Dead Lord: „Wszystko inne poza rock’n’rollem jest głupie i ludzie powinni przestać to robić!”

Dead Lord polubiłem odkąd wpadł mi w łapy ich singiel „No Prayers Can Help You Now”, a potem to już poszło – każdy kolejny materiał tak wspaniale trafiał w moje gusta. Ale nie mogło być inaczej, bo Thin Lizzy jest jednym z moich ulubionych klasycznych zespołów. I choć sam Hakim, założyciel kapeli zdaje się być już czasem lekko tym porównaniem znużony… nie poradzisz. Fajne jest jednak to, że obserwowałem sobie ich krótką karierę i czułem w kościach, że panowie się wybiją. I proszę – „Heads Held High” wydane w Century Media Recors. Aktualnie trwa trasa zespołu, za dwa tygodnie obejrzę sobie Dead Lord w Krakowie, do czego Was zachęcam! A wcześniej, poczytajcie co miał do powiedzenia śpiewający gitarzysta Szwedów.

Oracle: Hello! Planowałem ten wywiad już jakoś po Waszym debiucie, ale jakoś się nie udało, więc tym szczęśliwszy jestem, że teraz jest wszystko OK! Zwłaszcza, że Wasz drugi album jest równie dobry jak pierwszy – „Heads Held High” ukazało się jednakże już ponad rok temu, czy więc umiecie spojrzeć na niego bardziej krytycznie obecnie, czy może dalej jesteście podekscytowani jak w dniu premiery i traktujecie go jak świeżutkie i pachniutkie niemowlę?

dead lord2Hakim: Hey! Cóż, jest to album. Oto czym jest. Tak naprawdę nie możesz zmienić go gdy jest już po premierze, dla nas nie ma więc sensu analizowanie go czy zastanawianie się nad nim po raz drugi. Zamiast tego robisz po prostu nowy album i to nad nim się zastanawiasz. Inaczej oszalejesz. Ale nie martw się, nigdy nie wydalibyśmy czegoś, z czego nie bylibyśmy w pełni usatysfakcjonowani.

O.: Nie mam pojęcia, czy wcześniej odpowiadałeś już na wywiad dla polskiego ziniacza, ja w każdym razie tego nie wyłapałem, mam więc nadzieję, że nie będzie Ci przeszkadzało, jeśli skoczymy na moment w przeszłość. Powiedz więc proszę coś o początkach Dead Lord, kto poznał kogo, jak to się potoczyło i dlaczego ojcami chrzestnymi Waszej muzyki jest Thin Lizzy, haha?

H.: To był mój pomysł. Po prostu pewnego dnia rzuciłem wszystko i przeprowadziłem się do Sztokholmu. I wsiąkłem. Choć nie wydaje mi się, bym rozumiał wtedy, co to wszystko będzie dla mnie znaczyło, lub ile pracy będę musiał w to włożyć. Ba, nawet nigdy nie przypuszczałem wtedy, że będę kiedykolwiek śpiewał w zespole, ale to po prostu się stało. I teraz naprawdę to kocham. Nawet jeśli wciąż uważam się bardziej za gitarzystę niż wokalistę, nie wyobrażam sobie już innej drogi. Dead Lord założyłem wraz z Adamem. Wiedziałem, że fajny z niego gość i dobry perkusista, zwłaszcza że widziałem go gdy grał z innymi kapelami na kilku festiwalach w kilku klubach. Trochę zajęło, zanim ostatecznie się zgodził grać razem ze mną i spróbował kilku moich melodii. Feeling był świetny i po jakimś czasie dołączył do nas Olle. Z nim była dokładnie taka sama historia. Po prostu wiedzieliśmy o nim. I mimo że on tak właściwie nie pochodził ze Sztokholmu, zgodził się w to wejść. Jako że jestem gitarzystą jestem też bardzo wybredny co do innych gitarzystów. Nie zawsze mi jest z nimi po prostu po drodze. Zawsze chcą grać za dużo nutek i ledwo skupiają się na najważniejszym, na tym, żeby był odpowiedni groove. Ale styl grania Olle po prostu rzucał się w moje oczy (albo raczej w uszy?). Z kolei Tobias (który ostatecznie odszedł, by skupić się na swoim zespole Enforcer) był ostatnim, który do nas dołączył. I wydaje mi się, że w pełnym składzie odbyliśmy może z trzy – cztery próby zanim uderzyliśmy do studia, żeby nagrać singiel. Wszystko poszło bardzo szybko – po byciu zespołem przez około dwa tygodnie po prostu weszliśmy i zarejestrowali dwa numery. Tak naprawdę nawet nie mieliśmy czasu się nad tym dobrze zastanowić. Pierwszy album też został nagrany bardzo szybko – myślę, że zajęło nam to około tygodnia. Urobiliśmy się po samą dupę. A potem Tobbe odszedł z zespołu a mój stary przyjaciel Martin przeprowadził się akurat do Sztokholmu. Jest multiinstrumentalistą i naprawdę dobrym muzykiem, więc logicznym było zapytać go, czy nie zechciałby dołączyć. I oto jesteśmy.

