Z Rogów Kozła – Rytuał I: Damage Case, Carnes, Poisoned, Deadthorn; Klub Metro, Gdańsk; 5.12.2014

Z+Rogw+Koza+Rytua+I+plakatPo świetnych dwóch edycjach The True Blasphemy Night przyszła pora na kolejną, mam nadzieję cykliczną, imprezę w Grodzie Neptuna. Pierwsza edycja Z Rogów Kozła była niezłą okazją nie tylko do zaistnienia na koncertowej mapie ale i do świętowania 5-ciolecia istnienia zespołu Deadthorn. I jak to bywa w tej naszej polskiej rzeczywistości już od początku dopinania składu los nie sprzyjał Pomorzanom. Najpierw z listy gości wypadł szczeciński Raped Christ, a tuż po nim TSMED ze Świnoujścia. To jednak organizatorów nie zraziło i na ich miejsce wpadły hordy Carnes oraz Damage Case, które jak się potem okazało świetnie wypełniły lukę po nieobecnych. No ale od początku.

Z Rogów Kozła - Rytuał I (1)Zimny, piątkowy wieczór co prawda nie sprzyjał spożywaniu płynów wyskokowych, ale dobre towarzystwo – starzy i nowi znajomi – oraz nalewki prosto z kaszubskich rejonów poradziły sobie z niską temperaturą na tyle krótko, że ich niedobór trzeba było nadrobić zejściem do “podziemia” he he.. Choć moja wizyta w klubie Metro była dziewicza i nie spodziewałem się jakoś dużego i przestrzennego lokalu na miarę moskiewskiej Mayakovskaya he he… To co ów lokal mógł zaoferować idealnie wystarczyło, by zespoły i publika były na tyle blisko siebie ale nie wadziły sobie (i tyle, ażeby Eryk mógł postawić swój przebogaty kram Old Temple he he). Po krótkim obadaniu, kto, co, gdzie i jak można było zacząć imprezę.

Jako pierwszy degustacji poddany został butelkowany Specjal… No dobra he he… Jako pierwszy na scenie zainstalował się tczewski młodzieżowy zespół pieśni i tańca tradycyjnego Damage Case, który hołdując dobrze znanej maksymie: drink, fight and fuck mocno rozgrzał bębenki i rejestry słuchowe przybyłych na miejsce. Poleciały więc takie pijackie killery jak “Oldschool Maniac”, “Carrie White” czy też  “I Was Born To Die” i premierowy “VInyl King”. Co prawda ilość kobiecych paparazzich oślepiających charyzmatycznego lidera Thomasa i nie mniej urodziwego Shadocka skutecznie wypełniały pustkę przed sceną (a publiki wcale mało nie było), to trzeba powiedzieć, że występ DC należał do bardzo udanych (choć i tak nie oddali za bilety he he…).

Z Rogów Kozła - Rytuał I (2)Krótka przerwa na kolejny zakup Specjala dla ochłody i już można było usłyszeć pierwsze dźwięki płynące z trzewi wokalisty Carnes. O zespole tyle wiem, że istnieje i już zdążył pokalać świat występami na żywo he he… Kolesie z Kwidzynia zagrali porcję całkiem mięsistego i soczystego zarazem death metalu na starą modłę takich tuzów jak Necrophagia (bez coveru mistrzów oczywiście się nie obyło) czy chociażby grobowców z Obituary. Panowie mocno tłukli po gębie, kości pękały, trzewia wpadły w kocioł rytmów ale publika jakoś nie mogła się przemóc by bardziej żywiołowo dopingować zespół. Dopiero prośba i groźba “jubilata” Żaby sprawiła, że ludzie się ośmielili, a zespół jeszcze bardziej zaangażował w soniczne zniszczenie. Poszły więc kolejne serie pod postaciami utworów: “Human”, “Trench Madness” oraz “The Mayan Calendar” a także “Glinianego Golema” oraz coveru nieśmiertelnego Death na zakończenie setu ponownego odegrania kawałka „Hunger”. Carnes na tyle ośmielony występem bisował, zaś publika była dobrze zrobiona przed kolejnymi metalowcami niosącymi śmierć.

Z Rogów Kozła - Rytuał I (3)Poisoned – bo o nich mowa – mający za sobą już całkiem znośnego demosa he he i split z Persecutor’em (ale tym z Pabianic, żeby nie było) zagrał tego wieczoru jako trzeci. Ponieważ byłem zrobiony już jak Kwaśniewski na Ukrainie, muzyka tczewsko-gdańskiego tria była dla mnie tyleż przyswajalna (i miejscami przewidywana), co orzeźwiająca he he… Poleciały całkiem zacne strzały ubrane w death metalowe szaty z thrash metalowym sosem na dokładkę pod postaciami m.in. “Torment of War” czy równie morderczego “Atomic Discharge”. Poisoned grał w najlepsze, publika szalała a piwo lało się strumieniami. Co dobrze wróżyło przed ostatnim, najważniejszym występem tego wieczoru.

I co tu dużo mówić. Świeczek, kawki i przesłodzonego ambasadora na barokowej porcelanie, jak u babci co prawda nie było, ale był za to prześwietny rozpierdol, którego tak mocno wszyscy oczekiwali. Deadthorn, jeśli już zarzuci swoją sztuką – a robi to ostatnio nieco rzadziej – to robi to na 666% mocy. I jak na 5 latka przystało kopał całkiem nieźle tego wieczoru he he. “Czarny Świt” na otwarcie a następnie “Błogosławiony w grzechu”, “Inferno (Kres i początek)”, zacny “Lęk Pierwotny”, “Upadłe Miasto”, świetny “Gnij!” (z tegorocznego splitu z Upir), “Diabelski Sznur”, “Wieczność” ( z gościnnym występem – a jakże – Alicji P.) oraz wieńczący całe misterium grzechu “Tormentor” nieśmiertelnego Kreatora. Setlista musiała zaspokoić najbardziej wygłodniałych fanów. Intensywny występ przerwany drobnym problemem technicznym z gitarą i wyjściem Thomasa za potrzebą  – bo gwiazdy na pięcioleciu przecież mogą, prawda ? he he – oraz gromkie sto lat idealnie wkomponowały się w cały urodzinowy set Deadthorn, który równie co intensywnie tak szybko (?) się zakończył.

Z Rogów Kozła - Rytuał I (4)

Ogólnie pierwszy, dziewiczy koncert z pod znaku Rogów Kozła wypadł nadzwyczaj dobrze. Po mimo problemów ze składem nie odnotowałem niczego, co mogłoby przemawiać na nie. Zero obsuw, publika pomimo początkowej nieśmiałości dopisała i nie zawiodła, a i urodzinowego piwa wystarczyło dla wszystkich. Czekam więc na edycję numer dwa, która już jest podobno szykowana na wiosnę przyszłego roku. Zaś Deathornom życzę kolejnych tak owocnych lat na scenie i kolejnych tak udanych jubileuszy.

Imprezę fotografowała i zdjęcia udostępniła Victoria Linerv. Dzięki !

Autor

389 tekstów dla Chaos Vault

M. Grafoman, pies karawaniarski... Koneser i nałogowy degustator 40%. Fan zarówno śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii... W 33,4% joürnalist a 66,6% drünk bästard...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *