Jesienne wichry wieją, niezaprzeczalnie idzie zima, a do bydgoskiej Estrady po nieco ponad trzyletniej przerwie – w tzw. międzyczasie wypuszczając dwa kolejne wydawnictwa 0 powróciła Śląska Furia. Silniejsza niż kiedykolwiek przedtem, obecnie jeden z najpopularniejszych polskich zespołów metalowych. Głosy przeciwników słychać coraz ciszej wśród fali peanów umieszczających ostatni pełen album zespołu, „Księżyc Milczy Luty”, na listach najlepszych wydawnictw roku 2016. Nie widziałam Furii w klubie od czasu trasy z Samael, była to więc dobra okazja, by zweryfikować swoje wrażenia pod kątem nowego materiału.

Sobotnie popołudnie zastało mnie więc na biforku, który niektórzy z nas zaczęli już o 9 rano (zazdroszczę). Parę piwek przy akompaniamencie brutalnych ansambli pokroju Infected Mushroom i zalewani zimnymi kroplami deszczu ruszyliśmy do Estrady, gdzie punktualnie o godzinie 19:00 misterium otworzył zespół Pieśni i Tańca Licho.

To była pierwsza dla mnie okazja, aby obczaić, jak na żywo prezentuje się ta kapela, w swoich tekstach i otoczce koncentrująca się na czymś, co można by nazwać onirycznym aspektem polskiej, zapijaczonej wsi. Panowie przystrojeni w białe koszule i z brodami prosto po wizycie u barbera dzielnie próbowali sprostać wyzwaniu wytworzenia klimatu z płyt na żywo, co nie uszło tak znowu na marne. Wokalista posługiwał się lekko kojarzącą się ze sceną hardcore’ową manierą, miejscami dyrygując pozostałymi muzykami Utwory przeplatane były puszczaną z taśmy narracją. Idę o zakład, że gdyby zapytać członków grupy o inspiracje, w odpowiedziach nie obyłoby się bez gwiazdy wieczoru. Koniec końców całkiem udany występ, po którym po spędzonej na nękanym mroźnym wiatrem podwórzu przerwie na fajkę nadszedł czas na kolejną załogę.

Mowa tu o kultowym w niektórych kręgach zespole Sacrilegium. Poganach z Wejherowa, którzy czasy świetności przechodzili w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątychm po czym zawiesili działalność, by odrodzić się w roku 2015. Zdążyli wydać nową płytę, całkiem niezłą Ep-kę, a jak prezentują się na żywo? Ano niestety, całkiem przeciętnie. Być może częściowo przyczyna leży w tym, iż nigdy nie należałam do wspomnianych kręgów.Jednak mimo wielokolorowych świateł i makijaży black metalowcy wypadli mocno bezbarwnie. Był to występ co najwyżej poprawny, jednostajny, mało porywający i niestety, wcale niezapadający w pamięć. Z ulgą powitałam więc zakończenie, aby wdać się w obligatoryjne okołomuzyczne dyskusje z bdb kolegami i koleżankami.

Przy okazji takowych dyskusji na jaw wyszło, że niejeden uczestnik sobotniej imprezy czekał na pewną kapelę równie mocno, a może nawet bardziej, co na headlinera. Mowa tutaj o Thaw (znanych także jako Tau, Too, Ftoł i kilka innych wersji). Zakapturzonym noisowo – blackmetalowym kolektywie, w którym udzielają się między innymi wszędobylski Artur Rumiński (m.in. Furia, Mentor) czy niejaki Haldor Grunberg (Satanic Audio). Oglądanie na żywo tegoż ansamblu miejscami przypomina obserwowanie lądowania statku kosmicznego – dźwięk wprawia w drżenie części ciała, światła przebijają się przez osłonę zapewnioną przez dymiarki. Członkom kapeli udało się wytworzyć transową, hipnotyczną atmosferę, która pochłonęła zgromadzonych na dobre kilkadziesiąt minut.

Jakiś kwadrans po 22 na scenę wraz z powiewem chłodu, przy akompaniamencie wiwatów (i – jakżeby inaczej – nieodzownych kurew) wkroczyli członkowie zespołu Furia, zaczynając od pochodzącego z ostatniego pełniaka „Zabieraj Łapska”, pod koniec którego Nihil oddał się całkowicie scenicznemu szaleństwu, zmuszając niemal niezauważalnego wśród kłębów dymu technicznego do zwinnego uwijania się po deskach. Z „Księżyc Milczy Luty” poleciały także „Za Ćmą, w Dym”, „Ciało” i poruszające „Grzej”. Z poprzedniej za to można było zasłuchać się w „Ptaki Idą” oraz „Niezwykłej Nieludzkiej Nieprzyzwoitości”. Pod sceną za to raczej nieruchawo, poza paroma opętańcami odprawiającymi dziwaczne tańce. Większość publiki przybyłej dość licznie do Estrady stała spokojnie, obserwując misterium i chłonąc chłodny klimat śląskiego bluesa. Tej formacji należy oddać sprawiedliwość – potrafią zawładnąć zgromadzonymi jak mało kto, nie poprzez rozkręcanie szalonego mosh pitu, ale poprzez wykreowanie adekwatnej atmosfery. Kontemplację zakończyliśmy na niemal już klasycznym „Są to Koła*”, po których zwinęliśmy się z klubu, by grzecznie znaleźć się na niespodziewanym afterku jeszcze przed północą.

Podsumowując, był to całkiem udany wieczorek muzyczno – towarzyski. Frekwencja, jak na Bydgoszcz, dopisała (nawet biorąc pod uwagę dogodny dzień koncertu), a większość kapel nie najgorzej wywiązała się z postawionym przed nimi zadaniem zapewnienia publice rozrywki na wysokim poziomie. Z innych obserwacji wynika, iż liczny nie tak dawno na koncertach Furii target dziewcząt przyodzianych w różne wersje czarnych firan, został zastąpiony przez dokładnie wystrzyżonych, brodatych młodzieńców w merczu Mgły. Jak to będzie w przyszłości, tylko czas pokaże…

 

*bądź też dowolne inne przedmioty, które w danej chwili można wskazać palcem

 

Podziękowania za zdjęcia dla vSpectrum