Po sesji odsłuchowej „Hubris in Excelsis” nie mogłem wyjść z podziwu, jak zespół o którym chyba nigdy nie słyszałem mógł nagrać tak wyjebany materiał. Scythian, bo o nich mowa jeszcze wiele razy później pojawiał się w moim odtwarzaczu. Za każdym razem wyrywał mnie z butów swoją mieszanką australijskiego wkurwu i true metalowej epickiości. Nie mogłem odmówić sobie wywiadu z nimi. Szybki kontakt, szybkie pytania i bardzo dobre moim zdaniem odpowiedzi. Pewnie po tej konwersacji kilka osób postawi na nich krzyżyk, ale to już ani mój problem, ani pewnie chłopaków ze Scythian. Żeby nie przedłużać, bo czytania sporo, zapraszam do poczytania co duet z Wielkiej Brytanii miał do powiedzenia. 

scythian - band 2014 smallOracle: Hailz! Przyznam szczerze, że „Hubris in Excelsis” to dla mnie największa niespodzianka tego roku. Po tym krążku z zespołu, którego nie kojarzyłem staliście się jednym z moich ulubionych bandów tego roku! Jak myślisz, ilu nowych fanów przysporzy Wam ta płyta?

Von M.: Hail Kuba! Dzięki za zainteresowanie! A jak myślisz, ilu mamy fanów? Ja wiem tylko o lokalnych pijakach z mojego miasta! Więc trudno powiedzieć… Dwóch, trzech?

Vrath: Dzięki za komplement! To świetnie słyszeć, że ta płyta spodobała Ci się aż tak bardzo! Trudno powiedzieć na tym etapie, ilu nowych fanów napłynęło po tej płycie. Zawsze byliśmy niszowym zespołem, nigdy nie podążaliśmy za żadnym trendem czy popularnym gatunkiem. Nie sądzę, że są jakiekolwiek wątpliwości, iż fakt podpisania dealu z Hell’s Headbangers Records wpłynął na jakąkolwiek zmianę. Pod względem brzmienia wciąż zostajemy na liście zespołów, które wymagają czegoś od słuchacza. Tylko czas pokaże, jak wielu z nich rzeczywiście z nami zostało.

O.: Jeden na pewno. Dla mnie pierwszym skojarzeniem po odsłuchaniu Waszej muzyki była scena australijska i scena tak zwanego true metalu z zespołami w rodzaju Cirith Ungol, Manilla Road czy Manowar. Co o tym sądzicie? Wasza muzyka jest zarazem agresywna i epicka, więc zespoły w stylu Gospel of the Horns czy Destroyer666 są moim zdaniem trafnym porównaniem…

Von M.:Wielu ludzi porównuje nas do tych zespołów, co jest rzeczywiście interesujące. Podobają mi się porównania do Manilla Road i Manowar, to coś co rzeczywiście chcieliśmy osiągnąć. Kiedy zaczynaliśmy przyświecała mi wizja bycia death metalowym Manilla Road, ale jeśli o to chodzi, to mamy przed sobą jeszcze czterdzieści lat czekania na to, by zostać docenionym i grać dobre gigi!

scythianV.: Jestem ogromnym fanem „true metalu”, jak trafnie to ująłeś. Uwilebiam wczesne albumy Manowar odkąd byłem szczylem i nie do ukrycia jest to, że inspirujemy się sposobem pisania Rossa the Bossa. Manilla Road to zaś kolejny z naszych faworytów „od zawsze”, tak naprawdę współorganizowałem ich pierwszy brytyjski koncert parę lat temu. Tak daleko jak idą te porównania, miło jest słyszeć, że muzyka którą lubimy (wliczając w to scenę australijską), odciska piętno na naszych własnych kompozycjach. W żaden sposób nie zamierzamy tu nawet tego podważać. Zaczynaliśmy jako zespół mocno inspirowany Sodom i Bathory, ale od tego czasu zyskaliśmy sporo własnej tożsamości… przynajmniej mam taką nadzieję!

O.: Zdecydowanie. Poza splitem z Kawir, o który zapytam za chwilę, pauza pomiędzy obiema Waszymi płytami wyniosła sześć lat. Co zajęło Wam tyle czasu?

Von M.: Nie chcieliśmy wypuszczać gówna, do tego jesteśmy perfekcjonistami! Osobiście dla mnie nie ma niczego gorszego niż album z dwoma zabójczymi numerami i pozostałymi, które są niczym więcej jak zapychaczami. Każdy pojedynczy utwór powinien być niczym hymn!

V.: Sześć lat to cholernie długo, nieprawdaż? Tak naprawdę istnieje nieskończona lista powodów, ale jak powiedział Von M., przede wszystkim nie chcieliśmy wypuszczać kiepskiego drugiego albumu. Mówi się, że masz dziesięć lat na napisanie Twojego pierwszego albumu, ale tylko dziesięć miesięcy na napisanie drugiego. Nie chcieliśmy się podpisywać pod tego rodzaju podejściem. Poza tradycyjnymi problemami ze składem, jesteśmy poza tym nieuleczalnymi, chorobliwymi perfekcjonistami. Większość utwórów przeszło przez długą drogę dyskusji i docierania się. Chaos trudno kontrolować…

scythian1O.: Ale się udało. Ok, skoczmy na chwilę w przesłość. Jak to się stało, że poznaliście się i zaczęli współpracę? Jak wpadliście na to, że chcecie działać jako Scythian?

Von M.: Prawda jest taka, że poznałem Vratha (wokalistę) na ławce. Byliśmy na University College London, otoczeni przez uczących się języków germańskich, i gdy tylko zobaczyłem tego typa wiedziałem, że będą kłopoty. Vrath był cholernie grzeczny przez jakieś dwa tygodnie (jakiś Fiński zwyczaj), ale potem zdałem sobie sprawę, że jest aroganckim chujem i trochę burakiem. Przez jakiś czas chodziliśmy wokół siebie, obwąchując jak psy, obrażając wzajemnie, by po chwili wrzeszczeć razem numery Venom w przejściu. Do tego doszedł alkohol i zaprosiłem go do zespołu, który właśnie założyłem z polskim perkusistą – J.C. Volgardem. Mieliśmy trzy numery i surowy talent – reszta była ambicją.

V.: Von M był (i nadal jest) totalnym obwiesiem, a na moje nieszczęście jest do tego nieopisanie utalentowany. Jego gra na gitarze jest właśnie tym co sprawia, że Scythian jest Scythian. Na nieszczęście dla mnie jest on dodatkowo leniwym ciulem, pozwalającym takiemu kretyńskiemu beztalenciu jak ja na przeczesywanie zasobów ludzkich i wyszukiwanie muzyków odpowiedniego sortu. Obydwaj wychowaliśy się na takiej samej muzyce, więc wspólne pisanie przychodzi nam łatwo. A przynajmniej z perspektywy basisty.

O.: Metal Archives wspomina, że Scythian był również znany jako Scourge, ale nie umiałem znaleźć nigdzie żadnej informacji na ten temat – możecie powiedzieć coś więcej na ten temat?

scythian2Von M.: To tylko jedna z tych gównianych nazw, które przychodzą Ci do głowy, gdy nie możesz wymyślić niczego lepszego. Ja jej nienawidziłem, a Volgard nawet nie umiał jej wymówić („Scrooge?”), ale potrzebowaliśmy jakiegoś tytułu.

V.: Moglibyśmy być dziś o wiele bardziej kultowi, gdybyśmy zostali przy Scourge…

O.: Zarówno „For Those Who Stand Against Us…” jak „Hubris in Excelsis” brzmi jak jakiś pierdolony Rzym, potężny i dumny, ale wciąż zabójczy i furiacki. Trudno jest Wam balansować pomiędzy tymi dwoma stylami – epickim i agresywnym? Jaki macie sposób, by znaleźć złoty środek, powodujący, że Wasza muzyka morduje słuchacza w przeciągu kilku sekund?

Von M.: Ciężko jest nam mówić obiektywnie o naszej muzyce, ale tak, balans jest tu bardzo istotny. Jak każdy inny artysta staramy się postawić most nad dziurą pomiędzy rzeczywistością a naszymi marzeniami i wciąż tworzyć muzykę, jakiej sami chcielibyśmy słuchać będąc fanami. Nie mamy nigdy pojęcia, czy to co wyprodukowaliśmy i napisali będzie się komuś podobało.

V.: Już od tak dawna wspólnie piszemy muzykę, że balansowanie między agresją a epickością przychodzi nam dość spontanicznie. Rzadko okłamujemy się nawzajem, że oto chcemy zrobić tylko agresywny albo tylko wolniejszy kawałek, ale tak naprawdę nie wychodzi nam zrobienie niczego innego pod szyldem Scythian. Jesteśmy ograniczonym ludzkim odpadkiem.

scythian3O.: Czyli nie było żadnego numeru, o którym mógłbyś powiedzieć, że pisało się go wybitnie trudno?

Von M.: Prawdopodobnie „Three Stigmata” z ostatniego albumu. Zespół miał lekkie załamanie przed wejściem do studia, między nami a naszym perkusistą narosło duże napięcie. Rezultat jest bardzo dobry, ale zanim byliśmy choć trochę zasdowoleni powstało siedem czy osiem wersji. To był ostatni numer jaki napisaliśmy, a z doświadczenia wiem, że to właśnie ostatnie numery są najtrudniejsze.

V.: Komponowanie to koszmar i błogosławieństwo zarazem. Obydwaj musieliśmy dorosnąć jako muzycy i kompozytorzy dla Scythian. Nigdy też nie zaprzestaliśmy mierzyć się sami ze sobą. Kiedy dołączyłem do zespołu byłem niewiele lepszy niż powiedzmy, że standardowy gitarzysta rytmiczny, ale lata ćwiczeń uczyniły z nas dobrze zgrany kompozytorski team. Chemia powstawała wraz z czasem. A jeśli chodzi o najtrudniejszą piosenkę, to mogę Ci powiedzieć, że wszystkie one rodziły się w bólach… Ale faktycznie, byłaby to chyba „Three Stigmata”, bardzo nieprzyjemne doznanie…

O.: Uwielbiam Wasz sound, jest czysty i potężny, ale przy tym nie jest wymuskany. Myślisz, że to jest właśnie przykład takiego złotego środka?

Von M.: Haha, Tobie to osądzić, nie nam. Nagrywanie ostatniej płyty mi bardziej kojarzy się ze złotym prysznicem niż złotym środkiem… Jedna z trudniejszych bitew mojego życia.

V.: Greg Chandler z Priory Studios zrobił świetną robotę. Podobnie jak Leon Macey z Dreaming Studios, który zajął się masteringiem. Obie te strony rozumiały, co chcemy osiągnąć i to dzięki nim ten album rzeczywiście brzmi po mistrzowsku.

O.: Dobra, żeby nie było, że tak słodzę – nie podoba mi się okładka „Hubris In Excelsis”… Nie pasuje moim zdaniem do płyty, jest zbyt chaotyczna, trzeba się skupić, żeby zobaczyć co w ogóle na niej się znajduje. Dlaczego się zdecydowaliście właśnie na nią?

scythian4Von M.: Ja ją uwielbiam. To chaotyczna kreacja chaotycznego artysty, stworzona wprost do brzmienia naszej muzyki. A przede wszystkim jest oryginalna. Myślę, że nawiązuje do „As Tyrants Feast…”, ale nie jestem pewien.

V.: Oczywiście zgadzam się z Von M. Śledziłem prace Blanki Dvorak od ponad dekady, w moich oczach jest ona całkowicie unikatową artystką. Moim zdaniem obecnie okładki można ze sobą spokojnie wymieniać, nie są przypisane do muzyki… Nie jest to droga, którą chcemy kroczyć…

O.: Wasze liryki dotykają głónie tematów batalistycznych, przede wszystkim średniowiecznych i starożytnych. Czy to właśnie te okresy uważacie za najlepsze i najciekawsze do opisania? Może jesteście jakoś wydukowanie konkretnie w tym kierunku?

Von M.: Studiowałem historię, to fakt, ale nienawidzę tych wszystkich tak zwanych zespołów od „historycznego metalu”, które skupiają się tylko na jednym okresie czy jednym temacie. Nasze podejście zbliżone jest raczej do linii podjętej przez Iron Maiden, myślę tu na przykład o „Rhyme of the Ancient Mariner”, „Alexander the Great” czy „Flight of Icarus”…

V.: Scythian zawsze był raczej metaforą niż środkiem do niesienia informacji o starożytnych konnych wojownikach. Liryki dotyczą tematów, które nie są ściśle związane z daną erą czy czasami. Ludzka psychika, wrodzona skłonność do przemocy i wojny, niemożność uchwycenia ducha sprawczego, całkowita obsesja na swój temat. Ludzie są nieskończenie zaskakiwani przez samych siebie. To jest nasz wzlot i nasz upadek. Nasza Hubris i nasza Nemezis. Mentalne załamanie opętanego dyktatora może być równie groźne co armia złożona z tysięcy.

scythian5O.: Na splicie z Kawir zamieściliście tylko jeden numer, „Grunwald – 1410 Anno Satanae” i z wiadomych względów jest on dla mnie interesujący. O ile wiem tekst i muzykę napisał A. von M., który ponadto mieszkał przez jakiś czas w Polsce. Jak długo to było, gdzie mieszkałeś? I dlaczego wybrałeś właśnie Bitwę pod Grunwaldem? W polskiej historii było jeszcze kilka innych wygranych bitew, jak Cedynia pczy Psie Pole…

Von M.: Mój dziadek był Polakiem, wciąż mam rodzinę u Ciebie w kraju, więc jakiś czas temu spędziłem w Polsce kilka miesięcy. Konkretnie w Warszawie, pracując się i ucząc „matczynego języka”. Byłem dziennikarzem, pisałem o kulturze i miałem okazję spędzić sporo czasu przy obrazie Matejki „Bitwa pod Grunwaldem” w Muzeum Narodowe, w 2010 roku. Trudno po czymś takim nie zostać zainspirowanym, zacząłem więc pracować nad numerem. Na początku było to osiem minut cyz coś koło tego. A dlaczego Grunwald? Bo to uniwersalna opowieść o ludzkich błędach i hipokryzji. Dwie armie wyżynające się w pień, w imię tego samego Boga, śpiewające swoje hymny, wznoszące swoje chrześcijańskie chorągwie i atakujące się nawzajem…

O.: Scythian składa się z dwóch członków, więc przypuszczam, że rozkład obowiązków kompozycyjnych to coś koło pół na pół? A jak z koncertami? Macie obecnie jakichś sesyjnych muzyków? Na przykład na nadchodzący gig z Crom Dubh?

Von M.: Mniej więcej. Kiedyś pisałem więcej liryków, ale Vrath zrobił dobrą robotę na tym albumie. Na nadchodzących gigach będziemy grać z naszym starym druchem, B. Ironem na drugiej gitarze, oraz z D. z Grave Miasma / Cruciamentum na perkusji.

V.: Tak, pół na pół by się mniej więcej zgadzało. Napisaliśmy ostatni album mniej więcej tylko we dwóch po tym jak nasz poprzedni pałker Volgard opuścił zespół, po raz piąty czy tam szósty. Potem znów powrócił na sesję, ale zaraz po niej musieliśmy się ponownie rozstać. Teraz Von M. i ja pracujemy raczej sprawnie. Nie wydrapujemy sobie oczu jak górskie lwy w okresie menopauzy, jak mieli to niektórzy w zwyczaju.

scythian6O.: Widziałem, że wydaliście ostatnio t-shirt, a jego koncept idealnie pasuje do Scythian. W ogóle do Waszego, że tak się wyrażę, imagu. Na przykład jakiś czas temu ukazał się Wasz debiut opakowany w kształ greckiego hełmu. Można więc powiedzieć, że wszystko co dotyczy Scythian jest w mniejszym lub większym stopniu powiązane ze sobą, stanowi część większego konceptu?

Von M.: Tak, definitywnie był taki jak to określiłeś koncept „Scyta” stojący za naszą demówką i debiutanckim albumem, ale taż jak wskazał Vrath, nie piszemy w kółko na temat wojowniczych wędrowców, łuczników i rzeczach w stylu „chcemy słyszeć płacz waszych kobiet”. Poza tym nie chcemy zostać parodią innej brytyjskiej parodii. Zespołu Bad News i ich singla „Warriors of Genghis Khan”… Jedną z moich głównych inspiracji w okresie, gdy pisałem te kawałki był soundtrack do „Conana Barbarzyńcy” Basila Poledourisa. Ale tym inspirowały się setki zespołów, więc nie ma tu niczego głębokiego ani oryginalnego. Studiowałem historię wczesnego średniowiecza, byłem zafascynowany barbarzyńcami, przygodówkami, sagami i tak dalej, wszystko to więc miało swoje odbicie w ówczesnej twórczości. Teraz jesteśmy jednak daleko ponadto, mamy więcej inspiracji i nie chciałbym, żeby Scythian ograniczał się do jednego tematu czy okresu.

O.: A skoro już rozmawiamy o merchu – ja mogę zrozumieć te wszystkie t-shirty, longsleevy, bluzy, ale jak widzę stringi czy leginsy z logo Behemoth, to myślę sobie, że ktoś gdzieś popełnił błąd. Mógłbyś sobie wyobrazić swój zespół z takim merchem? Myślisz, że istnieje jakaś granica dla podziemnej kapeli w promowaniu swojej nazwy?

V.: Merch to znak naszych czasów, niekoniecznie dobry znak. Muzyka przestała odgrywać najważniejszą rolę, ważniejszy jest ciuszek, który ktoś na siebie wrzuci, bo po tym Cię widać. Metal jest bardzo zanieczyszczony takim podejściem. Nie powiedziałbym, że są jakieś granice, ale raczej dobry i zły gust. A o ile Behemoth jest pionierem tego typu grania we wschodniej Europie, o tyle mnie nie podoba się nic, co nagrlai już od ponad dekady.

Von M.: Ostatnią poważną sprzeczkę na temat muzyki miałem właśnie z fanem Behemoth. Powiedziałem mu dokładnie tak: Behemoth wydał dziesięć albumów, a żaden z nich nie równa się nawet takiemu „Altar of Madness” czy jakiemukolwiek innemu death metalowemu klasykowi. Ich muzyczna spuścizna nic dla mnie nie znaczy, podobnie jak ich do dupy nie podobny merch czy toaletowe książeczki o herezji… Ale – nie mówię, że nie lubię patrzeć na logo mojej kapeli znajdujące się na parze pięknych jędrnych cycków.

scythian7O.: Ha, toś pan pojechał, czekamy na shitstorm… Wspomniałem przedtem o Crom Dubh, w którym jeden z Was się udziela. Ale macie też i inne zespoły w swoim muzycznym CV, możecie coś o nich powiedzieć?

V.: Cóż, może lepiej skupić się na Scythian, niż poświęcać miejsce innym zespołom. Gram na gitarze w Cdom Dubh, ale całą muzykę pisze tam M. Beonetleah, ja tam raczej jestem widzem. Byłem ich olbrzymim fanem zanim do nich dołączyłem, jestem więc wniebowzięty, że mogę z nimi grać. Zanim dołączyłem do Scythian sformowałem jeszcze Craven Idol, black/thrash metalowy akt, który dołączył niedawno do Dark Descent Records. Ponadto mam gazylion innych projektów, bo jestem uzależniony od muzyki.

Von M.: Ja aktualnie nie udzielam się w żadnym innym zespole.

O.: Hell’s Headbangers Records to świetny label, ale mam osobiście wrażenie, że o nowym albumie Scythian jest coś cicho… W związku z tym jesteście zadowoleni z promocji, jaką dla Was robią?

V.: Hell’s Headbangers Records to rzeczywiście wspaniały label! Kupowaliśmy u nich płyty z ich distro od małego! Gdy byłem nastolatkiem to mieszkałem na południ Francji, tam tak naprawdę cała scena to jeden miękki chuj, więc paczki z HHR sporo dla mnie znaczyły. Założę się, że byłem jedynym gościem w naszywkach i z dyskografią Venom w całej okolicy. Promowanie zespołuy to dziś ciężka sprawa, gdzieś ostatnio wyczytałem, że obecnie wychodzi pięć – dziesięć nowych albumów dziennie. Wybicie się jest więc praktycznie niemożliwe. I dlatego to właśnie ziny jak Twój zmieniają to na plus!

Von M.: Hell’s Headbangers Records uczynili nas zespołem na serio, za co jesteśmy im zajebiście wdzięczni! Nie pasujemy zbytnio w dzisiejsze trendy, dlatego nie jest dla mnie niespodzianką, że nie promuje się nas za bardzo. Prowadzenie wytwórni czy distro to przecież zarabianie, mam więc nadzieję, że przynajmniej zwróci się im wydanie nas. Zainwestowali w Scythian sporo czasu i pieniędzy.

scythian8O.: OK, żyjecie sobie w Londynie, stolicy multikulturalizmu. Aktualnie w Europie trwa na ten temat szeroka dyskusja. Osobiście uważam, że Polska nie jest zagrożona najazdem tysięcy imigrantów, jesteśmy za biedni i zbyt ksenofobiczni, haha! Ale chciałbym poznać Waszą opinię, jako ośób, które mają styczność z multi – kulti na co dzień – czy jest tak źle, jak opisuje to prawica?

Von M.: Polacy narzekają na imigrantów, ale w takim razie wyzywam Cię – pokaż mi jeden sklep w Warszawie, gdzie o drugiej nad ranem kupię paczkę Rizla King Size! Nie dasz kurwa rady! Haha! Ale tak serio, jest coś wspaniałego w multikulturaliźmie, nawet jeśli nie jest to idealne. Mieszkam w Ealing, w Zachodznim Londynie, który swego czasu był typowym londyńskim przedmieściem. Po wojnie wielu Polaków wyemigrowało do Wielkiej Brytanii (w tym i moi przodkowie), a olbrzymia ich liczba osiedliła się tu gdzie teraz mieszkam (wtedy też narzekano). Teraz w tej okolicy mieszka też wiele osób z innych kręgów kulturowych. Rozmawiam z nimi wszystkimi, przechodząc sto metrów mogę zjeść coś u Persa, Nepalczyka czy Polaka. Mogę kupić litewskiego browara i poćwiczyć mój rosyjski ze sprzedawcą, pozdrowić w Farsi gościa u którego robię pranie, albo po hiszpańsku typa który sprząta ulicę. Mam tu różne widoki, różne zapachy – grillowane mięso, kawa, deszcz… Pijani Słowacy… Nie masz limitów jeśli chodzi o doświadczenia w takim mieście jak Londyn.

V.: Myślę, że niemożliwe jest, by znaleźć miejsce wolne od dupków (dosłownie i w przenośni), masz miejscowych, którzy są dupkami, imigrantów którzy są dupkami. W Londynie mieszka osiem i pół miliona osób, jest więc tu masa dupków. Multikulturalizm i uczenie się od siebie nawzajem to coś, co pozwala ludzkiej rasie przetrwać. Proces, który zaczął się, gdy pierwsza gówniana meduza wylazła na brzeg jakiś czas temu.

O.: Hah, no moje zdanie jest zbliżone, piąteczka! A wracając do rzeczy już bardziej związanych z tematem – w Londynie zapewne macie też sporo gigów. Zarówno tych typowo podziemnych, jak i tych Dużych. Byliście ostatnio na czymś dobrym? Często chodzicie tam u siebie na koncerty, czy przez nadmiar wolicie siedzieć jednak w domu?

scythian9V.: Z wiekiem coraz bardziej preferuję siedzenie w domu, pociąganie dżinu i słuchanie winyliu. Kiedy pierwszy raz przyjechałem do Londynu dosłownie mieszkałem w halach koncertowych, pamiętaj, że przyjechałem tutaj z jebanego francuskiego turystycznego piekła. Ostatnio byłem na Live Evil Festival. Bardzo mi się podobało. The Dome w Tunfest Park było gospodarzem dla wielu wspaniałych zespołów, pionierów brytyjskiego podziemia, ostatnio znów zostało oddane do użytku. Miałem tam w końcu okazję obejrzeć Bulldozer, to było zajebiste, zwłaszcza że „Alive in Poland” jest bardzo wysoko w moim prywatnym rankingu.

Von M.: Byłem ostatnio na Slaughtbbath z Chile. A mówiąc jeszcze o imigrantach – pełno było typowych die-hardów, haha – Polacy, Południowi Amerykanie, jeden bardzo wysoki Rosjanin, Irańczycy… i ja. Dobrze jest być otoczonym przez takich maniaków!

O.: Dobra, tym fajnym akcentem zakończymy… Na koniec – powiedz mi, jakiego pytania na koniec najbardziej nie lubicie, heeh? Zarówno tego, które Wam zadają, jak i tego, które czytacie gdzieś w wywiadach… No i dzięki za ten zajebisty wju!

Von M.: Jeśli chodzi o Scythian byłoby to – kiedy następny album? Dostaniecie go, gdy już się ukaże!