Skip to main content

Wydawca: Hammerheart Records

Runemagick to kapela stara jak świat. Jej początki sięgają 1990 roku, ale dopiero 1998 był punktem zwrotnym, bo właśnie wtedy wydali pierwszy album. Przygarnęło ich Century Media, z którymi związani byli przez kilka lat. Co można zrobić po takim kontrakcie? Ano wrócić do podziemia.

Nicklas ze swoją świtą zostali najlepszymi ziomeczkami z norweskim labelem Aftermath Music. Jedna z ich płyt pojawiła się nawet w 2002 roku w polskich kioskach za sprawą Kmiołkowej inicjatywy wydawniczej. „Requiem of the Apocalypse” było jedną z pierwszych płyt dołączonych do Thrash’em All. Dla niektórych mogła to być wtedy jedna z pierwszych oryginalnych płyt w ogóle. W 2007 Nicklas (wokal, gitarka), jego żona Emma (bas) i ich wieloletni kolega Daniel (perkusja), po wydaniu 10 pełnych płyt i wielu pomniejszych rzeczy, wstrzymali działalność Runemagick

Chłopaki zajęli się innymi rzeczami. W tym także we dwóch grywali w kapelce Heavydeath, gdzie rzeźbili podobną muzę już bez Emmy. Może Nicklas chciał trochę odpocząć od małżonki? W tym okresie Daniel zaczął także grać w Katatonii. Nareszcie chłopu spłynęło trochę grosza. Przenosząc to na polskie podwórko, to trochę tak, jakby grać w The Dead Goats, ale żeby mieć co jeść, to zacząć uprawiać chałturkę na weselach. Artysta jak głodny, to płodny, ale każdy ma swoje granice, mehehe.

Jako szalikowiec Runemagick mimo wszystko nie byłem szczególnie zainteresowany poczynaniami Heavydeath, ale ich pierwszy album nawet mi podszedł. Ostatecznie całe to trio spotkało się po 10 latach przerwy znowu pod szyldem Runemagick w 2017 roku i rozpoczęło kontynuację tradycji. Tak oto dochodzimy do dnia dzisiejszego i trzynastej już płyty tego szwedzkiego ansamblu. Prawdopodobnie nigdy nie grali jakoś wybitnie, ale było coś w tych prostych środkach, jakie stosowali w swoim powolnym death/doom metalu, co po prostu mi odpowiadało. W mniejszym lub większym stopniu nagrali również po raz kolejny to samo. Ale czy w jakiś sposób mi to przeszkadza? Ni chuja. 

Są takie kapele, które po kilku takich samych albumach zwyczajnie mi się przejadają. Runemagick natomiast słucham od czasu do czasu od blisko 20 lat i ciągle mnie nawet ciut grzeje to ich podejście do metalu. Na „Beyond the Cenotaph of Mankind” mamy sześć kawałków, które wypełnią wam 48 minut czasu ziemskiego. I kto zna i lubi ich poprzednie nagrania, ten poczuje się znowu jak z puszką ulubionego browarka. Trochę jak pies, który wpierdala tę samą karmę po raz tysięczny, ale merda ogonem z ukontentowania, bo to prawdziwe delicje. Od razu rozpoznacie wałkowane od lat patenty, riffy i proste rytmy Daniela, które prawdopodobnie mógłby odgrywać nawet przez sen. Wokal Nicklasa w dalszym ciągu daje radę, i mimo że chłop zbliża się już do pięćdziesiątki, to warczy jak stary niedźwiedź i nie brzmi, jakby uchodziło z niego życie. Ta ekipka dalej robi swoje, a mi się znowu morda cieszy. Na tym etapie nie jestem nawet w stanie powiedzieć na ile faktycznie dobra jest ich muzyka, ale mi smakuje i chuj. 

Kawałki mimo oscylowania wokół 7-8 czy nawet 12 minut w żadnym stopniu nie zdają mi się dłużyć czy nużyć. Dosłownie każde posmyranie gryfu wchłaniam tu jak trzydziestkę zmrożonego destylatu. A takich trzydziestek jest tu dość sporo. Wszystko to klimatem zdaje mi się być trochę takim muzycznym odpowiednikiem Lovecraftowego nienamacalnego, czającego się gdzieś głęboko pod ziemią mroku, zła czy innego chujstwa. Miarą tego, jak dana muzyka mi się podoba, jest to, jak szybko taki album mi zlatuje. Zdarzają się płyty, które 48 minut zamieniają w festiwal drzemki, tu natomiast ani się człowiek obejrzy i już wybrzmiewają ostatnie dźwięki, a kolejna pucha stoi osuszona.

I gdybym miał się do czegoś przyjebać, to jedynie do okładki. Średnio mi leżą te bohomazy, ale wizualne ozdobniki moim zdaniem nigdy nie były mocną stroną tej kapeli. Nawet ten wulkan Girardiego z poprzedniej płyty to prawdopodobnie jedna z najmniej ciekawych okładek w jego karierze (a chłop maluje tego tyle, że pewnie jej nawet nie zauważył). Najlepiej wypadały w tym wszystkim pierwsze trzy covery z okresu randkowania z Century Media, kiedy to za obrazki odpowiadał Axel Hermann, którego możecie znać z pierwszych albumów Iced Earth, Grave, Unleashed czy Asphyx. Ale to już czasy mocno odległe.

Warto było, moim zdaniem, poczekać te prawie cztery lata, jakie minęły od ostatniego longplaya. Także dlatego, że ten krążek z 2019 jakoś po mnie spłynął. Nie wiem czy magikom zabrakło wtedy tej iskry, czy po prostu płyta trafiła na zły moment. Teraz to już i tak nieważne, bo w sumie to nawet jaram się nowym wydawnictwem. Czy warto? Nie wiem, na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć, hehe. Ogólnie to nie polecam tej płyty, ale mi się podoba.

Ocena: 7,5/10

Pleban
76 tekstów

Newsy

Krążek Hellwaffe już jest

OracleOracle13 stycznia 2016

Skomentuj