Dziś taki trochę łączony ten wywiad wyszedł, bo na spytki wziąłem A.D.Gore’a, który na co dzień niesie śmierć i zniszczenie w dwóch hordach: death/grindowej Pyorrhoea oraz death metalowym Centurion. Tak więc możecie sprawdzić co dzieje się w obu tych projektach, a kto ma do Rzeszowa blisko ten może oba te bandy zobaczyć na żywca 29 września. Polecam zdecydowanie.

Oracle: Strzała Adrian! Na dzień dobry chciałem pogratulować i opieprzyć zarazem. Pogratulować najnowszej EPki Centurion, bo kopie po dupsku równo. A opieprzyć za ciszę w obozie Pyorrhoea. Proszę wytłumaczyć się z jednego i drugiego…

A.D. Gore: Cześć! Nie jesteś pierwszą, ale też pewnie nie ostatnią osobą, która chwali nowego Centuriona i jednocześnie ma pretensje do Pyorrhoea za milczenie w
ostatnim czasie. Pamiętaj, że jesteśmy pasjonatami. Stawiamy na naturalność i spontaniczność procesu twórczego, a nie zachowanie określonego harmonogramu wydawniczego. Jest też inna, dość prozaiczna przyczyna sytuacji, związana z moją osobą. W obydwu zespołach pełnię rolę takiego wkurwiającego wszystkich poganiacza, który wytwarza ciśnienie. Chłopaki z Centurion nadali mi nawet prześmiewczą ksywę „manager świata” hehehe… siłą rzeczy gdy ciśnieniuję z jeden strony, z drugiej wytwarza się próżnia i tak też było ostatnimi czasy. W czasie kiedy Centurion wydawał i intensywnie promował „Extinction” Pyorrhoea wciąż działała, choć trochę bardziej w cieniu. Przede wszystkim udało nam się posadzić za beczkami Pavulona, bębniarza, który ma praktycznie nieograniczone możliwości. W nowym składzie już od kilku miesięcy komponujemy nowy materiał, po raz kolejny zupełnie inny niż poprzednie, ale myślę że wyjątkowy, taki który ostro zamiesza na scenie.

O.: W ogóle coś nie jesteś chyba typem muzyka, który nie robi nic innego, jak zapieprza non stop w studio wypuszczając materiał za materiałem. Na nowy Centurion musieliśmy czekać pięć lat, ostatni materiał Pyorrhoea ukazał się cztery lata temu…

A.D.: Są okresy kiedy w krótkim czasie w jednym lub drugim zespole dzieje się wiele, innym razem stoisz w miejscu przez długie miesiące bo akurat angażujesz się w coś zupełnie innego. Tak to przynajmniej wygląda z mojej perspektywy. Muzyka jest w różnych formach cały czas obecna w moim życiu, natomiast to tak zwane natchnienie nie jest już stanem permanentnym. Tak samo jak nie zawsze mam dookoła siebie przestrzeń do komponowania. Poza muzyką jest rodzina, ciekawa i angażująca praca, sporo innych zajęć… Kiedy mnie najdzie i mam taką możliwość to łapię za gitarę, tworzę riffy albo siadam przed komputerem i piszę teksty. I to daje dużo lepsze efekty niż miałbym się zamykać w jakimś rygorze.

O.: Ok, zajmijmy się najpierw może Centurion, bo to w tej kapeli cokolwiek póki co się dzieje. Po bardzo fajnym materiale „Serve No One” wydaliście „Extinction”. Nie wiem jak inni recenzenci, ale ja wyczuwam u Was lekki zwrot w stronę mieszanki black i death metalu. Czyli jakby do korzeni, bo o ile pamiętam „Conquer & Rule” miał w sobie sporo takiego jadu. Zgodzisz się ze mną?

A.D.: Na pewno jest w „Extinction” spora dawka mroku i to takiego, którego nie było nigdy wcześniej w muzyce Centurion. Skojarzenie z black metalem jest o tyle trafne, że na tym materiale zaczęła nam kiełkować w głowach wizja bardziej transowej, opartej na klimacie, jednak wciąż bardzo brutalnej i jak powiedziałeś „jadowitej” muzyki. Dużą rolę odgrywają także produkcja i przekaz, który jest bardzo apokaliptyczny i dla wielu osób niewygodny, nawet jak na death metal. Myślę, że to wszystko razem generuje w słuchaczu takie właśnie odczucia.

O.: „Extinction” trwa zaledwie kilkanaście minut. Myślisz, że zaspokoiliście głód maniaków takiego grania, szczególnie jeśli tęskno im było do dźwięków generowanych przez Centurion?

A.D.: „Extinction” od początku miał być minialbumem i szczere powiedziawszy wali mnie czy to kogoś zaspokaja czy nie. Taki był koncept. Poruszamy bardzo konkretny temat, jednak poświęcenie mu całej płyty byłoby bez sensu. Te pięć utworów w zupełności wystarcza do tego byśmy wyrazili się odpowiednio zrozumiale.

O.: Ano właśnie. „Extinction” poświęcona została, jeśli mogę tak to ująć, ekstremalnym islamistom. No właśnie, rozróżniacie tutaj jakoś na radykalnych świrów z brodami po cycki i pozostałych muzułmanów czy ogólnie wrzucacie tu wszystkich do jednego wora?

A.D.: Oczywiście nie mogę postawić znaku równości pomiędzy obrzezaną muzułmańską kobietą np. z Jemenu, która jest praktycznie ofiarą chorego systemu wyznaniowo – społecznego, a fanatykiem, który rozjeżdża ludzi ciężarówką w imię Allaha. Jednak wciąż istnieje pomiędzy nimi wspólny mianownik, którym jest religia. Problem z islamem polega na tym, że stanowi on kompletny system nakazów i zakazów, którym jeśli się sprzeciwisz to czeka cię kara – włącznie z karą śmierci. I dla mnie jako totalnego liberała jest to chore. To jest rodzaj faszyzmu, tym bardziej niebezpiecznego, że w teologicznym wydaniu.

O.: Ok, ostatnio w Polsce i w ogóle w Europie rozgorzała dyskusja na temat wpuszczania uchodźców, którzy to niby niosą zagrożenie. I że jak przestanie się ich wpuszczać to będzie pięknie i spokojnie, ale co zrobić z tymi, którzy na przykład są Europejczykami w drugim pokoleniu i nagle im odpierdala? Jakieś pomysły, jak w takim przypadku należy się według Ciebie zachować?

A.D.: Nie jestem politykiem i nigdy nie będę. Nie podam Ci dobrej recepty na rozwiązanie problemu uchodźców. Ten temat jest eksploatowany obecnie przez wszystkie możliwe frakcje i wykorzystywany w wielu rozgrywkach politycznych. Faktem jest, że wpuszczanie na kontynent setek tysięcy ludzi, których kultura i system wartości są totalnie odmienne od europejskich i wiara w to że się zasymilują to utopia. Z drugiej strony takie podejście to żadna nowość i nic dziwnego, że np. we Francji różnice kulturowe w połączeniu z różnicami w poziomie życia są dobrym podłożem do rodzenia się ekstremizmów. Jedynym sposobem na ograniczenie tego zjawiska może być ściganie z paragrafu przywódców religijnych, którzy są najczęściej katalizatorem dla terroryzmu. W większości europejskich miast jeśli wyjdziesz na ulicę i zaczniesz wykrzykiwać hasła na cześć Hitlera to wylądujesz w więzieniu. Tak samo powinni być traktowani ci którzy popularyzują salafickie mądrości islamu.

O.: To zmiana tematu. Centurion nie ma szczęścia do wydawców czy jesteście tacy grymaśni? Debiut ukazał się w Apocalypse Productions, dwójka w Godz Ov War Productions, a nowa EPka własnym sumptem…

A.D.: Muszę Cię poprawić – dwójka wyszła pod szyldem Psycho, natomiast Greg z
Godz Ov War sporo nam pomógł przy promocji [fakt, tak było – przyp. Oracle]. Do rozstania z Apocalypse doszło jedynie z powodu tego, że Mitek zawinął działalność, skupiając się na innych sprawach. Wciąż jednak jest bardzo blisko zespołu, wpada do nas do studia, pożycza różne profesjonalne graty, doradza i generalnie sporo nam pomaga. Jeżeli chodzi o kontrakt na drugi album to nie do końca byliśmy zadowoleni z tego jak wytwórnia potraktowała kwestię promocyjne, było nas po prostu za mało. Dużo więcej osiągnęliśmy teraz samodzielnie przy okazji „Extinction”, bazując na mediach społecznościowych, kilku prywatnych kontaktach i własnej pracy.

O.: No to teraz Pyorrhoea – nie ukrywam, że bardzo lubię ten zespół, ale najbardziej leży mi chyba Wasze wcześniejsze wcielenie, powiedzmy z debiutu, dwójka i trójka też są OK. W sumie odeszliście też od tematyki gore w trochę poważniejsze klimaty, więcej zrobiło się wojny, konfliktów i tak dalej… Z czego ta ewolucja wynikła?

A.D.: Pyorrhoea od zawsze była zespołem, którego ambicją było tworzenie jak
najbardziej ekstremalnych form przekazu. Z drugiej strony lubimy cały czas mieszać, rozwijać się. Siedzenie w jednym gore’owym sosie szybko by nas znudziło. Dlatego poszliśmy dalej. Teksty na „I Am The War” wcale nie są mniej ekstremalne niż wcześniej. Są mniej dosłowne, ale to wciąż sceny z najgorszych sennych koszmarów.

O.: Nie wiem, może mi się wydaje, ale widzę pewne podobieństwo między ścieżką Centurion oraz Pyorrhoea – obie kapela wydały debiutu w dość konkretnym stylu, potem lekko go zmodyfikowały, by ostatecznie powrócić do muzyki kojarzącej się bardziej z wcześniejszą twórczością – „I am the War” przecież jest na moje ucho prostsze i bardziej bezpośrednie niż „The Eleventh: Thou Shalt Be My Slave”… Gadam farmazony, czy gdzieś tam jest w tym ziarno prawdy?

A.D.: „I Am The War” kompozycyjnie jest najbardziej „rockowym” i „muzycznym”
materiałem. Znacząco zmieniliśmy podejście do kompozycji na tej płycie. Odeszliśmy od podejścia „zróbmy takie coś co zmiażdży ludziom czaszki” na rzecz „zróbmy takie coś co zmiażdży ludziom czaszki, a przy tym wciąż będzie muzyką”. Siłą rzeczy wyszło trochę mniej skomplikowanie, wpuściliśmy do materiału więcej powietrza, ale to nie jest już prostota wynikająca z chęci prymitywnego przypierdolenia jak na „Desire…”, ale z bardziej ambitnej wizji muzyki.

O.: Żeby też nie było że Wam słodzę to najmniej z wszystkich albumów Pyorrhoea podchodzi mi Wasz ostatni krążek. Nie wiem, wydaje mi się mimo wszystko łagodniejszy od poprzedników. I chyba nie jest tak popularny wśród maniaków jak dwa pierwsze albumy. Na ile jest to wynik tego, że nie został dołączony do „Thrash’em All”, który wtedy już chyba nawet nie istniał, a na ile po prostu wpływ miały na to inne czynniki?

O.: Nie mogę się zgodzić. Oczywiście dla części purystów gatunkowych Pyorrhoea skończyła się na „Desire…” tak samo Metallica na „Kill’em All”. Ogólnie ostatni album miał bardzo dobre przyjęcie choć siłą rzeczy nie dotarł do tak szerokiego grona jak poprzednie. Po drodze zmieniły się czasy, ludzie inaczej słuchają muzyki z innych źródeł. Niedawno zaczęliśmy rozwijać się w dystrybucji cyfrowej – Spotify, Tidal… Dzięki temu coraz więcej osób poznaje naszą muzykę, mimo że aktualnie nie mamy za sobą wsparcia wytwórni.

O.: Skoro już poruszyliśmy temat „Thrash’Em All”, jak wspominacie współpracę z Massive Management i Mariuszem Kmiołkiem?

A.D.: Bardzo dobrze. W tamtym okresie to było optymalne rozwiązanie. Budżety na sesje nagraniowe w najlepszym w Polsce studio, trasa z Decapitated, Metalmania, bardzo dobra promocja, wywiady, reklama… Mariusz tolerował nawet zarzygane korytarze i rozjebane pokoje w hotelach, więc nie mieliśmy na co narzekać hehehe…

O.: Zasadniczo muzyka Pyorrhoea jaki Centurion różnią się od siebie, pomimo że obie można wrzucić do jednego wora z napisem death metal. A korci Cię jeszcze może stworzenie kapeli w jeszcze jakiejś innej konwencji, czy to death metalowej, czy metalowej ogólnie?

Mam pomysł na zrobienie mrocznego stonera z kobiecymi wokalami. Nawet już
powstały szkice kompozycji, ale na razie muszę to z pewnych względów odłożyć w czasie. Jak sam napisałeś nie jestem typem siedzącym non stop z gitarą. Z drugiej strony Pyorrhoea będzie się teraz poruszać dużo mocniej w kierunku grindcore. Niektóre nowe kompozycje z Pavulonem mają po kilkadziesiąt sekund. Więc z tym death metalem to też nie do końca…

O.: Nie wiem czy odnoszę dobre wrażenie, ale zawsze wydawało mi się, że kapele z Warszawy tworzą coś na wzór wewnętrznej sceny – często jeżdżą wspólnie w trasy, organizują koncerty gdzie przeważająca większość kapel pochodzi ze stolicy i tak dalej. Nie mówię, że to źle, zastanawiam się tylko czy faktycznie czujecie jakąś wewnętrzną, mocniejszą wspólnotę?

A.D.: To nie jest tak, że jesteśmy jakimiś lokalnymi patriotami. W Warszawie jest kilka dobrych zespołów, jest też sporo gównianych. Myślę, że ta wspólnota muzyków to coś dużo szerszego, sięgającego poza jedno miasto. Ja osobiście mam masę przyjaciół w całej Polsce. Warszawscy metalowcy często razem grają, razem jeżdżą na koncerty, ale to bardziej kwestia logistyki niż więzi międzyludzkich. Pewnym wyjątkiem są może na tym tle właśnie Centurion i Pyorrhoea. Mimo że akurat nie gramy razem zbyt często wspólnych koncertów to jesteśmy prywatnie paczką bardzo dobrych kumpli i widujemy się nie tylko w związku z zespołami.

O.: Ok, na dniach zagracie w Rzeszowie, więc pytanie może głupie (a może nie) – z czym osobiście kojarzy Ci się Rzeszów?

A.D.: Z grubymi baletami. Pamiętam nasz ostatni koncert z Pyorrhoea na trasie w 2013 roku, a w zasadzie powrót z miasta do hotelu. Współczuję po dziś dzień pani sprzątającej… wcześniej zazwyczaj też bywało srogo. Poza tym macie w okolicy zawodową ekipę zuchów.

O.: Dobra, nie męczę więcej. Dzięki za wywiad i do zobaczenia w Rzeszowie!

A.D.: Do zobaczenia!