ale solówki grał pięknie! Nie rozstaliśmy się z nim w sensie, że jakaś kłótnia była, sam uczciwie stwierdził, że nie wyrobi. Równy gość, na długo później mieliśmy jeszcze kontakt i spotykaliśmy się. Było mu wtedy pewnie przykro, ale pewnych rzeczy nie przeskoczysz. Jak nie czujesz rytmiki w tańcu, to za cholerę nigdy się baleriną nie staniesz, no nie ma szans. Nie masz tego, brakuje Ci tego po prostu.

I myśmy zagrali wtedy na tym przeglądzie, o którym wspomniałem. Na tej imprezie w jury zasiadał z takich wyżej postawionych, słynny Pan z białym szalikiem – Zygmunt Krzakiewicz (przy. Red. – nie jestem pewien czy dobrze usłyszałem nazwisko). Słynny prezenter z radia, trójki. On prowadził wtedy chyba Muzyczną Pocztę UKF, taki program. Nie wiem jak to się wtedy stało, ale myśmy wygrali ten przegląd. Ja pierdzielę! Albo ludzie słuchu nie mają, albo o dziwo nam wyszło (śmiech). Nie było wtedy żadnych zespołów metalowych w Bytomiu. Jedynie hardrockowe Misterium. A myśmy wyskoczyli z normalnym metalem, nie był to jeszcze thrash, bo tego jeszcze wtedy nie było. A zagraliśmy wtedy, jak już wspomniałem, „Krzyż i Miecz” i „Bastiony Śmierci” taki lekko wzorowany na Mercyfulach. Po przeglądzie zaprosili nas na Przegląd o Złotą Łapkę Górniczą w Dąbrowie Górnicznej.

L.: Fajna nazwa!

W.: No (śmiech), typowa komuna. Dobrze, że nie o złoty kilof! (śmiech). I tam się już pojawiły bardzo fajne kapele. Na pewno Ci znany Szwadron S.

L.: Kojarzę. Oni chyba nigdy nic oficjalnie nie wydali, tylko parę lat temu próbowali wrócić?

W.: Nie, nie wydali. Złotą Łapkę w każdym razie zwyciężył… ale tam były wtedy układy, to Ci od razu mówię, zespół Superbox. Oni mieli tylko jeden hit, który możesz nawet teraz znaleźć na youtube, „Biała Dama niesie śmierć”.

L.: To straszna pościelówa była!

W.: (śmiech) No. Oni w każdym razie zajęli pierwsze, my drugie, a trzecie miał Szwadron S. Po tych Złotych Łapkach, ni z gruszki ni z pietruszki, spadł nam Dziubiński. My mieliśmy tu już wtedy próby w takim dosyć popularnym DKu w Bytomiu, bo takie jeszcze wtedy były czasy, że można było tu za darmo grać próby. Ćwiczyła tam też m.in. Dama Pik czy pierwszy skład KATa. Jeszcze z Jagusiem na basie, to był super facet! Irek na bębnach i Szpila, czyli Piotruś. Dziuba zadzwonił i przyjechał na próbę. Mieliśmy już wtedy zrobionych z 6 – 7 numerów i on tego posłuchał. Pamiętam do dziś, jak my gramy, a on chodzi po scenie, kiwał się w takt muzyki…

L.: Dziuba tancerz?!

W.: No tak, Tomek Dziubiński, szefo Metal Mind. Po tej próbie, 3 dni później dostaliśmy powiadomienie, że on jest nami zainteresowany i chce podpisać z nami umowę na na występy, na koncerty, nagrania, wszystko. Tylko musimy się ostro do roboty zabrać, żeby to wszystko miało ręce i nogi. Wtedy nikt tego nie analizował, ale wtedy każdy wiedział, że mając umowę u Dziuby to grasz co najwyżej za frytki i piwo. Luksusem był już kotlet schabowy (śmiech). To był cały Dziuba. W końcu to on ma zarabiać pieniądze, a nie my. I jeżeli wszystko gładko pójdzie to my byśmy na wiosnę płytę nagrywali. Kurde, no szok. I tak to się wszystko zaczęło – występy typu Jarociny, występy na małych i dużych scenach. Znaczy najpierw na małych, bo wiadomo – zawsze trzeba przez małą przejść, potem byliśmy na dużych scenach. Potem był Poznań, ze cztery koncerty w Czechach, w Polsce, w Kutnie… Mam nagrany na VHS jeden i jedyny koncert w Gdańsku, który zagraliśmy.

L.: Przypadkiem jego fragmenty nie zostały w strzępach wrzucone na youtube kilka lat temu?

W.: Tak, ale tam jest tylko występ. Samo nasze granie. Ale tam jest jeszcze świetny materiał, który został wycięty. Zza kulis. Nasz przyjazd, itp. No dosłownie jakbyś oglądał DVD AC/DC, kurde (śmiech). Znaczy, w sensie, te wszystkie pierdoły jak to scenę budują, jak to wszyscy chodzą, rozmawiają. Przyjeżdża zespół CITRON, TURBO, KAT, WILCZY PAJĄK, STOS. Potem poszczególne próby… Ja to wszystko mam nagrane. Uwierz mi, to jest relikt! Bo tego nie ma nikt (śmiech).

L.: Nie myślałeś, żeby to opublikować?

W.: Czemu nie! To jest masakra. To jest tak piękne, cała młodość… Podejrzewam, że Romek czy Wojtek Hoffman nawet nie wiedzą o istnieniu tego. A wszystko dzięki naszemu kumplowi, który pojechał wtedy z nami i był w posiadaniu kamery, bo my mogliśmy o takim sprzęcie wtedy co najwyżej pomarzyć. Jakiś czas temu przegrałem to i, póki co, ludzie tylko jak Ty czy Paweł to mieli do tego dostęp, ale jak ktoś chce to proszę bardzo, przegram.  I tak myśmy popłłynęli z tym Dziubą. Płytę nagrywaliśmy u Andrzeja Puczyńskiego w studio w Izabellinie w Warszawie. A, jedna ważna sprawa, bo zapomniałem! Te pierwsze nagrania, które są dodane na tej kompaktowej reedycji. Tam jest taki utwór „Potępieniec”, taka wolna ballada.

L.: Jest, jest… Taka wybitnie w stylu Maidenów.

W.: Tak, i przed tym nagrany również jest „Czarne Okręty”, ale w wersji z szumem morza. To, to są pierwsze nagrania, które były robione w studiu w Katowicach przy udziale naszych przyjaciół, niestety obydwu już nieżyjących – Mirka Breguły i Borasa z Universe. Byli to ludzie, którzy pomogli nam to zrealizować, chociaż byli z zupełnie innych klimatów. Pamiętam jak wtedy facet przynosi radio typu…

L.: Jamnik!

W.: (śmiech) Gdzie, co Ty, jaki Jamnik, byś się zdziwił! Typu menuet. To jest lampowe radio z dwoma gałkami, produkowane w latach 50 w Polsce. Stare radio, które do dzisiaj może jakieś babcine niedobitki mają. W środku miały klawisze, normalne klawisze – takie duże, białe. Zrobiłem wtedy wielkie oczy i po co to tu w ogóle? Mirek na to „będziemy miksować!”. Na radiu? „Tak, na radiu, powyciągamy dzięki niemu pewne rzeczy i zobaczycie”. Byliśmy lekko skonsternowani, ale Mirek tak to wytłumaczył – „Jeśli ktoś mając radio będzie słuchał tego na nim i to będzie ładnie brzmiało, to tym bardziej pójdzie to na Altusach czy Technicach”. Prosta prawda, a skubany miał siłę przebicia.

L.: Słuchając pierwszych kawałków, takich jak „Potępieniec” czy „Czarne Okręty” ma się wrażenie, że u początków działalności bardziej chcieliście grać w deseń Saxon, Mercyful Fate czy Iron Maiden. Kiedy nastąpił przełom i co spowodowało, że chcieliście jednak ostrzej, mocniej i bardziej bluźnierczo?

W.: Wiesz, pierwsze zetknięcie z kapelami z zachodu to był jakiś Helloween, Overkill z którymi potem zagraliśmy nawet na Metlmanii. Ale miałem wtedy takiego kumpla, Laczy miał ksywę i on nas próbował wtedy zarazić – jak to mówiono największym „nieudactwem metalu” – VENOM. Tak wtedy ich określano, serio. Jak pierwszy raz się z tym zetknąłem to, cholera, to było faktycznie nieudactwo (śmiech). Wydawało się, że ci ludzie grać nie umieją! Grali dwa chwyty, jedno bicie na bębnach, ale na zachodzie robili już taką furorę, że się w pale nie mieści. Widziałem na MTV, że na ich koncerty ludzie się pchali drzwiami, rękami, głowami i nogami. Obłęd, co to było. Na początku się śmiałem, potem zacząłem tego słuchać i mówię – coś w tym jest! Do tego pierwsza Metallica, te bębny naraz… To wszystko zaczęło mieć dla nas sens! A potem pojawił się oczywiście mój ukochany Slayer.

L.: Nie stała za tym trochę chęć zagrania na nosie Katowi? Wiesz, oni wydają „666”, a Wy chcąc pokazać, że można plugawiej i bardziej bluźnierczo wychodzicie na światło księżyca z „Nocą Królowej Żądzy”, gdzie teksty wydawały się jeszcze dosadniej uderzać w jedyną słuszną wiarę i obyczajowość?

W.: Powiem Ci – Nie. Myśmy nigdy nie chcieli iść w ich mańkę. Oczywiście, koncertowaliśmy razem, ale nigdy nie było chęci grania im na nosie, bycia lepszymi, cokolwiek. Nigdy w życiu. Za tą brutalizacją to ja najbardziej byłem, bo wiesz – sam widzisz, jak ja się rozpędzę to nic mnie nie może zatrzymać i powoli to powolne granie zaczęło mnie nudzić (śmiech). Pierwszym takim kawałkiem ostrzejszym, był właśnie „Noc Królowej Żądzy”. Kawałek, który jest mocno w stylu VENOM, bo tam masz raptem 2 riffy. Chciałem, żeby połączyć proste bicie Venom z prędkością Slayera. I tak się zaczęło.

Ale nigdy nie było sytuacji, żeby zazdrościć czegokolwiek KATowi. Nawet przez pewien czas byliśmy zżyci z nimi, szczególnie z ich pierwszym basistą – Tomaszem Jagusiem, który nawet często do nas na próby przyjeżdżał. Nagrał z nimi tylko „666” i wyjechał później do Stanów, a wedrówkę skończył w Kanadzie. I to był facet, który przychodził, mówił „chłopaki, ja wiem co wy chcecie, jak to czujecie”, pomagał nam, pokazywał wiele nowych rozwiązań, jak możecie to zagrać… A przy okazji był cholernie skromny, uważał się za niedzielnego basistę. Nie miał w sobie nic z buca. Z Romkiem i Piotrkiem też nigdy nie było spięć. Z Piotrkiem nie raz siedziałem godzinami, też był bardzo pomocny, wiele rzeczy wytlumaczył, bo co by nie mówić byli oni technicznie lepsi. Nie wiem jak teraz, bo ludzie na starość robią się różni. Z Irkiem nigdy nie miałem języka. Zawsze trzymał dystans, taki trochę gwiazdor.

L.: W 1989 r. (przynajmniej wg kronik) nagraliście album, który nigdy się nie ukazał – „Niedole Cnoty”. To była ta sama sesja nagraniowa, co „Noc Królowej Żądzy” czy coś zupełnie innego? Jeśli to drugie – dużo kawałków poszło do szuflady i czy zachowały się materiały źródłowe pozwalające na odrestaurowanie? Jest rok 1989. Jako debiutanci podpisujecie kontrakt z holenderską ProvokeMusic. W czasach powszechnej biedy związanej z zawieruchą dziejową, musiało to być niezłą nobilitacją dla kapeli zza żelaznej kurtyny. Miała też za tym iść trasa po RFN i krajach Beneluksu. Co takiego się wydarzyło, że nie wykorzystaliście tej szansy i ta trasa nigdy się nie odbyła?

W.: Nie ma na to odpowiedzi. Po prostu. Wydaliśmy wtedy tą płytę i dostaliśmy za nią… czekaj, mogę Ci to powiedzieć, tylko sobie przypomnę. Po 300 Marek.

L.: Na łeb?

W.: Tak, na łeb. Pieniądze trochę śmieszne. Owszem, samo nagranie, siedzenie w studiu, hotel, jedzenie – to Dziuba pokrywał. Pamiętam, że to tak na dziko było – Dziuba wpadł do chorzowskiej Leśniczówki, gdzie mieliśmy jakieś jam session, pokazał umowę, a raczej świstnął nią przed oczami, wypłacił po 300 marek i cześć. Ta trasa po krajach Beneluksu wygasła. Mieliśmy wtedy jechać my, Turbo, Kat i cała stajnia Dziubińskiego. Do dzisiaj niewiadomo dlaczego do tego nie doszło. Ale nikt nie analizował, wiesz – byliśmy młodzi, cieszyliśmy się z wydanej płyty, co dla nas było szokiem, bo ludzie grają po tyle lat i guzik z tego mają. I w sumie myśmy się skupili bardziej na Polsce. Chyba tylko w Czechach najdalej zagraliśmy kilkanaście koncertów.

L.: Nie wiem też na ile prawdziwa jest wersja, ale ponoć kontrakt z Provoke opiewał na 5 albumów. Jak wiadomo, tyle po dziś dzień destroyers na koncie nie ma. Były jakieś zgrzyty z tego tytułu, zaniemógł tu bardziej wydawca czy też… bierzecie winę zaniedbania na siebie?

W.: Słuchaj, myśmy nigdy nie byli informowani przez Dziubę, nawet nie mieliśmy kopii umowy. Niestety, był on potęgą w tych czasach. Znałem trochę świetnych kapel podziemnych z tamtych czasów, ale nie zdobyły uznania Dziuby i przepadły. Koniec. Jesteś z jego stajni – grasz, nie jesteś – nie przebijesz się. Tak to wtedy widziano. Miał monopol. Mogłeś być wirtuozem, ale jak nie chciałeś z Dziubą gadać – nie istniałeś. Doszło przecież nawet do wielkiej scysji Kata z Dziubińskim, gdzie się nawet sprawy o sądy ocierały. Ale i to umierało śmiercią naturalną.

L.: Roman zdążył pokrzyczeć na koncertach, że „Dziuba chuj!” przecież.

W.: Taaak, tak było straszne (śmiech). Z tego, co ja wiem i zdążyłem się dowiedzieć to za pierwszą naszą płytę Dziuba dostał z Pavement 10 000 marek. Do ręki. Myśmy dostali po 300 Marek. Ściemniał potem, że te rozmowy wymagały przelotów do krajów Beneluksu, on z tej kasy musiał te podróże pokryć, samoloty, sranie w banie. Wiadomo, że to był kit. Dziuba na punkcie pieniędzy to był po prostu stuknięty człowiek. Coś tam wtedy wspominał, że będzie więcej płyt nagranych, ale ile i kiedy to nie. Skąd ta plota o kontrakcie na 5 płyt to nie wiem.

My też głupi byliśmy, bo wtedy wielka radocha, każdy dostał po 300 marek i starczy na wyjazd nad morze (śmiech). Z ZAIKSu też 2 razy dostaliśmy jakieś grosze. Za puszczanie tej płyty w radiu, w Muzyce Młodych i tak dalej.  I ja wtedy powoli zacząłem mieć tego dość, życiem trzeba się było zająć. Chłopaki zaczęli się brać do nagrywania „Niedoli Cnoty”, ale cały czas byliśmy w kontakcie, bo jak wspomniałem – nie rozstawaliśmy się w kłótni. I teraz wielki numer – oni nie byli z tą płytą już nawet zgłoszeni do ZAIKSu. Kompletnie. Gdyby teraz znalazł się jakiś człowieczek, który by wziął sobie te utwory, zagrałby je i opatentował to chłopaki mieliby pewnie niemały problem, żeby się dochapać do swojego. Dziuba też ciął wtedy już koszty, bo nagrywali tę płytę w Poznaniu w tym samym czasie i razem z TURBO. Wchodzili do studia i się mijali między sobą. Za tę płytę Marek, ani żaden z chłopaków nie dostali złamanego grosza do dzisiejszego dnia.

L.: A te reedycje, które wyszły kilka lat temu na digipackach. To było jakoś autoryzowane, kontaktowali się z Wami, poczęstowali Was chociaż symboliczną kopią?

W.: Nie. Metal Mind tylko powiadomił Marka o tym, ale żadnych grantów z tego nie było. Marek sprzedał ten news Adamowi, a ten się trochę wkurzył na to, bo stwierdził, że honorowo powinniśmy chociaż po płycie dostać, pies trącał kasę. Pojechał nawet do siedziby Metal Mind w Katowicach i udało mu się – jedną płytę dostał, ale za dwie kolejne już musiał normalnie zapłacić (śmiech). Tak to wyglądało. Ja swoją kopię kupiłem w Media Markt (śmiech).

L.: Pech spotkał chyba wszystkie kapele ze stajni MMP wtedy, poza KATem, Turbo i Acid Drinkers. Nieuczciwe praktyki były tam chyba na porządku dziennym. Z którymi krajowymi kapelami wtedy Wam się dobrze piło, dogadywało, a którzy jawili się jako nadęte bufony?

W.: Bardzo fajnym zespołem, może nie w sensie imprezowania, ale rozmowy to TURBO. Kupczyk był bardzo fajnym człowiekiem, Wojtka też miło wspominam, nie raz jechaliśmy razem z nimi w trasę i gadaliśmy jakie to Madonna fajne płyty wydaje (śmiech). Autentycznie. Wtedy się przekonałem, że nie tylko ja słucham bardziej wszechstronnie muzyki, Rushu, Madonny czy bardziej tanecznej. Z KATami to tylko, jak Ci mówiłem, głównie Jaguś i Szpilka. Piotrek znaczy, myśmy tak wtedy tylko na niego mówili, teraz już nawet jego nazwiska nie pamiętam (śmiech).

A Szpilka dlatego, że wiesz jak on wygląda. Bo nóżki miał jak szpilka. W nogawkę moich spodni to bym z trzech Piotrków wtedy weszło (śmiech). Ostatnio smutne wieści, że wypadek miał chłopak. Mam nadzieję, że już z nim wszystko ok. STOS też fajna kapela, zero zgrzytów, wszystko ok.  Jedna fajna historia mi się przypomniała, to się Tobie pewnie przyda. Na Jarocinie jak graliśmy, fajny był wtedy zespół Hammer. Tylko ich wokalista coś z głową miał nie tak. W lesie mieszkał, a ostatnio w Młodych Talentach w TV się znalazł. (tu żeńska część domowników u Wojtka się odzywa z podpowiedzią, że to jednak Mam talent był). A tak, sorry, Mam talent to był! Tam gdzie jest moja ulubienica Chylińska. Patrzę, oglądam i niedowierzam, że on tam występuje. Założył jakiś zespół ni to rock, ni to metal i śpiewał z gitarą.

L.: Ale co z nim? Kojarzę Hammer z dwóch płyt, idiotycznych kawałków w deseń „On ma granat”…Stosunki z HAMMER były nie takie?

W.: Znaczy jako ludzie, ogólnie, to daliśmy radę pogadać, ale Keller – jako człowiek – lubił się wybijać ponad wszystkich. Ale nie było tak, żebyśmy przyjeżdżali i słyszeli „Ty patrz, znowu kuźwa te pajace”. Ani jednej takiej sytuacji. W tej chwili fajnie się dogaduje z Dragonami, najbardziej z Bombą, bo jak to on – zawsze cichy, spokojny, bardzo fajny człowiek. Jarek też równy gość, dlatego nie może do mnie dotrzeć to, że oni tak zżyci, tyle lat ze sobą i nagle ta cała afera. Albo Jarkowi coś musiało odbić, bo Jarek to była zawsze najbardziej dostępna osoba z Dragona, zawsze uśmiechnięty, przyjacielski, do hulanki i szklanki… albo Irek coś im w główkach namieszał.

Opowiem CI coś. Jarocin, bodajże 88 rok. Przyjeżdżamy, scena jeszcze była mała, sramto siamto, niestety – nasz gitarzysta Adaś musi się stawić na komisję WKU. Nie było wtedy usprawiedliwień, bo jakbyś wtedy nie poszedł to masz panów z białymi paskami na karku i tragedia. Zdążył z nami zagrać na małej scenie, po 2 dniach mieliśmy raz jeszcze zagrać na dużej i dupa blada. Mieliśmy też wtedy niezły hotel – miejsca noclegowe na sali gimnastycznej pobliskiej podstawówki. Razem z TURBO, KAT, MOSKWA i paroma innymi. Nie było różnicy czy gwiazda czy supprort – wszyscy mieli takie same wygody (śmiech). Jedna drużyna. I dowiadujemy się 5 godzin przed koncertem, że Adam nie podoła, musi jechać. Myślałem, że nie wytrzymam wtedy.

Jeszcze wtedy te czasy, kiedy nie ma telefonów komórkowych, chodziło się na pocztę dzwonić, zamawiało się rozmowy, stało po 4 godziny w kolejce… Tylko siąść i płakać, co teraz kurde? Musieliśmy się jakoś ratować. Wpadłem wtedy na pomysł – chłopaki, bierzemy kogoś. Pomyślcie, kto tu gra i jest taki, że nie będzie się bał po paru godzinach treningu wejść na deski? Choćby na 2 -3 kawałki. I zgłosił się wtedy gitarzysta zespołu Hammer. Nie dam sobie łapy uciąć, Nowicki miał chyba na nazwisko. Poszliśmy ja, Bolek, Marek i on do ubikacji, gdzie zrobiliśmy na kilka godzin przed występem próbę. I udało się. Zagraliśmy wtedy Bastiony Śmierci, Krzyż i Miecz i Czarne Okręty. Krótko, ale skubany nawet się nie rozjechał! Zapowiadał nas wtedy Rogowiecki i miał niezłego wnerwa, bo… musieliśmy 3 razy bisować. A mogliśmy bisować grając tylko te same numery, bo jak inaczej (śmiech). Chyba tylko już pod koniec zapomniał riffu i zrobił jak Michael Shenker – po prostu zagrał solówkę, a Bolo jechał jako podkład. Fajnie jakby ktoś gdzieś to miał w archiwach. Fenomenalne. Pamiętam jak Rogowiecki wyszedł, oznajmił, że czas na następny zespół i nie było szans. Młodzież tylko darła „Destroyers, Destroyers, Destroyers!” i koniec. Tego nie zapomnę do końca życia.

L.: Pod koniec lat 80, a na początku 90 powoli zaczęło co raz to bardziej do głosu dochodzić podziemie. Krystian Bytom z Dragona ostatnio nawet wspomniał o rysującym się wtedy podziale na tych z undergroundu i tych od Dziuby, których pieszczotliwie nazywano „laluniami”. Czuliście wtedy tę presję, była ona zauważalna za kulisami, rodziły się jakieś konflikty?

W.: No tak, ale Dragon to przecież też była kapela od Dziuby.

L.: Tak, ale Dragon był swego rodzaju wyjątkiem wtedy i, zdaje się, jedyną kapelą z „mainstreamu” Dziubińskiego darzoną estymą i szacunkiem.

W.: A tak. To się zgadza. Tu masz rację. Było coś takiego. Może nie odczuwaliśmy tego z początku tak bardzo, ale potem… Najbardziej chyba śmiali się z Marka. Dało się to nieraz odczuć. Najwięcej było „ale” co do jego głosu, chociaż według mnie dobrze, jak na swoje warunki, śpiewał. Były też wąty do stroju. My raczej ubieraliśmy się klasycznie – skóra i jeansy, ale Marek już się wyróżniał – biała koszula z żabotami.

L.: Jean Mauris polskiego metalu!

W.: (śmiech) O to, to. No i ludziom z rodzącego się podziemia blacku to już za bardzo się nie podobało. Nie zapomnę jednej akcji w Jarocinie, gdzie jak Marek wszedł na scenę to odszedł gwizd. Tam podjudzał wtedy takie akcje gość o ksywie Szatan, do dzisiaj go nie zapomnę. Facet w naszym wieku, ale tak wydziarany, że Popek wpadłby w kompleksy. Wiesz, teraz pewnie już by nie wzbudzał sensacji, ale teraz, a wtedy… Wcześniej dziarała się głównie recydywa, ale on… Znaczy on też pewnie siedział (śmiech), bo to było widać. Ale wszędzie szóstki, źrenice też kolorowe, na każdym palcu Satan… i jak spotkaliśmy go po zejściu ze sceny to był lekki strach.

Ale zaczęliśmy gadać i po dłuższej chwili wyszło, że to żaden burak i debil wyciągnięty z puchy czy spod budki z winem. A tu kopara w dół, gość inteligentny i po 20 minutach stał się naszym prawie dobrym kumplem. Już nie było śmiania się z żabotów Marka, białych butów. Była też dosyć podobna akcja… cholera, nie pamiętam, chyba w Gdyni, albo w Kutnie… Zaczęliśmy grać i ekipa metalowców w pierwszym rzędzie odwróciła się do nas plecami. Pamiętam to dosyć dobrze, przewodził ich stadem taki rudzielec. Pewnie dlatego, że rudy (śmiech). Widać było ten bunt i rodzenie się dziwnych podziałów na Dziuba kontra reszta świata. Jakoś się tym nie przejmowaliśmy. Z dwa razy też poleciały buteleczki z oranżadą nawet, ale kichać w to, graliśmy dalej.

Raz też tak było, że graliśmy kilka numerów, ekipa stała odwrócona plecami, a jak zaczęliśmy z „Nocą Królowej Żądzy” to od razu się odwracali. Byli też i tacy, co w trakcie koncertu rzucali w naszą stronę jakieś krzywe teksty, a po koncercie przychodzili po autograf, na ręce, na katanie… No dziwne czasy i anomalie totalne. Takie anomalie to była wtedy codzienność, pamiętam Metalmanię w Spodku, gdzie była ekipa która leciała z inwektywami do Turbo, nas czy KATa, a zaczynali zabawę dopiero przy DRAGONie, bo oni już wpadali w ten black/ death. To co raz bardziej wtedy przybierało na sile. Jak się skończyła Metalmania, siedziliśmy już u góry, popijaliśmy piwko, światła rozbłysły, na płycie cały czas koczuje kupa narodu. Z głośników puścili „Battery” Metallica i oczywiście wszyscy w dzikim tańcu, a po… rozpoczęło się końcowe odliczanie z wiadomego hitu EUROPE. Cały Spodek zaczyna gwizdać, bo gdzie to, Europe kojarzony z tym, że facet laleczka i usta na pomadkę. Ale wchodzi solówka Jack’a Norum’a i nagle gwizdy ucichły i wszyscy się bawią. Nawet metalowcy z krzyżami odwróconymi na katanach.

L.: Gdzieś kiedyś słyszałem plotę, że Wasz debiut wyszedłby 2 lata wcześniej, ale przez „Carycę Katarzynę” cenzura stwierdziła, że „tu się zgina dziub pingwina” i musieliście poczekać na odwilż czasu transformacji ustrojowej? Prawda to?

W.: Nie, nigdy nie mieliśmy żadnych problemów z cenzurą. Raz tylko musieliśmy zmienić tekst, z dwa czy trzy słowa w „Nocy Królowej Żądzy”, bo bluzgi nie przechodziły. Chociaż na płytach koncertowych już przeszedł oryginalny tekst „dziwki, diablice i kurwy”. I to wtedy przeszło, ale ogólnie musieliśmy na debiucie to zmienić, bo się dopieprzali i musieliśmy dać „dziwki, diablice i wiedźmy”. Odpowiedni panowie tylko takie mieli uwagi. Z milicją też nie mieliśmy większych sensacji.

L.: Metal wtedy, a metal dzisiaj to zdaje się – dwa różne światy. Przynajmniej z socjologicznego punktu widzenia. Zatem jak bardzo według Ciebie różny jest obraz metalowca lat 80, a teraz?

W.: Myślę, że metal wyrósł na trochę innych korzeniach, niżeli to co się słucha dziś. Nie rozumiem tego black i death metalowego zgiełku. Nie ma dla mnie w tym za wiele muzyki. My, starszej generacji metalowcy, od razu nie wchodziliśmy w katany jeansowe i nie dostawaliśmy od razu na tacy metalu, do którego dostęp we wczesnych latach 80 był bardzo ciężki. Poznawaliśmy AC/DC, ale to był hard rock. Metalowiec wtedy słuchał Black Sabbath, Purple i Zeppelin. Na tym się wychowaliśmy. Przechodziliśmy transformację, jak docierały powoli Pretty Maids, Mercyful Fate, Iron Maiden. Jak doszło do Metallica i Slayer to już był szok, bo wcześniej nikt tak otwarcie nie śpiewał o Szatanie (śmiech). A dzisiejsza młodzież już raczej takiej transformacji nie przechodzi, od razu dostaje gotowca.

Chociaż spotykam się z młodymi ludźmi, którzy też słuchają sporo klasyki i znajdujemy wspólne zdanie. Ale teraz taki zna tych kapel na pęczki. My słuchaliśmy góra 15 zespołów na krzyż, a teraz wszyscy się licytują jakiej to rąbanki nie znają. Spotykałem się z takimi młodymi metalowcami, co już nawet nie kojarzą niczego z repertuaru Iron Maiden. Dla mnie to niezrozumiałe. Przez parę lat tak się tym nie interesowałem, ale teraz dzięki Pawłowi trochę widzę jak to wszystko zaczyna wyglądać po ponad 30 latach i inna jest ta młodzież. Byłem ostatnio w Korbie też, na koncercie Test Fobii Kreon…

L.: Jeśli Hammer miał ekscentrycznego wokalistę, to ci dopiero mieli wystrzelonego w inną galaktykę maestro…

W.: Tak, Zbyszek to wieczne dziecko. Wygląda nawet cały czas tak samo, włosy, ich kolor, tylko twarz leciutko postarzała (śmiech). Na tym koncercie widziałem kilka młodych kapel, które mi się podobały. Hellhaim, Ravenger… cholernie miło zaskoczony byłem. Ravenger świetnego wokalistę mają – wykapany Dickinson, wzorce mają piękne chłopaki, a w metryce nie więcej niż 20 lat. Wydali teraz nawet debiutancką płytę i polecam. Sprawdziłem też te kapele, które mają z nami grać w marcu – Młot na Czarownice, fajna sprawa, grają w totalnie starym stylu, Monstrum też stare dobre fundamenty ma, Savager, Stos.

