Blaze od Perdition: „Zbyt poważnie traktuję siebie i swoje przekonania, by nagle zawrócić o 180 stopni z drogi którą kroczę…”

Ten wywiad wyszedł dość spontanicznie. Ale tak ponoć najlepiej. Patrząc na odpowiedzi udzielone przez Sonneilona – potwierdziło się. Zastanawiałem się na początku, jaką formę powinien przybrać ten wywiad – czy ignorować sprawę wypadku Blaze of Perdition i wszystkich następstw, czy też nie. Doszedłem jednak do wniosku, że nie sposób pisać o „Near Death Revelation” w oderwaniu od historii zespołu. Nie w tym momencie. Żeby nie przedłużać – zobaczcie, jak odpowiadał wokal Lublinian. Moim zdaniem powinniście być zadowoleni, bo to łebski i mocno stąpający po ziemi gość.

Oracle.: Hailz! Zaczniemy może od tego, że po wydaniu „Near Death Revelations” jakoś nie widziałem wielu wywiadów z Blaze of Perdition, nawet w polskich magazynach i zinach. Nie mają pismacy parcia na Blaze of Perdition czy to Blaze of Perdition nie ma parcia na pismaków?

BOPSonneilon: A mi się znowu wydawało, że było ich więcej niż kiedykolwiek, ale może to te webziny są tak nieistotne i nieznane, że nawet nie wiesz o ich istnieniu. Sam nie wiedziałem, dopóki nie napisały. A może masz rację i wszyscy mają nas gdzieś? Odpowiedzieliśmy też na wywiady do kilku zagranicznych, drukowanych magazynów, ale szczerze mówiąc nie interesuje mnie to gdzie i kiedy się to wszystko ukazuje.

O.: Przyznam, że początkowo postanowiłem rozgraniczyć dwie oczywiste sprawy – Wasz wypadek oraz wszystko to, co dzieje się teraz, z „Near Death Revelations” i nadchodzącą trasą na czele. Żeby nie jechać na powszechnej u czytelników chęci poznania kulisów, jakiejś sensacji i tak dalej. Przyznam jednak, że moje starania poszły na marne, nie dlatego że chciałem iść na łatwiznę, ale z całkiem innego powodu – dotarło do mnie, iż póki co ten feralny dzień na nowo zdefiniował Blaze of Perdition, Waszą ścieżkę i jest duże prawdopodobieństwo, że teraz wszystko lub większość tego, co się u Blaze of Perdition wydarzy będzie postrzegane przez pryzmat austriackiego wypadku. Co sądzisz o mojej tezie?

S: Mam nadzieję, że nie. NDR to oczywiste nawiązanie do tych wydarzeń i całkowicie zrozumiałe są pytania o wypadek w kontekście tej konkretnej płyty. Jej wydanie jednak w moim rozumieniu w pewien sposób zamyka ten temat, rozlicza się z nim i nie zamierzam w żaden sposób się już do niego odnosić przez pryzmat tekstów na kolejnych wydawnictwach. Życie toczy się dalej i liczę, że inni pomyślą tak samo.

O.: To pytanie poniekąd wynika z poprzedniego. Zwykło się mówić, że trzeci album dla każdego zespołu jest tym przełomowym, co naturalnie jest bzdurą. Jednak w odniesieniu do Blaze of Perdition to stwierdzenie się sprawdza. Przeważająca liczba recenzentów rozpatruje go jednak w kontekście zdarzeń sprzed dwóch lat, ale o ile wiem – spora część materiału była już wtedy gotowa. Myślisz, że gdyby nie wypadek, to „Near Death Revelations” byłby rozpatrywany po prostu jako „bardzo dobry album Blaze of Perdition”?

S: Tego się już nie dowiemy, ale pewnie coś w tym jest. Tak jak wspomniałem wyżej – liczę, że w przyszłości nikt nie będzie już na siłę wracał do czegoś, co zostało spięte w klamrę i zamknięte za sprawą NDR. Rany się zabliźniają, czas ruszyć dalej.

blaze of perditionO.: Do Blaze of Perdition jakiś czas temu przylgnęła łatka „polskiego Watain”. Tylko, że po wydaniu „Near Death Revelations” i „Wild Hunt” sytuacja zmieniła się diamteralnie, bo ten pierwszy jest świetnym krążkiem, zaś ten drugi – wręcz przeciwnie. Mało tego, widziałem już recenzje, w których to inne zespoły są porównywane do Blaze of Perdition. Czyli co, po okresie, gdy wielu wieściło Wam zakończenie działalności, pokazujecie, że pogłoski o śmierci zespołu są zdecydowanie przesadzone. Mało tego – nagraliście swój najlepszy album. Myślisz, że zamknął on gęby krytykom?

S: Ja takich recenzji nie widziałem, ale jest to na pewno w jakiś sposób miłe. Nie oszukujmy się jednak, nie gramy od wczoraj i cięzko wciąż nas traktować jak pryszczatych, wpatrzonych w tego czy owego epigonów. Nie żeby staż sam w sobie był automatycznie oznaką dojrzałości, ale my naprawde dużo energii wkładamy w rozwój w tej materii i zdziwiłoby mnie, gdyby nie dało się zauważyć tego efektów. Czy zamknęliśmy mordy krytykom? Na pewno przekonaliśmy tą płytą wiele wg. mnie wartościowych osób, do których nasze wcześniejsze wydawnictwa nie do końca (bądź wcale) trafiały i zyskaliśmy sporo zupełnie nowych odbiorców. To mnie satysfakcjonuje. A jak komuś nawet w tej formie nie pasuje to co robimy, to przecież nie będę nikogo zmuszał, muzyki jest dużo i niech szuka gdzie indziej.

O.: Nietrudno się pozbyć wrażenia, że główną siłą napędową „Near Death Revelations” są zawarte w tym albumie emocje. U Blaze of Perdition zawsze zdawały się one grać ważną rolę, ale to właśnie na najnowszym albumie czuć je najmocniej, zwłaszcza w połączeniu z Twoimi tekstami. Gdzieś czytałem, że ten krążek to dla Ciebie swoiste katharsis – czy łatwe było dla Ciebie użycie w ten sposób swoich własnych doświadczeń, by przełożyć je na swoją twórczość?

S: Tak, katharsis to idealne słowo. Słowa wypłynęły same. W szpitalu, z braku innych zajęć, miałem bardzo dużo czasu na rozmyślanie i już wtedy zacząłem sobie notować przeróżne refleksje na zasadzie słów-kluczy, które kilka miesięcy później, już w domu, poubierałem w liryki. Inaczej wszystko wciąż tkwiłoby we mnie i zatruwało każdą myśl. Jeżeli określimy życie jakąś formą podróży, to żeby ruszyć dalej, należy najpierw rozliczyć się z tym, co zdążyło się nagromadzić na barkach i powstrzymuje nas przed kolejnym krokiem.

blaze of perdition6O.: Uważasz, że „Near Death Revelations” to trudna płyta dla słuchacza? Osobiście spotkałem się z wieloma opiniami słuchaczy czy recenzentów, którzy twierdzili, że początkowo przez dłuższy czas nie mogli się do niej przekonać i dopiero po którymś tam odsłuchu słyszeli w swojej głowie „klik” – znak, że nowe Blaze of Perdition jednak się u nich przyjęło… Uważasz, że takie płyty bardziej się docenia, niż gdy wyrywają Cię z butów na dzień dobry?

S: Album na pewno nie jest zaaranżowany tak, by w pierwszej chwili chwytać przebojowym refrenem czy łatwą do zapamiętania melodią, a wrecz przeciwnie – z każdą minutą dokładamy kolejną warstwę, aż do uczucia pewnego rodzaju duszności i przytłoczenia. Takie było zamierzenie – by ta muzyka przygniatała i wymagała pełnej uwagi podczas odsłuchu. Sam o wiele bardziej cenię sobie właśnie takie albumy, bo zdecydowanie więcej zajmuje im wyprztykanie się z niespodzianek, co znacznie wydłuża ich żywotność. Weźmy np Ulcerate – takie „The Destroyers of All” słyszałem milion razy, a wciąż potrafię wydobyć z niej coś, co mi wcześniej umykało, a bardzo wiele płyt, które na start odkryły wszystkie karty i chwyciły mnie efektem „wow”, od dawna się kurzą i wcale nie mam ochoty do nich wracać.

O.: Muzycznie, kompozycyjnie ten album rzeczywiście różni się od poprzednich wydawnictw, muzyka jest jakby bardziej intrawertyczną, gdzie dużo dzieje się jakby w drugim planie – zgodzisz się ze mną? No i zrobiłeś tu najlepsze wokale w swojej karierze.

S: Właściwie odpowiedziałem już na to wyżej – na płycie jest tu sporo warstw do przekopania i przyjemność z obcowania z płytą rośnie z każdym odkryciem. Nie chcieliśmy niczego podawać na tacy.

O.: Myślisz, że ciężko będzie Wam przebić „Near Death Revelations”? Poprzeczkę postawiliście sobie wysoko. A może to właśnie Wasz czwarty album okaże się dla Was prawdziwym sprawdzianem w oczach fanów? Na zasadzie, że Trójkę doceniano, no bo „zespół po przejściach, więc pewnie im nie było łatwo”. Ale po kolejnym albumie może znów się zacznie, że „religijne guwno”?

bop1S: Nie wiem czy „przebijanie” swoich płyt jako cel sam w sobie to właściwa droga. Każdy album powstaje w innym momencie życia, w innym stanie ducha i z coraz większym doświadczeniem za pasem, także nie rozpatrywałbym naszego kolejnego wydawnictwa w kontekście konkurencji dla NDR, czy którejś z poprzedniczek. To będzie po prostu następny, odrębny etap naszego rozwoju.

O.: Tak się złożyło, że poza wieloma sesjami poświęconymi odsłuchowi „Near Death Revelation” zagłębiłem się też w teksty. Bardzo dobre, gorzkie, cyniczne. Jeśli ktokolwiek myślał, że Sonneillon radykalnie zmienił optykę postrzegania świata na zasadzie „jak trwoga to do boga”, musiał się srogo rozczarować, prawda? Tak a propos – myślisz, że ludzie faktycznie spodziewali się, że nagle się nawrócisz czy ki chuj, wszak tak wiele jest tak pięknych świadectw…?

S: Znaleźli się tacy, którzy o to pytali, chyba gdzieś tam w głębi licząc, bądź obawiając się – że właśnie taką odpowiedź usłyszą. Zbyt poważnie traktuję siebie i swoje przekonania, by nagle zawrócić o 180 stopni z drogi którą kroczę (obecnie jadę) już od małolata. Po tym jak namacalnie poznałem uczucie upadku i zatracenia w niebycie, bardzo trudno byłoby mi doszukać się w tym ciepła i nadziei związanych z jakąkolwiek formą raju po śmierci. Efekt jest wręcz przeciwny, a moje teksty są jego odbiciem.

O.: Na dniach rusza trasa Blaze of Perdition, Mord’A’Stigmata i Moaana. O ile mi wiadomo, jedynym miastem, w którym będzie można usłyszeć pełny skład zespołu, z Tobą na wokalu, jest Wasz rodzinny Lublin. W chuj szkoda. Czy więc ten lubelski występ będzie dla Ciebie czymś specjalnym?

S: Będzie i zrobię co w mojej mocy, żeby pokazać się na nim z jak najlepszej strony. Łatwo pewnie nie będzie, ale łatwe rzeczy nie przynoszą satysfakcji. Być może za jakiś czas będę w stanie podróżować z chłopakami, póki co za wcześnie na takie wygody.

bop2O.: Nie sądzisz, że polska scena robi się coraz bardziej… otwarta na nowinki? Przecież jeszcze kilka lat temu zespoły pokroju Moanaa, grające dość odmienny rodzaj muzyki, mające inny image (lub nie posiadające go w ogóle) nie dzieliły by sceny wspólnie z kapelą pokroju Blaze of Perdition… Myślisz, że słuchacze jak i same zespoły nareszcie zaczęli szukać inspiracji i pomysłów poza swoimi ramami gatunkowymi? Albo przynajmniej teraz jakby się z tym nie kryją, dawniej nie było w dobrym tonie powiedzieć, że na zmianę słucha się na przykład Graveland, Lany Del Ray i powiedzmy AC/DC… Nazwy są przypadkowe, ale myślę, że rozumiesz o co mi chodzi…

S: To zjawisko akurat bardzo mi się podoba, bo sztuka musi się rozwijać, a do tego potrzebuje coraz to większego pola do popisu i nowych sposobów na wyrażanie siebie. Taki synkretyzm pozwala na narodziny nieskończenie wielu pomysłów, z których to rodzą się kolejne i kolejne wariacje i odłamy muzyki. W innym wypadku wszyscy do dzisiaj gralibyśmy tylko covery Darkthrone. No i zupełnie inaczej rozmawia się o muzyce z kimś, kto słucha czegoś więcej niż blastów i rzężenia. Nie twierdzę oczywiście, że wszystkie te nowopowstałe dziwactwa i mieszanki do mnie trafiają, wiele z nich mam za totalne gówno, ale filtrowanie otrzymywanych treści to już sprawa indywidualna każdego z nas.

O.: Trasa rusza niemal równo w dwa lata od wypadku. To przypadek, czy jednak jakieś symboliczne zamknięcie lub otwarcie kolejnego etapu? Tak jak powiedziałem na początku naszego wywiadu – nawet choćbym nie chciał, 2 listopada 2013 powraca do mnie przy okazji Blaze of Perdition jak bumerang…

S: Nie wiem czy za datą rozpoczęcia trasy stoi jakaś zamierzona symbolika, bo nie uczestniczę w jej organizacji, ale na pewno w jakiś sposób zaznaczy ona kolejny etap naszej działalności.

bop3O.: Trzeci duży album i trzeci wydawca. Coście tacy niestali w uczuciach? Jakie widzisz główne różnice w działalności Pagan Records i Agonia Records?

S: Jak na nadętych gwiazdorów przystało, jesteśmy humorzaści i łatwo się obrażamy. A poważnie – Agonia na pewno działa na o wiele większą skalę, ma ogromną dystrybucję i prowadzi znacznie bardziej widoczne działania promocyjne. My natomiast nie lubimy stać w miejscu.

O.:Po Waszym wypadku na wierzch wypłynęło sporo gówna na co poniektórych forach, ale też podziemna scena w mojej opinii okazała dużą solidarność, tak naprawdę wcześniej niespotykaną. Nie sądzisz, że to jest właśnie esencja Podziemia – ludzi, którzy może nawet czasem nie spotkali się osobiście, a jednak w różnych sytuacjach, również krytycznych potrafią być sobie nawzajem pomocni?

S: Właśnie takie (ekstremalne) sytuacje wyciągają na wierzch prawdę o tym, jacy są ludzie, z którymi masz do czynienia i odzierają ich z pozorów. Jak widać, nie jest z naszym gatunkiem aż tak źle jak to wszyscy mamy w zwyczaju mówić, a pewne nieprzyjemne zjawiska wciąż potrafią wywołać odpowiednie reakcje, za co tym wszystkim – anonimowym i mniej anonimowym duszom – szczerze dziękuję. Oczywiście jestem świadom, że znalazła się także cała masa śmieci, dla których nasz wypadek był powodem do radości czy śmieszkowania, ale przecież nie ma powodu, by się takimi głupotami jakoś szczególnie ekscytować, na każdego przyjdzie czas.

O.: Myślisz, że w obecnych czasach powstają jeszcze płyty, które w przyszłości postrzegane będą jako kamienie milowe w black metalu? Wiesz, albumy na miarę „De Mysteriis Dom Sathanas”, Blood Upon the Altar” czy „A Blaze in the Northern Sky”? Krążki, które zmieniłyby kierunek, w jakim rozwija się muzyka black metalowa? Czy może black metal przeżywa obecnie kryzys, skoro ponoć za przyszłość black metalu uważa się obecnie Myrkur?

S: Myślę, że tak, choć na to pytanie jednoznacznie będzie można odpowiedzieć właśnie w przyszłości. Na brak dobrych płyt raczej nie ma co narzekać, tylko ilość wydawanego miesięcznie materiału jest tak przytłaczająca, że o wiele trudniej to wszystko przefiltrować. Czas lubi płatać figle i ciężko bawić się tutaj w dywinację. Natomiast jasnym jest, że takie nazwy jak Myrkur to tylko produkty; produkty o bardzo krótkiej dacie ważności i na dodatek puste w środku. Można się z tego najwyżej niezobowiązująco ponabijać, machnąć ręką i zapomnieć, bo jakiekolwiek zaangażowanie emocjonalne w tego typu anomalie to dla nich zbyt wielka nobilitacja.

bop4O.: Zauważyłem, że pokpiwasz sobie ostatnimi czasy z tych wszystkich zespołów, które nagle odkrywają religijną stronę swojej muzyki, porzucają dotychczasowy image, zarzucają kaptury lub inne nakrycia głowy – im dziwniejsze tym lepsze – i tworzą black metal. Dla mnie przykładem takiego zespołu jest Inferno, które od zawsze łupało prosty, surowy black metal, a nagle wydali ostatnią płytę, przepełnioną symboliką o jakiej mówimy i nudną jak flaki z olejem. Myślisz, że co będzie następne? Większość kapel odkryje uroki nekromancji czy powrócimy do pogaństwa?

S: Trendy mają to do siebie, że bardzo szybko przemijają i są zastępowane kolejnymi, także zespoły starające się gonić cokolwiek jest na daną chwilę na topie, zawsze wywołują u mnie niesmak, a ich tłumaczenia o tym jak to przypadkowo „dojrzały” akurat w momencie popytu na daną stylistykę najczęściej tylko pogłębiają żenadę całej sytuacji. Śledzenie mody palcem i dostosowywanie się do niej nijak ma się do dojrzałości. Takie krzywe zagrywki weryfikuje czas i robi to bezlitośnie. Pewnie pamiętasz, że w chwili wydania pierwszego materiału pod szyldem BoP, podobne oskarżenia padały z różnych stron właśnie pod naszym adresem za sprawą przeskoku z estetyki powiedzmy „wojennej” na coś mniej bezpośredniego i chcąc nie chcąc idącego podobnym torem, co ówczesne zespoły ze Szwecji czy Francji. Tylko mało kto wziął pod uwagę fakt, że zmienił się skład (pojawiłem się ja i Ashgan), któremu nie po drodze było z kiczowatymi, obozowymi hymnami Xaosa, a XCIII mógł nareszcie dorzucić więcej od siebie. Kawałki z „Antihuman Divinity”, z braku nowszego materiału, graliśmy na żywo jeszcze przez pewien okres, ale stopniowo je skreślaliśmy i już od dawna nie uświadczysz ich w naszym secie, bo nikt się tutaj z nimi nie identyfikuje. Można więc powiedzieć, że od początku konsekwentnie robimy swoje.

O.: Na koniec powiedz proszę – wszak chęć poznania odpowiedzi na to pytanie było impulsem do tego wywiadu, hehe – dlaczego życie to chuj?

S: Bo lubi nas ruchać.

 

Autor

10175 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *