Ostatnio pod względem koncertowym w Rzeszowie dzieje się całkiem dużo, tylko ja mało korzystam. W sobotę ostatniego dnia listopada wybrałem się jednak na rzeszowski rynek żeby w Piwnicach uczestniczyć w wydarzeniu o nazwie Rockowa Noc From the Basement vol 4 w składzie: Sunnata i Narbo Dakal.
Dla tych, co nie żyją w Rzeszowie należy się kilka słów wyjaśnienia. Co to jest ta Rockowa Noc? Kiedyś była to darmowa impreza na rzeszowskich bulwarach, na którą składał się przegląd miejscowych kapel oraz na koniec jakaś główna gwiazda. Teraz to ciężko się dokopać do archiwalnych informacji, więc nie pamiętam co tam grało dokładnie, ale umowny się że jak napisze, że mogły to być wstępy Acid Drinkers czy Proletariatu to Wam naświetli sytuację. Nie uczestniczyłem w tych imprezach zbyt chętnie, bo myślę że nie trudno sobie wyobrazić jak może wyglądać darmowy, plenerowy koncert Acid Drinkers… Trup się ścielił gęsto… Potem ktoś wpadł na pomysł, żeby z tej imprezy zrobić „legitny” festiwal. Było to kilka lat temu i pamiętam, że wybuchła wtedy wielka fala krytyki w necie, bo jak to: „za Rockową Noc trzeba płacić?” Ja akurat jeszcze wtedy miałem nadzieję, że może wśród organizatorów tej imprezy znajdzie się ktoś kumaty i w końcu na Podkarpaciu będzie jakiś ciekawy festiwal. Otóż nie. W „najlepszym” wydaniu stać było organizatorów jedynie na ściągnięcie Korpiklaani i przejecie trasy Vadera wraz z suportami.
W tym roku to był z tą imprezą kolejny cyrk, bo okazało się ze sierpień minął, wrzesień minął, a imprezy nie ma… Gdzieś w październiku ktoś sobie o tym fakcie przypomniał i postanowił sklecić na kolanie kolejną edycję w listopadzie. Edycję dwudniową, na której gwiazdą dnia pierwszego było Deus Mortem, a drugiego Turbo. Warto też zaznaczyć fakt, że występ Deus Mortem ogłoszono na niewiele ponad tydzień przed planowanym koncertem i na dwa dni przed dawno zapowiadanym koncertem w Krośnie (50 km od Rzeszowa) w ramach trasy Krwawy Świt… Ale docierając do sedna. Całą ta inicjatywa przybrała też formę cyklicznych wydarzeń koncernowych o nazwie From the Basement, na których wcześniej grały takie zespoły jak Popiór czy Judas Chrysler Suicide, więc miałem wyjebane.
le tym razem poszedłem i muszę przyznać, że też na początek były niezłe jaja. Zanim jeszcze na scenę wyszedł pierwszy zespół, pojawił się z mikrofonem jakiś koleżka i robił za konferansjera zapowiadając zespoły, opowiadając jak się jara i zachęcając jednocześnie do kupowania merchu rockowej nocy, który zapewne nie sprzedał się na festiwalu. Śmieszne to było i muszę przyznać, że jak długo żyję i trochę tych koncertów wdziałem, tak takie coś nie zdarza się za często, więc postanowiłem o tym napisać. Ale już dość pisania o pierdołach. Zajmijmy się muzyką, a za ten bardzo długi wstęp to proszę o wybaczanie.
Jakoś zaraz po 20 na scenę wychodzi Narbo Dacal. To już mój drugi koncert tego zespołu w tym roku w Rzeszowie. Poprzednio grali w lutym w knajpie znajdującej się dosłownie naprzeciwko Piwnic. Jednak w piwnicach jest jakaś scena i nagłośnienie też lepsze. Wiele Wam nowego nie napiszę, bo był to koncert bardzo podobny do tego sprzed kliku miesięcy. Zespół nic nowego nie wydał i nawet z tego co kojarzę, to set lista się niewiele zmieniła jeśli w ogóle… Zagrali cover Bathory i w sumie tyle by było pisania. Jak poprzednio byłem byłam bardziej na „tak” to teraz muszę przyznać ze mnie trochę wynudzili i już po jakiś 25 minutach czekałem na koniec, a ostatecznie grali ponad 50 minut…
Potem szybkie piwko i pogaduszki. Sunnata instalowała się nieco ponad pół godziny i punktualnie o 21.30 zaczynają. Ja już ich kilka razy na żywo widziałem i wiedziałem, że jak się ich dobrze nagłośni to będzie rewelacja. Początek koncertu zacząłem pod sceną i tam nagłośnienie było mało satysfakcjonujące. Szczególnie krzyczane wokale wręcz kłuły w uszy. Potem przemieściłem się bliżej źródełka piwnego i było zdecydowanie lepiej, ale swoje miejsce znalazłem dopiero w okolicach stanowiska dźwiękowca i tam już zostałem do samego końca. Frekwencja była dość marna, nie wiem czy było ze 100 osób. Może było, ale to max… Myślę ze na frekwencje mógł mieć wpływ odbywający się dokładnie w ten sam dzień koncert Master w pobliskim Krośnie… Wiem że to zupełnie inna stylistyka, ale myślę ze niejeden długowłosy z Rzeszowa miał dylemat… Sunnata zaczęła z kawałkami z nowej płyty. Bardzo dobrze „Saviour’s Raft”, choć miałem wrażenie, że jednak w brzmieniu było coś nie tak. Pamiętam jak widziałem ich w Krakowie chyba z dwa lata temu i tam to brzmienie to była igła… A tu niby było dobrze, ale coś jednak mi nie leżało. Potem zrobiło się dość przekrojowo i przelecieli przez swoją dyskografię dość sprawnie. Zakończyli jakimś starociem z płyty, której wieki nie słuchałem, a mianowicie z „Climbing The Colossus”. Był to chyba „Orcan”. Bardzo mocne pierdolnięcie na koniec. I pora się rozejść. Pomaszerowałem sobie na przystanek i tak oto zakończyłem ten wieczór.