L.: Stos to już chyba Wasi rówieśnicy. Pomijając fakt, że z całego tego zestawu to im najmniej życzyłem reaktywacji. Kompletnie się to nie broni po latach.

W.: Paweł ich namówił na ten występ, bo też obchodzą trzydziestolecie nagrania debiutu. I to ma być ich ostatni występ. Gadałem z Ireną niedawno i jak dostali tę propozycję zagrania to nawet już sprzętu nie mieli żadnego, musieli wszystko od nowa kupować, bo podłamali się trochę jak im ze starego składu zszedł na koncercie gitarzysta z pierwszego składu. Dali się przekonać przez Pawła, ale kompletnie nie chcą reanimacji, to jest ich definitywnie pożegnalny koncert. Irena też biedulka miała jakieś problemy nowotworowe, ale na szczęście wyszła z tego.

L.: No dobra – takie czysto prywatne – jest jakaś trema związana z powrotem? No wiesz, pojawia się element zwątpienia, że świat się zmienił, metalowcy też i Wasze wyjście z nory po tylu latach nie będzie należycie docenione?

W.: W życiu nigdy niczego nie można być pewien, bo pewniaki dużo tracą. Ale mam w sobie jakieś dziwne przeczucie, że będzie bardzo dobrze. Może to wpływ internetu, napędzam się tym co tam ludzie piszą, obserwuję te lajki, wiadomości, które dostajemy. Nie spodziewałem się, że tego aż tyle będzie. Mogę to chyba powiedzieć, skoro wywiad się ukaże po wszystkim – Paweł tak to chce poustawiać, żebyśmy wystąpili jako ostatni zespół.

L.: No to odważne posunięcie…

W.: Gwiazdą wiadomo, że jest Sacred Steel. Grają naprawdę światowo. Nie jesteśmy super muzykami i zdajemy sobie sprawę, że przerwę sporą mieliśmy. Ale Paweł stwierdził, że jeśli jest spora grupa ludzi, która już kupiła bilety i deklarują się, że zrobili to głównie ze względu na Destroyers… Może się to różnie skończyć, różnie w życiu bywa. Może być i tak, że po Sacred Steel ludzie się rozejdą i pójdą w cholerę, choć ja mam nadzieję, że ludzie przyjdą i będą czekać na nasz koncert. Jakieś paraliżującej tremy nie ma. Cieszę się też, że tam będę i posłucham tych zespołów na żywo. Ale dla mnie tym bodźcem jest facebook i ta kupa lajków i wiadomości typu „super, grajcie, napierdalajcie”. Mnie to bardzo buduje. Bez tego pewnie i tak bym zagrał… kurde, nie jadę tam w końcu, żeby zdobyć złoto. Może się uda.

L.: Pozostało mieć nadzieję zatem, że zamknięcie po latach niedowiarkom paszcze. Dzięki za poświecenie chwili na rozmowę.

W.: Ja również dziękuję i jakbyś czegoś potrzebował to dawaj znać. Trzymajcie się!

Relacja z koncertu:

 

Fakt, że Destroyers wrócił to fakt już powszechnie znany. Co prawda zależało mi bardziej, żeby ten fakt celebrować przy okazji spędu w Dąbrowie Górniczej, co by jeszcze nie kryć łez wzruszenia przy rzewnych balladach Hell-Born, ale smutne losu zrządzenie nie pozwoliło. Cest la vie. Trzeba się było pocieszyć koncertem z cyklu geriatria fest, na którym Bytomianie mieli dzielić deski z kolejnym otrzepanym z kurzu przypadkiem – Jaguarem z Gdańska.

Po przybyciu na miejsce tragedii widok bardzo kameralnej amosfery jakoś specjalnie mnie nie zdziwił. Powiedzmy sobie szczerze, że na przestrzeni ostatnich 10 lat tych wszystkich „powrotów legend z dupy” było od zajebania, a skutecznie zniechęciły do interesowania się tymi przedsięwzięciami takie raszple z drutu malowane jak Vinders czy Korpus. Miałem też wrażenie, że misz masz wiekowy będzie fifty – fifty, ale tu rokowania okazały się spalić na panewce. Młodych neosofixów z liceum była skrajna mniejszość, a lwia większość przybyłych to sentymentalne dziady, którzy pewnie na koncert Destroyers w latach młodości urywali się z domu ku rozpaczy/ wkurwieniu opiekunów prawnych.

Także sam widok „powrotu legendy” Jaguara na plakacie już wywołał u mnie syndrom scyzoryka samoczynnie otwierającego się w kieszeni. Nie wiem też jak bardzo mikroprącie trzeba mieć, żeby po nagraniu trzyutworowego demo ponad 3 dekady temu i zagraniu „iluś tam” koncertów na lokalnych przeglądach, Jarocinach i et cetera mieć tupet nazywania się legendą. Jeśli to tylko zabieg marketingowy ze strony organizatora to niesmak nieznacznie się zmniejszy. Rekapitulując, Jaguar żadną tam legendą nie jest, przeciętnemu i względnie zaangażowanemu metaluchowi kojarzyć się może z wywiadem wspominkowym w Horna zine, a wybitnemu archiwiście z pościelówkowym hard rockiem, którego ówcześnie było od cholery. Oby nikt nie wpadł na pomysł wyciągania z szafy takich trupów jak Fatum, Hammer, Mama czy Superbox…

Wspinając się też na wyżyny obiektywizmu napisać mogę tylko tyle, że niewątpliwym atutem występu Jaguar był warsztat muzykantów. Słychać było i widać, że nie jest to czwarta liga dożynkowa. Ba, z całą pewnością, czysto technicznie, mogli „gwiazdę wieczoru” wpędzać w kompleksy. Na tym potencjalnych plusów koniec. Panowie odmłodzili skład angażując w roli gardła jakąś licealistkę z polandrockowo – alternatywnym imażem, której konferansjerka była skrajnie żenująca. Każdy jej żarcik wywoływał taką suchość w gardle, że aż jasne złociste bezalkoholowe nie pomagało, a żenadometr zaczynał szwankować jak wsaźnik Geigera w kwietniu 1986 r. po wesołym huku u braci z Ukrainy. Maniera ala Chylińska też z pewnością cały ten kult i legendę dobiła do reszty, skazując na wieczny spoczynek na śmietniku historii. Tę „legendarność” najlepiej też podsumowuje ta garstka 2-3 osób bawiących się pod sceną. Nic już z tego nie będzie. Wybaczcie, że nawet nie pokuszę się o wyliczankę z setlisy, ale to jest zwyczajnie zbędne.

Destroyers już w latach 80 dzielił. Jedni ironicznie nazywali ich Niestroyers i cisnęli z nich – kolokwialnie mówiąc – bekę, a innym nie przeszkadzał mniej lub bardziej zamierzony kicz. Ten kicz pozostał do dnia dzisiejszego, ale subiektywny ładunek sentymentalny względem repertuaru z pierwszej płyty pozostał. Parafrazując maksymę pana marszałka – kto za młodu nie śpiewał „Skóra i jeansy to my źli metale”, ten na starość będzie chujem. Bytomianie mieli też wystarczająco czasu na rozgrzewkę i ogranie, żeby zacząć grać koncerty z prawdziwego zdarzenia. Warszawski i śląski spęd z przyczyn oczywistych musiały być ograniczone w czasie i pod względem repertuaru, a tu mogli sobie pozwolić na większy luz w roli potencjalnego headlinera. I… wykorzystali szansę. Przy okazji rozmowy z Wojtkiem kilka miesięcy temu jakoś tak podskórnie czułem, że ten come back nie jest podyktowany jakimś nadmuchanym ego czy chęcią podreperowania domowego budżetu. Ci goście na codzień radzą sobie wystarczająco dobrze, a na scenie chcą się dobrze bawić. Ni mniej, ni więcej. I czwartkowy koncert w Zaścianku tylko potwierdził moją teorię. Ten luz bił ze sceny przez ponad 100 minut trwania koncertu. I można im wybaczyć, że chwilami się rozjeżdżali, Marek fałszował, a w „Wino i Seks” tak polecieli na starcie, że aż musieli przerwać i zacząć od nowa. Nie było w tym żadnej chłodnej kalkulacji i inscenizacji, co tylko dodawało autentyczności całemu zajściu.

Równo o czasie, bez większych i przedłużających się w czasie prób, ślunski kwintet po wybrzmieniu przepisowego intro uderzył z „Bastiony Śmierci”, czym porwali na dzień dobry sentymentalny elektorat. Z dokładnością chronologiczną nie jestem w stanie dalej wymieniać, ale z debiutu wybrzmiało 100% zawartości, a za suplementy i wisienki na torcie robiły: Młot na Św. Inkwizycję, Czarna Śmierć (notabene nowy kawałek) i „Peachlet” z „Niedoli Cnoty” (odśpiewany w polskiej wersji językowej). Zabrakło w tym zestawie „Potępieńca”, który był obecny w setach poprzednich dwóch koncertów. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Marek, mimo lat rozłąki ze sceną, nie zdradzał po sobie najmniejszych objawów tremy i niepewności, od początku do końca uwodził publiczność żywiołowymi akrobacjami oraz przepisowymi żarcikami z pogranicza groteski, świńskiego dowcipu i lekcji historii.

Pierwszy raz od 28 lat (jeśli dobrze liczę), Destroyers też poczęstowali nowym kawałkiem. Chociaż warunki koncertowe nie służą jakiejś uważnej kontemplacji dźwięków, mimo mojej skrajnej trzeźwości, to „Czarna Śmierć” nie wydawała się odstawać stylistycznie od tego, co Destroyers zwykli drzewiej serwować. Sporo maidenowych galopad, rytmiczne i marszowe zwolnienia… ciężko stwierdzić, ale jeśli w takim stylu ma ta przyszłoroczna, trzecia pełnogrająca płyta być to są spore szanse, że ten powrót był strzałem w dychę. Bo energia tam się jeszcze niespożyta tli, skoro bisowali… dwa razy.

Krótko i treśćiwie podsumowując. Tego typu koncerty i nisza to nie jest moja para kaloszy. Poszedłem tam tylko i wyłącznie z ogromnego sentymentu do Destroyers. M.in. to „Noc Królowej Żądzy” była jedną z pierwszych płyt z muzyką wywrotową, którą przyszło mi poznawać dobre dwie dekady temu, kiedy dopiero przecierałem szlaki w temacie. Nie zawiodłem się. Patrząc na Destroyers, a całą rzeszę innych „dziadów”, którzy powrócili z zaświatów to tu widzę zdrowe podejście do otaczającej rzeczywistości, brak napinki i szczerą zabawę. Na wieść o tej reaktywacji początkowo byłem sceptyczny, uznając, że pewne zjawiska, zespoły i kiczowata stylistyka miały swoją rację bytu tylko w określonej czasoprzestrzeni. Ale czasem takie powroty do przeszłości się przydają. Dla równowagi psychicznej, okazji do napitki w gronie znajomych… czegokolwiek. Ja to kupuję.

Fotki od: Tomash Photography Tomasz Woźniak

Autor

1 tekstów dla Chaos Vault

6 komentarzy

  • Cześć.
    Reprezentuję zespół Jaguar, mocno zjechany w tym artykule przez Redaktora. Widzę, że Pan który zadebiutował na Waszych łamach chyba chciał się mocno popisać i zostać zapamiętany… Myślałem aby z nim prywatnie pogadać, szukałem kontaktu, odezwałem się przez Messenger, ale nie miał odwagi albo chęci (jeśli zmienisz zdanie Kolego to zapraszam!). Napisany tekst wyjaśnia taką postawę, wrogość do Jaguara pewnie większa niż do Zenka Martyniuka… Nie każdy musi lubić Jaguara, normalna rzecz. Muszę jednak w imieniu zespołu wyjaśnić parę spraw, o których Kolega napisał, ponieważ nie jest to prawda. Plakat został zaprojektowany i wykonany przez organizatora naszego wspólnego koncertu z Destroyers czyli Helicon Metal Promotions. Sami siebie „legendą” na tym plakacie nie uczyniliśmy, bądź spokojny. Spotykamy się z takim określeniem, ze strony naszych fanów. Mają do tego prawo, tak samo jak Ty skreślając nas ostatecznie na samym początku, jest to kwestia gustu, własnych poglądów i podejścia do życia. Profil zespołu jest dostępny dla każdego, zapraszamy: https://www.facebook.com/Jaguar.official.profile/
    Nie wywyższamy się tam sztucznie, nie określamy „legendą”. Chłopaki z zespołu i Kamila, to niezwykle skromni, wymagający wiele od siebie ludzie, z ogromną pasją do grania muzyki! Zerknij, poczytaj, dowiesz się więcej, bo z Twojego tekstu wynika jasno, wiesz na temat Jaguara bardzo mało. Jaguar był rewelacją Jarocina w 1984 roku, wygrał ten fest, później zagrał ponownie na Jarocinie jako gość specjalny, a następnie na Metalmanii w 1986 r. z czołówką krajowego metalu i zagranicznymi kapelami. Możesz nas nie lubić, ale te fakty musisz zaakceptować, trochę szacunku. Dlatego pisanie o nas w taki totalnie lekceważący sposób, jakby Jaguar zagrał kilka koncertów w małych miejscowościach i na tym koniec wszystkiego, niestety świadczy o braku podstawowej wiedzy lub celowym ośmieszaniu naszego zespołu. Nie ma na to naszej zgody!

    Użyte przez Ciebie w recenzji pojęcia typu „mikroprącie” świadczą również o niskim poziomie kultury osobistej i Twych prywatnych kompleksach przelewanych na „papier”. Teraz zabawny dla nas cytat z Twojej recenzji: „Jaguar żadną tam legendą nie jest, przeciętnemu i względnie zaangażowanemu metaluchowi kojarzyć się może z wywiadem wspominkowym w Horna zine, a wybitnemu archiwiście z pościelówkowym hard rockiem…” Byłeś przecież na tym koncercie, serio utwory „Uciekinier”; „Gwiezdne wojny” albo „Ave Cezar” to pościelówy? Już nawet pal licho tytuły czy teksty, ale tak czysto muzycznie… Bez dalszego komentarza na ten temat…

    Dlaczego obrażasz takie zespoły jak: Fatum, Hammer, Mama czy Superbox??? Mieli swoją publiczność, wydawali płyty, grali w koszmarnie ciężkich czasach. Można powtórzyć to co zwykle do Ciebie – szacunku więcej i pokory. Znamy Cię z jedynego wywiadu i jednej recenzji.

    Nie masz też racji, że na naszym koncercie bawiło się „2-3 osoby”, bzdura, zobacz nagrania z koncertu, są na Metallorum Polonorum. Z wielką radością zespół wraca na scenę, bo ma dla kogo, inaczej nie ma to sensu. W Krakowie spotkaliśmy nawet oddanych fanów z czasów naszych występów w Jarocinie, to były wspaniałe spotkania.

    Następny temat – zła konferansjerka… Jeśli to w koncercie dla Ciebie najważniejsze, wypada tylko pogratulować. Jeden ma takie poczucie humoru, inny inne, my to szanujemy, Ty widocznie nie. I na koniec jeszcze, choć życzysz nam „wiecznego spoczynku na śmietniku historii” to bądź pewien, że to się nie wydarzy, czego i Tobie życzymy! Jednak z takim obiektywizmem i kulturą słowa, może być różnie u Redaktora. Mamy grono życzliwych fanów i jest dla kogo grać, nagrywać płyty i dzielić się muzyką! Dlatego Jaguar będzie starał się nadrobić stracony czas i robić swoje, jak zawsze najlepiej jak potrafi!

    Michał Kot
    Management zespołu Jaguar

  • Cześć Tomasz,

    Proszę abyś w kontekście takiej kloaki jak Jaguar nie przywoływał imienia pana Zenona.

    Z poważaniem,

    Managament Jednoosobowej Hordy Zenona Martyniuka,

    Wasyl

  • Wasylu mniej dopalaczy, lub tego czegoś co przyjmujesz…
    Gdzie tu masz „Tomasza”?
    Gratuluję zatem Tobie Wasylu (choć mam wrażenie, że bardziej powinienem wymienić następującą personę – Krzysztof Frączek „Lykantrop” na tejże stronie, domorosły redaktor przeprowadzający wywiad oraz autor powyższej recenzji) gustu i wyboru Zenona na swojego idola.
    Można tylko współczuć…

  • Pan Wojciech super gość, gratuluję powrotu!
    Inna sprawa jest z tym tzw. dziennikarzem, człowieku widziałeś gdzieś wywiad w profesjonalnej gazecie??? Może było jeszcze wstawić w nawiasie odgłosy twojego bekania po piwie. Jest coś takiego jak korekta i edytorska część pracy dziennikarza. To że człowiek pogadał z tobą nie oznacza że masz to wszystko wstawiać jeden do jednego. Parszywe czasy, kwalifikacji żadnych a dziennikarzem można być.

  • Jeszcze coś ważnego musze dodac.
    W Internecie nic nie ginie, ten sam gość który przeprowadzał wywiad wyzywał wcześniej Destroyers od najgorszych, ale to trzeba mieć tupet albo chorobę psychiczną. Teraz przerzucił się na Jaguara a łasi się jak grzeczny piesek do tych których tak obrażał. To samo było z TSA w przypadku pewnego Mariusza, może koledzy czy coś więcej nawet.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *