Jedni w naszej redakcji jeżdżą do Byczyny, inni natomiast na Whitesnake. Dzięki temu macie na Chaos Vault bardzo szeroki przekrój, jeśli chodzi o granie z pazurem.

No, ten praski koncert Whitesnake to tak trochę przypadkiem zaliczyłem, ale jestem z tego powodu cholernie zadowolony. W odległych czasach przedpandemicznych kupiłem bowiem bilet na Guns N’ Roses, których to gig jednak został przełożony. Nie pozostało mi więc nic innego, jak swoje odczekać. W międzyczasie okazało się, że tydzień przed koncertem Gunsów w Pradze wystąpi również i Whitesnake. Widziałem ich w tym mieście już kilka lat temu i bardzo mi się podobało, stwierdziłem więc – a co mi tam! Zwłaszcza, że ogłosili to jako trasę pożegnalną. Inna kwestia, że na trasie pożegnalnej Scorpions byłem z dziesięć lat temu i od tej pory grali w Polsce jeszcze kilka razy. No nic, najwyżej się znów wyfrajerzę.

Generalnie zaplanowaliśmy sobie więc z małżonką wycieczkę do Pragi połączoną z dwoma koncertami. W dzień gigu Whitesnake od rana oczywiście wjeżdżało piweczko i Beherovka w dzielnicy Karlin. Supportem przed Whitesnake było tego dnia Europe, ale że ja znam jedynie ten numer, który zna zapewne dziewięćdziesiąt dziewięć procent z Was, a do tego na wywczas wzięliśmy psa, który na czas koncertu musiał zostać sam w hotelu, stwierdziliśmy, że olewamy Europe. Wbiliśmy więc na sam początek Białegowęża. Po drodze niemal popierdoliłem miejscówki – ostatnio na ekipie Coverdale’a byliśmy w O2 Arena, byłem więc święcie przekonany, że to jest to samo miejsce. A tu taki chuj – koncert był w O2 Universum, niby obok, ale jednak trzeba by było drałować kilkanaście (dziesiąt?) minut do konkretnego wejścia. W ostatnim momencie się pokapowaliśmy i wbili.

O2 Universum to coś na zasadzie hali, ale zdecydowanie mniejszych rozmiarów. Po pokonaniu kilku bramek, zapoznaniu się z jakimiś ludkami w kolejce po piwko (na przykład parą z Estonii, która przyjechała tu na koncert – szacuneczek) wbiliśmy już na miejsce eventu. A tu szok – sala jest na tyle mała, że znaleźliśmy się niemal pod samą sceną, no może kilka metrów od niej. W porównaniu do koncertu sprzed trzech bodaj lat ludzi było zdecydowanie mniej, ale że i sala była mniejsza – nie było tego widać, a wręcz odnosiło się wrażenie koncertu klubowego. Ja totalnie polecam.

W zasadzie Whitesnake weszło na scenę w momencie, gdy i my wbiliśmy pod nią, jak w zegarskim szwajcarku. Zaczęli od „Bad Boys”. Zastanawiałem się, jak z kondycją Davida – ale po tym numerze moje obawy się rozwiały. Gość ma ponad siedemdziesiąt lat, ale wokalnie naprawdę daje radę. Wiadomka, że już nie jest takim słodziakiem jak z teledysków z lat osiemdziesiątych, ale bawidamek z niego nadal niezły – tu rzucił całuskiem, tam złapał się za jaja, gdzie indziej przystawiał sobie statyw jak fiuta. A najlepsze, że sporo lasek to kupowało i nie mówię tu tylko o jego rówieśnicach, hehe. Gość naprawdę dawał z siebie wszystko. Cały koncert to był w zasadzie przekrój, coś a’la greatest hits. Skupili się przede wszystkim na numerach z dwudziestego wieku, z nowszej twórczości to chyba tylko jeden było nam dane usłyszeć. A tak to darłem sobie ryja przy takich szlagierach jak „Slide it in”, „Slow and Easy”, „Fool for Your Lovin”… Oczywiście w największej mierze skupili się na numerach z „1987” no i „Slip of the Tongue”, na czele z „Here I Go Again”, „Is This Love” czy „Crying in the Rain”. Ja tam te płyty bardzo lubię, choć brakowało mi trochę numerów z „Saints and Sinners”, „Come and Get it” czy „Ready n’ Willing”. No ale z drugiej strony wiadomo, które płyty przyniosły im największą sławę. Obecny skład Whitesnake poza Coverdalem i Aldridgem to raczej młodziaki, do tego z kilku państw. Klawiszowiec to Chorwat, a drugi to Włoch na ten przykład. Do tego basistka Tanya, całkiem miła dla oka, no i z doświadczeniem u boku kapel Dee Snidera czy Stevena Adlera. Generalnie – Whitesnake widziało jak zrobić dobre, rockowe show, z solówkami poszczególnych muzyków i tak dalej i tak dalej. David też radził sobie nieźle w konferansjerce między numerami. Dwie godziny minęły bardzo przyjemnie, aż chciało się jeszcze, no bo przecież hiciorów i hitów to oni mają sporo. Koncerty rządzą się jednak swoimi prawami i przy „Still of the Night” czułem, że całość chyba już się kończy. A tu niespodzianka – wjechali z „Burn” – i to jak! Co prawda to numer Deep Purple, ale zabrzmiał wyśmienicie (no i tylko mnie utwierdził w przekonaniu, że kilka takich typowych rockowych killerów by im przy tym koncercie nie zaszkodziło). Po „Burn” nie było już niczego, zespół podziękował, muzycy porozrzucali ze sceny trochę swoich gratów jak pałeczki czy kostki i zwinęli się za kulisy.

Powiem więc tak – absolutnie nie żałuję kasy wydanej na ten koncert i jeśli to faktycznie jest trasa pożegnalna – Whitesnake żegna się z nami w bardzo dobrej formie. Lepiej tak, niżby mieli grać do kotleta, a przy tym pozostawiając wiele do życzenia. Na szczęście tak nie było, więc ten wieczór w Pradze zaliczam do udanych!

Oracle
19331 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

następny artykuł
Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026Relacje

Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026

BartBart8 września 2026
Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026Mystic Festival 2026Relacje

Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026

ŁysyŁysy1 lipca 2026
Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026Relacje

Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026

PathologistPathologist29 czerwca 2026

Skomentuj