xxv-neo

Urodzinki, urodzinki… No tak, są na polskiej ziemi ludzie, którzy ciągną wózek zwany zespołem metalowym wbrew wszelkim przeciwnościom losu od bardzo dawna, na przykład od ćwierćwiecza. I wspaniale, bo dzięki temu mamy na przykład okazje raz na jakiś czas być na różnego rodzaju jubileuszach, rautach i benefisach.

Taka okazja przytrafiła się też dzięki temu, że Levi z Neolith pracuje w pocie czoła od dwudziestu pięciu lat i zdecydował się uczcić ten fakt w pierwszą sobotę listopada roku 2016. Jako, że Neolith cieszy się estymą wśród polskich maniaków podziemia, w tym i sporej grupy z Rzeszowa, stawiliśmy się tłumnie w nieodległym Krośnie, w galowych ubiorach, z półlitry zawiniętym w szary papier i kwiatkiem dla żony gospodarza. Trasa minęła szybciorem, nie zdążyłem nawet skończyć jednego (słownie: jednego) piwka otwartego na starcie, a już byliśmy pod Iron Klubem. Kurwa, przyznam, że sam miałbym problem z trafieniem – wejście do klubu przypomina normalne wejście do domu rodzinnego, brakowało tylko judasza i napisu kredą K+M+B, hehe… A i w środku gościnnie i miło. Serio, fajny ten Iron Klub, podzielony jakby na dwie części, z czego jedna była na początku zamknięta roletą jak w bramie garażowej, początkowo dziwiło mnie to rozwiązanie, ale w sumie potem stwierdziłem, że jest ono wielce OK – kapele mogły sobie robić próby, a ludziska im nie patrzyli w tym czasie na ręce. A piwko jakie tanie! No wybornie.

ragehammer

W sumie jakieś piętnaście minut po tym jak weszliśmy do środka swój recital zaczął Ragehammer. Co prawda widziałem ich tydzień wcześniej w Krakowie, ale dobrego nigdy za wiele. No, Tymek i chłopaki zaczęli pięknie i z przytupem, ale ludziska dopiero się schodziły, to po pierwsze, a po drugie – jakoś tak z rezerwą do nich podeszli, chuj wi czemu. Pod sceną kilka osób kręciło głowami oraz dwóch najebanych, podtatusiałych panów skakało jak na jakiejś Comie… kurwa, to jest coś, czego nie lubię w koncertach w mniejszych miastach – w sumie z braku koncertów schodzą się ludzie na wszystko, nie do końca czujący klimat. Inna sprawa, która mnie wkurwiała – fotografowie. Ja wiem, taka robota, ale w którymś momencie obok mnie stało z sześciu typów z olbrzymimi aparatami i pstrykało foty, co trochę przeszkadzało mi w obserwowaniu tych szaleńców. Sam Hellstorm też zresztą był zdegustowany publiką, która zamiast napierdalać stała od sceny z kilka metrów i patrzyła, czemu dawał raz po raz wyraz w sarkastycznych uwagach – prawdopodobnie niezrozumianych, hehe. A przecież było przy czym kręcić baniakiem – „First Wave Of Black Metal”, „Ragehammer Rising”, „I Am the Tyrant” a na koniec „Wróg” oraz przeróbka Gehennah. No ale cóż… Ich strata, zwłaszcza że moim skromnym zdaniem Ragehammer dojebało po całości i było doskonałym otwarciem całej imprezy, zwłaszcza że kapela jest cholernie zgrana, a ostatnie gigi przed największymi hordami chyba dodały im jeszcze więcej agresji i scenicznego wkurwienia. Tak, to możliwe.

furia

Po Ragehammer udałem się naprawić butelkę piwa, bo z mojej ulotnił się cały płyn. W międzyczasie pogaduszki, ploteczki, obrabianie dupy – ot, typowe koncertowe zajęcia, hehe. A pod sceną robi się coraz gęściej, bo deski Iron Klubu miała przejąc we władanie Furia. Furii nie widziałem od dawna, bo chyba ostatni raz podczas Dziczy 2014. Jak tylko weszli na scenę, oblało ją bladoniebieskie światło i Ślązacy mogli zacząć show. A zaczęli bardzo dobrze, od „Kosi Ta Śmierć”, by swobodnie przejść w „Są to Koła”, a następnie w „Krew w Kolorze Bursztynu”. Jednak debiut robi mi najlepiej z ich wszystkich dokonań. Potem poszło chyba coś z najnowszych dokonań, ale nie pomnę co to było, bo mimo tego, że „Księżyc Milczy Luty” odsłuchałem już wiele razy, jeszcze nie kojarzę wszystkich numerów tak jak powinienem. I o ile dobrze zaczęli, to z czasem, przy tych trochę nowszych numerach jakby opadło ciśnienie i trochu zaczęło mi się nudzić… no kurna, why? Nie mam pojęcia. To znaczy koncert Furii był bardzo dobry, ale jakoś nie wszystkie numery są do odgrywania live moim zdaniem. Niemniej jednak ludziom chyba się podobało, czemu się absolutnie nie dziwię. Sam jednak stałem bardziej z tyłu, bo jakoś tego wieczoru miałem człekowstręt.

neolith

Kolejna przerwa, kolejne piwko. Tym razem udałem się już trochę bliżej, by koncert jubilatów podziwiać z bliższa. Nie ja jeden zresztą – ludzi było naprawdę sporo. W ogóle, taka ciekawostka – w ten sam dzień w Rzeszowie grało Decapitated, Corruption i bodajże Antigama, na którym to zjawiło się około stu siedemdziesięciu osób. W Krośnie, na kapelach mniej popularnych natomiast podejrzewam, że spokojnie zjawiło się z trzysta osób. Jednak siła undergroundu to nie w mąkę pierdnął. Ale dobra, wracamy do najważniejszego – ćwierć wieku na scenie to też bardzo ładny wynik. Levi na deskach to doprawdy żywiołowy frontman, ale nawet nie musiał specjalnie zachęcać ludzi do szaleństwa pod sceną. Widać było, że sporo ludzi to bardzo dobrzy znajomi kapeli, część z nich pewnie towarzyszy zespołowi od zarania. Jak na koncertu jubileuszowy przystało, Neolith poczęstował nas przekrojowym materiałem. Nie pamiętam, czy poszło coś z demówek, o ile kojarzę to tak. Nie przytoczę Wam nazw z dwóch powodów – im dalej w koncert tym więcej piw, to po pierwsze. Po drugie, Neolith to ma czasem dość skomplikowane te tytuły i po prostu ich nie pamiętam, musicie mi więc uwierzyć na słowo. Co do samego koncertu – naprawdę przyjemnie oglądało się chłopaków, których wspomagali też – a jakże goście, była dedykacja dla zmarłego 8 lat temu Fila, były podziękowania, śpiewanie „Sto Lat” i ogólnie było bardzo sympatycznie. I o ile nie łykam do końca ostatnich materiałów Neolith, o tyle koncertowo kapela wypada moim zdaniem bardzo dobrze. I widać, że granie live nadal ich cieszy, a to chyba najważniejsze – bo nie wyobrażam sobie, żeby musieli odgrywać niemal godzinny set na siłę.

No, gdy Neolith zeszło ze sceny, ludzie rozpierzchli się po knajpie, więc też nie mogłem zostać bez piwka. Zwłaszcza, że nadszedł czas na Rozmowy Niedkokończone, hehe… No mordek dawno nie widzianych było sporo, można więc było odjebać serię dwuminutowych rozmów o polskiej scenie, hehe… A po wszystkim w coraz większym upojeniu alkoholowym wbić się do wojtkowozu i udać się w drogę powrotną, niesłychanie krótką, w czasie której dzielnie odpierałem zaproszenia Gumy na „tekłilę, co ją mam w barku, choć wpadnij, objebiemy…”, hehe.

Reasumując – naprawdę udane urodziny sprawiło sobie Neolith. Dużo bardzo dobrych ludzi, niemało bardzo dobrej muzyki. Dzięki Levi! Mam nadzieję, że trzydzieste urodziny będą co najmniej tak samo dobre!