Dead LordO.: Właśnie, prawie od samego początku nie zmienił się Wam skład. Jaki jest Wasz sekret? Zazwyczaj młode zespoły borykają się z masą problemów ze składem, a Was to szczęśliwie omija…

H.: Nie ma żadnego sekretu, może poza tym, że należy pamiętać, dlaczego gra się w zespole. Tak długo jak to możliwe, wprawiamy rzeczy w ruch. Moją filozofią jest to, że nie ma rzeczy świętych, a życie jest zbyt krótkie, by nie robić tego, co się lubi. W dniu kiedy przestaniesz kochać rock’n’rolla powinieneś to wszystko rzucić. Bez sentymentów. Szczęśliwie, my jesteśmy jak Lemmy, będziemy to robić do samego końca.

O.: Dwa pytania temu wspomniałem o kapeli Phila Lynotta. Przemilczałeś to i tak się zastanawiam, czy nie jest irytującym dla Ciebie, gdy wszędzie porównuje się Was do Thin Lizzy? Na przykład część moich znajomych nie kojarzyło w ogóle Dead Lord, dopóki nie zacząłem się ekscytować Waszą muzyką i spamować linkami. Ale i tak wszyscy mówią „Aaa, to ci od Thin Lizzy?”, hehe…

H.: Tak, trochę już mnie zaczyna mierzić to całe porównywanie do Thin Lizzy. Przecież istnieje i istniała masa zespołów grających na dwie gitary, Thin Lizzy było tylko jednym z nich. A sami mamy masę innych inspiracji. Z drugiej strony bardziej denerwowałoby mnie, gdyby ludzie porównywali nas do jakiegoś kiepskiego zespołu. Tak więc cały czas staram się robić dobrą minę.

O.: Myślę, że macie trochę szczęścia, bo wraz z wydaniem „No Prayers Can Help You Now” całą ta fala retro nabrała na sile, myślisz więc, że pomogło to Dead Lord zdobyć więcej rozgłosu? No i poza tym stał za Wami świetny label, który wypuścił zarówno wspomniany singiel jak i „Goodbye Repentance”…

H.: Myślę, że nasze pierwsze wideo przysporzyło nam nieco popularności. Było tak głupkowato wspaniałe, tak totalnie niefajne. Przypadkiem trafił na nie Fenriz z Darkthrone, który prowadzi tego swojego bloga, na którym wspiera mniejsze zespoły. To fajny gość, z bardzo zdrowym podejściem do muzyki i produkcji. Jego pisanina na nasz temat również na pewno pomogła. Śmiesznym może być fakt, że gdy robiliśmy to video to tak naprawdę nie mieliśmy jeszcze podpisanego żadnego kontraktu. Ten czerwony krążek który kręci się na teledysku to singiel starego punkowego zespołu ze Szwecji, który dostałem baaaardzo dawno temu od przyjaciela. Nakleiłem na nim tylko obwolutę do użycia w tym wideo. Takie tam małe oszukaństwo. No i jest jeszcze jedna przydatna rzecz, jeśli chcesz zyskać uwagę innych. Musisz pisać dobre piosenki. Czyli coś, o czym wszystkie te wyprzypinkowane zespoły zdają się nie pamiętać. No ale może to trudniejsze niż kupienie sobie koszulek we wzorki i pomarańczowych wzmacniaczy.

O.: No właśnie, mówiłem o tej całej retro fali, ale tak naprawdę, pierwsze co uderzyło mnie po uszach po odpaleniu Waszego materiału to świeżość, wyraźne wpływy Thin Lizzy, które uwielbiam, a przede wszystkim – szczerość. A nie moda. Mam nadzieję, że przynajmniej z tym ostatnim się zgodzisz?

H.: Niektórzy lubią używać terminu „retro” dla naszej muzyki. Dla mnie istnieje różnica pomiędzy czymś retro a czymś ponadczasowym. Retro ma miejsce gdy coś jest sztuczne, osobliwe i na niby. Ponadczasowe zaś – gdy coś jest niesamowite, jedyne w swoim rodzaju i przemyślane do końca. Klasyczny rock nie powinien brzmieć nowocześnie. Ten gatunek osiągnął szczyt w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, każdy to wie. Nie ma innej możliwości, by brzmiało to inaczej. Za dziesięć lat ludzie będą się śmiali z wielu produkcji nowoczesnego rocka. Ale Rainbow i ich „Rising” będzie wciąż brzmiało tak samo wspaniale jak w 1976 roku.

dead lord4O.: Między Waszym debiutem i „Heads Held High” mamy dwuletnią przerwę. W międzyczasie zmieniliście wytwórnię na Century Media Records, ale podejrzewam, że nie były to jedyne zmiany… Coś jeszcze?

H.: Co więc zmieniło się w Dead Lord? Cóż, Dead Lord dorosło. Na pewno jest teraz więcej rzeczy do zrobienia, więcej ludzi jest zaangażowanych w Dead Lord w jakiś sposób, i tego typu rzeczy. I to jest naprawdę świetne! Staramy się grać tak wiele jak to tylko możliwe, no ale chcemy też złożyć do kupy nasz trzeci krążek. To przede wszystkim zabawa, no ale w końcu też zaczynamy zarabiać pieniądze na zespole.

O.: Porównałem sobie obydwa zespoły i dochodzę do takiego wniosku – nie wiem, czy słusznego, czy nie, że debiut brzmi bardziej dziko, podczas gdy „Heads Held High” jest jakby… spokojniejsze…? No, może nawet jeśli nie spokojniejsze, to pewnie bardziej przemyślane, dopracowane, dojrzałe. Zgodzisz się ze mną?

H.: Zgodzę się. Na przykład, wokale odgrywają na nowym albumie ważną rolę. Na pierwszym krążku moje wokale były chyba bardziej płaczliwe i szorstkie. Na nowym krążku Nicke Anderson dał mi kilka wskazówek. Osobiście lubię bardziej zrelaksowane i wyluzowane wokale i sądzę, że „Heads Held High” brzmi bardziej w stylu Dead Lord. Każdy miał swój wkład i swoje pomysły, dzięki czemu ten album jest lepszy, podobnie jak i teksty sprawiają, że jest lepiej.

O.: Ok, nie jestem muzykiem, nie wiem więc jak napisać świetny, chwytliwy riff lub cały utwór. Ale chciałbym znać Twoje zdanie – jaki jest sekret? Bo popatrz – przecież każdy numer Dead Lord mógłby być hitem, o ile wciąż mielibyśmy drugą połowę lat siedemdziesiątych…

dead lord1H.: Sekret jest prosty – należy wyrzucać kiepskie utwory i nie dopuszczać, by ktokolwiek kiedykolwiek je usłyszał.

O.: Rzeczywiście proste, hehe… OK, gracie rock’n’rolla – z założenia muzykę lekką, przyjemną, wspaniały podkład pod imprezki, piwkowanie, zarywanie dupeczek… Ale Wasze teksty są już raczej poważniejsze, dlaczego?

H.: Bo teksty się liczą. Rzeczy, które mnie w jakiś sposób ruszają są świetną inspiracją. Często też są sposobem na frustrację, zwłaszcza gdy jej źródłem są ważne, duże rzeczy jak polityka czy wojny. Zespół daje nam przywilej, by być lepiej słyszalnymi pod tym względem. A ja byłbym idiotą, gdybym zignorował ten przywilej i pisał jakieś nonsensowne liryki. Jest cała masa piosenek o imprezowaniu czy byciu rock’n’rollowcem. Ale to mnie nie inspiruje do pisania muzyki. Raczej mnie to rozprasza, byłoby więc dość niezręcznym gdybym zaczął o tym pisać. Świat stoi na głowie, niesprawiedliwy i beznadziejny. Ale gdy weźmiesz trochę tej beznadziei i zrobisz z tego piosenkę, przynajmniej robisz coś, by świat był odrobinę lepszym miejscem. I w ten sposób coś co mnie boli sprawia również, że staję się bardziej kreatywny. Ważne jest, by wciąż robić to tak, aby wyszedł z tego świetny, kopiący dupę rockowy numer, ale z ważnym przesłaniem.

O.: Myślisz, że po dołączeniu do Century Media Records staliście się bardziej rozpoznawalnym zespołem? High Roller Records na pewno jest świetnym podziemnym labelem, ale pod względem możliwości promocyjnych na pewno daleko im do Century Media Records…

H.: Tak, dokładnie tak się czujemy. High Roller Records są świetni i na pewno coś tam jeszcze dzięki nim wydamy. Jak na przykład split z The Black Trip. Ale to Century Media Recordd oferują coś czego obecnie potrzebujemy i przyznam, że uwielbiamy współpracę z nimi.

dead lord5O.: No właśnie, w swojej dyskografii macie już jeden split, z zespołem ’77. Kto wpadł na pomysł wydania takiej siedmiocalówki? Zamieściliście na niej cover Blue Oyster Cult, więc rozumiem, że cover Thin Lizzy byłby po prostu czymś zbyt oczywistym?

H.: Słuchamy wielu gatunków muzyki. Oczywiście lubimy wiele hard rockowych czy metalowych zespołów, ale naprawdę słuchamy wielu innych dziwnych rzeczy. Jednak wygladało by to trochę dziwnie, jeśli scoverowalibyśmy Raya Charlsa czy Warren Zevon, wybraliśmy więc dobry rockowy numer. No i mieliśmy po prostu wspólną z ’77 trasę, na której wydumaliśmy, że fajnie byłoby wydać split. I zdecdowaliśmy się zamieścić na nim ten numer, w sumie bez innego powodu, niż ten, że to po prostu fajna piosenka. Jeśli chodzi o Thin Lizzy to z nimi jest tak samo jak z Dio czy Queen – ich się po prostu nie coveruje. Bo i tak nikt ich nie doścignie. To jest po prostu zbyt dobre.

O.: Wkrótce, a właściwie to już trwa, Wasza trasa z Vintage Caravan. Między innymi w Polsce. Szczerze, to wprost nie mogę się doczekać, aż zobaczę Was w Krakowie! Jesteście równie zajarani jak ja, haha?

H.: Tak! To najdłuższa trasa jaką do tej pory odbyliśmy! Wprost nie możemy się doczekać, by wpakować się do busa i szaleć każdego wieczora! Wszystko inne poza rock’n’rollem jest głupie i ludzie powinni przestać to robić!

O.: A w Polsce byliście? Jestem ciekawy Waszych oczekiwań odnoście polskich dat tej trasy. Może słyszeliście coś konkretnego o Polsce i chcecie sprawdzić teraz czy to była prawda?

H.: Cóż, miałem już spotkanie z Żubrówką, która była zdecydowanie zbyt dobra. Ale w Polsce jeszcze nie byłem. Ale to właśnie jeden z krajów, których jesteśmy ciekawi podczas tej trasy. Choć tak naprawdę trudno będzie mieć jakikolwiek czas wolny podczas trasy by wyjść poza salę czy coś. No ale zawsze się staramy mieć choć trochę czasu, by zobaczyć to i owo. Adam na przykład bardzo lubi historię, jarają go te wszystkie stare wytworne budynki i tak dalej. Fajnie jest poznawać nowe miejsce i nowych ludzi. Jeśli chodzi o Polskę, chciałbym sprawdzić stare obozy koncentracyjne [nowych nie mamy póki co – przyp. Oracle]. Pewnie otwiera oczy na cały ten smutek.

O.: Zdecydowanie. A teraz pytanie z gatunku egzystencjalnych, hehe. Gracie sobie rock’n;rolla to pewne. Myślisz, że jeszcze można wymyślić coś nowego w tym gatunku? Stworzyć całkiem nową gałąź? Czy może jesteśmy już w miejscu, że nic nowego już nie powstanie i jesteśmy skazani na poruszanie się w jednym obrębie, modyfikowanie i udoskonalanie, nic ponadto?

H.: Dla mnie klasyczny rock jest trochę jak model naukowy. Nie chcesz wynaleźć czegoś nowego. Jeśli chcesz, wtedy nie jest to klasyczny rock i robisz to źle. Zamiast tego powinieneś popracować nad istniejącymi rozwiązaniami, żeby brzmiały lepiej. Weź kilka pomysłów stąd i stamtąd, dodaj do tego swoje dźwięki, czy jak wolisz „teorie”, byleby pasowały do gatunku. Przecież same podstawy są już cholernie dobre! Skupić się na napisaniu dobrej melodii i nagraniu świetnej piosenki  – to wystarcza! Powinno w każdym razie być wystarczającym do bycia ponadczasowym. Przynajmniej w sześćdziesiąt lat po tym, czym stał się rock’n’roll. Oczywiście możesz wymyślić coś nowego w rocku, ale to trochę tak jak nawrócenie się na scjentologię po lekcji fizyki.

O.: Poza Wami jest jeszcze kilka kapel, które grają rock’n’rolla z taką samą pasją jak Wy, ale nie wiem, czy śledzicie scenę i to co się na niej dzieje, czy raczej olewacie to i trzymacie się tylko starych, sprawdzonych zespołów i nie potrzebujecie żadnych nowych albumów (czyli wydanych po 1990 roku, hehe)…?

H.: Obecnie jest masa wspaniałych zespołów, masa z nich też pochodzi ze Szwecji, w każdym razie – masa tych, które żeśmy odkopali. W zasadzie większość nagrań, które ostatnio kupiłem pochodzi od nowszych zespołów, zwłaszcza tych, które widziałem na żywo. Naprawdę uwielbiam odkrywać nową muzykę! Nieważne, czy to poprzez oglądanie zespołu na żywo, kupowanie ich krążka w sklepie czy słuchanie ich z internetu – ostatecznie to wszystko jest poznawaniem dobrej muzyki.

dead lord 6O.: OK, niektórzy z zespołu grają też w innych kapelach, Adam grał w świetnym Morbis Chron, Olle w Sordid Flesh, a Ty… Masz coś poza tym? Rozumiem, że Dead Lord jest Waszym głównym zespołem, a nie projektem, w którym sobie gracie dla relaksu?

H.: Dead Lord to nasz główny zespół, będzie to oczywiste dla Ciebie gdy zobaczysz ile pracy każdy z nas weń wkłada. Zawsze jest kupa rzeczy do zrobienia, a my do dziś nie ruszylibyśmy się  miejsca, jeśli nie skupialibyśmy się na zespole w stu procentach. Oczywiście mamy też na szczęscie wspaniałego managera, dobrą wytwórnię i świetną agencję bookingową, więc raz na jakiś czas możemy dać sobie weekend czy dwa na pierdoły.

O.: Dobra, kończymy. Jako, że ja też lubię poznawać nowe zespoły, pochwal się co tam ostatnio dobrego i niezbyt znanego wpadło Ci w łapy. Może zainteresujesz tym też fanów Dead Lord. No i dzięki na wywiad, do zobaczenia w Krakowie!

H.: Jak już powiedziałem, jest wiele świetnych szwedzkich zespołów:  Robert Pehrsson’s Humbucker, Black Trip, Imperial State electric, Spiders, Night Viper, Honeymoon Disease czy  Heavy Tiger, żeby wymienić tylko kilka. Dzięki i do zobaczenia! Zdrówko!

 

Autor

9884 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *