Deadnight nie należy może do najbardziej znanych kapel, nawet w ich rodzimych Stanach Zjednoczonych. Ale jako, że my w ChaosVault jesteśmy tak zajebiści, że staramy się wspierać dobre młode zespoły, to poniżej możecie sobie poczytać, co miał do powiedzenia Mike, odpowiadający w zespole za wokale i gitary.

Oracle: Witam! Na początek typowe pytanie dla nowych kapel: jak przedstawia się historia Deadnight? Co zdecydowało, że akurat w ten sposób nazwałeś kapelę?

Mike: Kapela powstała w 2003 roku, jako wspólny projekt studyjny mój i Maksima. W 2004 wydaliśmy cztertoutworowe demo „In The Dead Of Night”, zaś w 2005 ustabilizował się nasz skład. Cały rok spędziliśmy na koncertowaniu, jednak straciliśmy nasz skład i nagrywanie naszego pełnowymiarowego debiutu we dwójkę. A co do tej młodości, to mamy po 26 – 27 lat, więc tacy młodzi już nie jesteśmy. Chcieliśmy napisać muzykę, która będzie bazować na thrashu, ale też z pewnymi mroczniejszymi elementami. Stwierdziliśmy, że nazwa Deadnight będzie oddawać nasz styl, a poza tym jest prosta.

O.: A więc w Deadnight gra dwóch muzyków. Jak więc przebiegał proces nagrywania „Messenger Of Death”?

M.: Po nagraniu tego materiału zdekompletował się nam skład. Żywo koncertowaliśmy w ramach promocji nowego CD. Odtąd wziąłem na siebie odpowiedzialność w graniu na wszystkim z wyjątkiem basu. Zbudowałem nowe, nieduże studio, w którym spędziłem pięć miesięcy, kompletując materiał na ten album. Chciałem mieć pełną kontrolę nad wszystkim, dlatego też zdecydowaliśmy sami wyprodukować tą płytę.

O.: I tak też powstał „Messenger Of Death”. Jakie macie w związku z nim nadzieje czy oczekiwania? Co chcesz dzięki niemu osiągnąć?

M.: Byłoby miło zacząć budować nam jakąś reputację. Scena w Chicago jest zapełniona dużą ilością zespołów, więc wcale nie jest łatwo wybić się z lokalnej sceny na krajowe podwórko.

O.: Przejdźmy do tego co w środku. Jak opisałbyś muzykę Deadnight? Jak dla mnie, jest to thrash metal z solidnymi wpływami szwedzkich Dissection czy Soulreaper…

M.: Myślę, że nie łatwo jest nas sklasyfikować [jak nie, właśnie to zrobiłem, hehe – przyp. Oracle] bo każda piosenka, jaką napisaliśmy jest inna. Kiedy piszemy muzykę, po prostu pozwalamy by wypływało z nas to naturalnie, staramy się nie ograniczać. Słucham wielu różnych odmian metalu, dlatego też ważnym dla mnie jest, by wszystkie te najlepsze pomysły z każdego z tych stylów. By to sprawiło, że nasza muzyka staje się czymś wyjątkowym. Muzyka sama w sobie to prawie czysty thrash metal. Zgodzę się jednak, że moje wokale na „Messenger Of Death” są bardzo Nödveidtowskie [bardzo ciekawy neologism – przyp. Oracle] więc można przeprowadzić analogię do Dissection. Ale myślę, że ludzie mogą odnaleźć tu wiele wpływów, od Bathory do Yngwie Malmsteena.

O.: Co do Yngwie właśnie – sporo miejsca w Waszej muzyce zajmują solówki. Jest to dla Was sposób na sprawienie, by muzyka była bardziej interesująca, czy może też sposób na powiedzenie „hej, ale zajebiści jesteśmy!”, hehe?

M.: Jest dla nas bardzo ważnym, by muzyka była ekscytująca, właśnie poprzez solówki. Zawsze miałoby to wysoki priorytet i definitywnie wynosi muzykę na wyższy poziom. Gdy piszemy utwory, zawsze staram się pisać solówki do nich pasujące. Mam nadzieję, że słuchacze zauważą, że wszystko jest robione ze smakiem i nie jest tylko nieskładnym hałasem.

O.: A kim jest Maksim Montatskiy? Napisałeś, że pomógł on bardzo Deadnight w waszym wczesnym okresie…

M.: Maksim był naszym oryginalnym wokalistą i gitarzystą, z którym założyłem tę kapelę. Stworzył trochę tekstów i riffów, a także śpiewał na demówce.

O.: Jasne. Właśnie – cała muzyka na „Messenger Of Death” została stworzona w latach 2004 – 2006. Macie już jakiś nowy materiał? Bardzo się różni od debiutu?

M.: No na razie mamy kompletną jedną piosenkę, zatytułowaną „Heaveb Shall Burn”. To taki thrashowy kawałek w średnim tempie. Ale ma też trochę dynamiczniejszych fragmentów, akustycznych gitar i blackowej sekcji.

O.: Pogadajmy o wydawcy. „Messenger Of Death” wyszło nakładem Rotting Corpse Records. Dlaczego w tym labelu? Czy Ron, właściciel , jest Waszym przyjacielem? Bo tak jak Wy pochodzi z Chicago. Czy może po prostu jego propozycja była najlepsza? Przy okazji – Rotting Corpse Records nie jest dużą wytwórnią, ale zdaje się, iż robi dla Was dobrą robotę…

M.: Gdy byłem zaangażowany w inne kapele, mieliśmy trudności z kilkoma labelami, z którymi mogliśmy komunikować się tylko via e-mail. Z Rotting Corpse jest świetnie między innymi z tego względu, że możemy komunikować się osobiście. No a poza tym, jesteśmy zadowoleni ze świetnej roboty, jaką dla nas robią.

O.: A jak się sprawy mają z Waszymi wcześniejszymi demosami? Wydacie je kiedyś ponownie, na przykład na jednym dysku? Sporo kapel tak robi…

M.: Może któregoś dnia, ale w tym momencie nie jest to dla nas priorytet. Próbujemy ruszyć z promocją nowego albumu, pracujemy też nad nowym materiałem.

O.: A szukacie może perkusisty? Pomogłoby Wam to, nawet przy okazji koncertów…

M.: Jak już mówiłem, nasz skład znów został skompletowany. Aktualnie gramy w strefie Chicago i przygotowujemy się do kilku stanowych festiwali, może też jakichś tras.

O.: Właśnie, jesteście z Chicago, mógłbyś opisać lokalną scenę metalową? Macie jakieś zaprzyjaźnione bandy, może jakichś wrogów? Czy Chicago to prawdziwie „metalowe miasto” czy niekoniecznie?

M.: Scena w Chicago jest ogromna, rozciąga się od Milwaukee na północ, i prawie na południe, aż do Indiany. To też olbrzymi obszar, prawie 65 kilometrów ze wschodu na zachód i 100 kilometrów z północy na południe – co daje 6500 kilometrów kwadratowych [dziękujemy za połączenie arytmetyki z geografią, ale to nie za bardzo stanowi o wielkości sceny, nie w tym sensie bynajmniej, hehe – przyp. Oracle]. Mamy tony koncertów każdego weekendu, cały czas powstają nowe kapele. Rzekłbym, że Chicago to takie brutal death/grindowe miasto z mnóstwem kapel, które osiągnęły sukces. A wrogów nie mamy, jeszcze.

O.: Dobrze, że to dodałeś, hehe… W Chicago żyje też bardzo duża Polonia. Znasz jakichś polskich fanów? Albo jakieś polskie kapele?

M.: Moja matka urodziła się w Warszawie, dziadkowie basisty również pochodzą z Polski. W Chicago jest zresztą pełno słowiańskich twarzy…

O.: Pewnie, wszędzie się wepchamy. I jeszcze krzykniemy autochtonom „Pani tu nie stała!”. Dobra, zostawmy to. Mike, nosisz na szyi Młot Thora. Co on dla Ciebie znaczy? Mógłbyś opisać krótko Twoją filozofię?

M.: Mam bardzo głębokie i fundamentalne rozumienie europejskiej historii i genezy. Noszą Młot Thora, bo reprezentuje on moje anglosaskie dziedzictwo. Nie wiążę z tym żadnych politycznych czy społecznych elementów.

O.: A na zakończenie coś z zupełnie innej beczki. Jaki jest najgorszy album, który miałeś nieszczęście słyszeć ostatnimi czasy?

M.: Cavalera Conspiracy – „Inflikted”. Miałem co do niego olbrzymie nadzieje, jak i do powrotu Maxa i Igora. Tęsknię za czasami starej Sepultury.

O.: Ok., będziemy kończyć. Coś na temat przyszłości Deadnight?

M.: Oczekujcie nas w Europie w 2009 roku!

O.: Będziemy. Ostatnie słowa są Twoje.

M.: Dzięki za wywiad!