Skip to main content

Ten wyjazd był na totalnym spontanie. Do samego końca jeszcze nie wiedziałem, czy jechać czy nie, bo wszyscy z Rzeszowa solidarnie się wykruszyli, a samemu na koncert to tak w sumie… No okazało się, że całkiem spoko.

W piątkowe popołudnie ogarnąłem więc robotę na ile się dało, zapakowałem dupę w białą strzałę i udałem się na autostradę A4 w stronę słońca zachodzącego nad Krakowem. W królewskim mieście bowiem cała rzecz się działa – czyli polski przystanek trasy Watain, Bølzer i Concrete Winds.

Tak naprawdę jechałem głównie dla dwóch ostatnich kapel, ale jak miało się okazać – trzecia również nie zawiodła. Nie wyprzedzajmy jednak faktów.

Gig miał miejsce w Kamiennej 12, całkiem fajnej miejscówce. Tym razem nie będzie też z mojej strony psioczenia na catering i resztę – chyba zdali sobie sprawę, że ludzi dojebie na ten gig, więc po pierwsze uruchomili więcej barów, po drugie wyjebali tę zasłonę oddzielającą miejsce eventu od reszty. Proszę tak robić również na innych gigach. Oczywiście wiem, że to się wiąże z frekwencją, no ale szanujmy gości.

Dobra, jako że byłem woźnicą wypiłem tylko jedno piwko z kolegą Grzegorzem, zaraz po przyjściu, a potem już jechałem na bezalkoholowych. Spoko, że mają tam zeroprocentową APA (czy tam IPA, nie pamiętam) a nie jakieś zasrane radlerki – wszak poważnym metalowcom nie przystoi czcić Szatana przy ptysiu, tutaj przynajmniej smak do piwa zbliżony.

No i jak sobie tego browarka wziąłem i ustawiłem się przy scenie i czekałem na koncert Finów z Concrete Winds. Kolesie wbili w trzech na scenę, a pozamiatali kurwami jakby było ich tam z tuzin. Uwielbiam ich z płyt i w chuj chciałem zobaczyć na żywo, bo wicie rozumicie – czasem z płyt kapela morduje, a na żywca tak se. Tego wieczoru wszystko było idealnie. Zespół, mimo że był pierwszym tego wieczoru, zabrzmiał totalnie, a pod sceną rozpętało się małe piekiełko. Półgodzinny set opierał się oczywiście naprzemiennie o numery z obu płyt zespołu, z niewielką przewagą chyba drugiego krążka. Kurwa, co typy napierdalają ten swój black/death metal to ja nie mam pytań – szczególnie, że wypada on raczej oryginalnie na tle całego nurtu umownie zwanego war metalem. No i już przy samym koncercie Concrete Winds sala była niemal pełna, więc nic tylko pogratulować, że Watain nie wzięło ze sobą jakiegoś chujowego otwieracza – zapełniacza, tylko kapelę z metalowej forpoczty.

Po Concrete Winds zacząłem się szlajać po przybutku, zagadywany przy tym chyba z trzy razy o Ukć. Z tego Białegostoku powinny chyba do mnie płynąć jakieś tantiemy, podobałoby się to dla mnie. Ale jest jak jest, jebać. Poszedłem obejrzeć merchyk, bardzo fajny, ale stwierdziłem że tiszerty jednak nieznacznie przeholowały z cenami, więc odpuściłem, nabyłem sobie za to nareszcie oba albumy Concrete Winds i od teraz będę siał terror z fizycznych nośników. Transakcję uczciłem kolejnym bezalkoholowcem i ustawiłem się pod sceną, bo przyszła kolej na Bølzer.

I co ja mam Wam mądrego powiedzieć? Czy ja trafię kiedyś na koncert Szwajcarów bez spierdolonego brzmienia? Widziałem ich trzeci raz, wcześniej zarówno we Wrocławiu jak i w Krakowie sound położył przyjemność z obcowania z muzyką Bølzer. Tym razem było tak samo. Coś tam się nieznacznie poprawiło od połowy koncertu, ale i tak daleko było do zachwytu od strony dźwiękowej. Bo wykonawstwo to już inna broszka – dla mnie ten duet naprawdę jest w chuj oryginalny i mocarny. Chyba najwięcej numerów zagrali z „Hero” bo poleciał o ile się nie mylę „The Archer” i „Zeus” i na pewno coś jeszcze. Ale nie zabrakło też „A Shepard in the Wolf Skin” czy odegranego na sam koniec „Entranced by a Wolfshook”, przy którym atmosfera sięgnęła zenitu. Bølzer świetnie wypada na żywca, ale potrzebuje do tego naprawdę dojebanego brzmienia, bo ono robi w ich przypadku olbrzymią robotę. A tutaj chwilami trzeba się było domyślać dźwięków niestety. Więc nie mogę powiedzieć, że Bolzer dojebał, ale też nie mogę powiedzieć, że była to ich wina. Niepocieszony tym faktem nie miałem nawet jak zatopić smutków w alkoholu, pozostało mi więc tylko czekać na Watain.  

Watain to nie jest zespół za którym jakoś wybitnie przepadam, moim zdaniem ich ostatni dobry album to „Casus Luciferi” a potem to raczej już tak sobie – przeciętne krążki z jednym – dwoma dobrymi numerami. Oczywiście w mojej opinii. Niemniej jednak liczyłem, że koncert będzie dobry – no i się kurwa nie rozczarowałem. Scena przystrojona w ołtarzyk, kości na drągach, pochodnie i świeczki – widać, że będzie misterium. Kapela weszła w dymie na deski, na sam koniec Erik z płonącą pochodnią, którą po podpaleniu wszystkich knotów i pochodni podarował jakiemuś typowi w tłumie. W sumie ciekawa sprawa – pewnie jakby ktoś szluga zajarał, to by go ochrona wyprosiła z koncertu bez prawa powrotu, ale płonąca pochodnia? Why not!

No dobra, byłem sceptyczny wobec Watain, ale wytrącili mi mój oręż z dłoni tym jak dobry koncert zagrali – wspominałem, że ich produkcje z ostatnich dwóch dekad mają po dwa fajne utwory, a reszta nuda. No to wyobraźcie sobie, że zespół właśnie te fajne numery wybrał i wrzucił w setlistę, więc naprawdę rozjebali – poszło „Night Vision”, „Legions of the Black Light”, „Towards the Sanctuary” i jeszcze inne, ale wszystkie dobre – a najstarszym kawałkiem było chyba „Devil’s Blood”. Erik to w chuj dobry showman i widać, że odgrywa te koncerty z pasją, podobnie zresztą jak reszta zespołu, szczególnie Alvaro, starszy od reszty kapeli pewnie z dekadę. No przyjemnie się to wszystko oglądało, a także słuchało – sound zdecydowanie się poprawił podczas gigu Watain. Ale wiecie co – ja to bym chętnie ich obdarł z tych wszystkich pochodni, kości, stojaczków i wpuścił na gołe dechy, żeby skonfrontować tę muzykę na żywca raz jeszcze ale bez tego całego anturażu. Podejrzewam, że rozjebaliby podobnie. Sam koncert był dość krótki, może z godzinkę – zresztą wychodząc słyszałem utyskiwania jakiegoś typa, cytuję w miarę dosłownie „chuje, człowiek płaci tyle kabzy, a dostaje kurwa godzinę black metalu…” No, normalnie ktoś go ojebał z blackmetalominut. Nic tylko iść na skargę do UOKiKu.

Więc i ja się zebrałem, pożegnawszy się ze znajomymi wskoczyłem w samochód, by przy audiobooku „Chodź ze mną” (no fajna, ale jednak ten autor ma zdecydowanie lepsze książki) udać się w stronę domku. Tradycyjnie po drodze opierdalając maczka, bo i co innego o tej porze…

Naprawdę jestem zadowolony, że stawiłem się w piątkowy wieczór w Krakowie. Watain na żywo to jednak inna jakość niż z albumów. W chuj żałuję Bolzer, że tak zjebano im brzmienie, a biorąc pod uwagę wszystko co napisałem powyżej – koncertem wieczoru było oczywiście Concrete Winds.

Oracle
17028 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Skomentuj