XX Years of Violence & Blasphemy: Witchmaster, Embrional, Brüdny Skürwiel; Rzeszów, Klub Vinyl; 16.01.2019

Środa to nie jest zbyt dobry dzień na koncert. Środek tygodnia, człowiek zawalony robotą, na następny dzień budzik zadzwoni brutalnie o za wczesnej porze. Ale tak naprawdę, to jest wszytko nieważne. Taki zestaw w Rzeszowie zdarza się zdecydowanie za rzadko. Dlatego też zamykając w środę drzwi do roboty, udałem się prosto na lekki biforek z kolegą Oracle. Limit trzech piw na wieczór zmniejszył się do dwóch. I pomaszerowaliśmy do klubu Vinyl.

Po chwili wbijamy do środka. Tam bez zmian. Szybkie zerknięcie na asortyment sklepiku: sporo ciekawych koszulek. Każda kapela przygotowała na tę okoliczność coś interesującego. W płytach zespołów prezentujących się tego wieczora można było przebierać, niemniej jednak w kwestii płyt Witchmaster nie byłem w stanie uzupełnić sobie dyskografii o brakujące pozycje… Zamówiłem sobie drugie z trzech piwek i pomaszerowałem pod scenę zobaczyć performance zespołu Brüdny Skürwiel. To była moja pierwsza styczność z tą kapelą na żywo. Z muzyką też zacząłem się zapoznawać stosunkowo niedawno. Niemniej jednak z występu byłem zadowolony. Na scenie mieliśmy czterech jegomości, którzy raczyli się napojami wyskokowymi i widać było, że grać i wypić to oni lubią. Muzyka skoczna, choć do tańca porwała tylko najbardziej najebanego osobnika. Zresztą jest on dość dobrze znany w Rzeszowie z tego, że wszyscy są trzeźwi, a on pod sceną bawi się na czworaka. Nie zmienia to jednak faktu, że mało kto w czasie występu Brüdnego Skürwiela stał koło baru, w kiblu czy palarni. Co grali? Wyłapałem: „Fuck Christ!”, „Queen of Hellfire”, „Satanik Thrash!”, „Evil Rock’n’Roll” czy coś koło tego. Goście też popełnili cover Midnight oraz (po wnikliwej analizie profesora doktora habilitowanego metalurgii) Nifelheim. Gig mi się bardzo podobał. Chamski, bluźnierczy przekaz i opary alkoholu w przypadku Brüdnego Skürwiela robią robotę. Ja niestety nie mogłem oddać się pijaństwu, ale czas między koncertami minął sympatycznie na pogaduszkach i snuciu planów wyjazdowo – koncertowych.

Ani się nie obejrzałem, a tu już Embrional zainstalowany na scenie, zaczyna szarpać struny. Nigdy nie byłem jakoś wielkim fanem tego zespołu. Doceniam ich raczej za poprzednie wydawnictwo. „Evil Dead” jak na razie przesłuchałem jeden raz i to nie w wielkim skupieniu, więc też za wiele Wam na ten temat nie napisze. Z tego, co zapowiadał ze sceny Skullripper, to właśnie główny trzon gigu stanowiły numery z tejże płyty. Poleciało też coś z poprzedniej. Tak naprawdę to postałem chwilę, tak z połowę setu i udałem się do palarni na dymka, który to przerodził się w dyskusję, która trwała do końca ich występu. Na zakończenie dodam tylko, że te ich wałki to brzmiały naprawdę zabójczo. Zakupiłem sobie trzeci browarek, już niestety 1 na 100. W sumie to i tak jest świetne piwo, więc nie ma co kręcić nosem.

Chwile integracji, dyskusji, śmieszkowania i niespodziewanie wybija 21:37. Tak, sprawdzałem zegarek. Nie od dziś wiadomo, że na rozpisce koncertów organizowanych przez Left Hand Sounds można regulować zegarki. Zaczynają! Witchmaster w Rzeszowie grał ostatnio lata temu. I jak ich widziałem ostatnio dość dawno, bo chyba przy okazji trasy „Dzicz”. Ale dzicz to była i tym razem. Goście na scenie zmieniają się w pierdolone zwierzęta. Duet Bastis / Reyash to jest czysta materializacja zła i nienawiści do wszystkiego, co żyje. Tu już publika nie podpierała ścian. Zaczęło się gęściej kotłować pod sceną. Ale jak tu stać spokojnie jak goście chłoszczą takimi numerami jak: „Satanic Metal Attack”, „Antichrist”, „Necromancer”, „Road to Treblinka”, „Blood Bondage Flagellation”, „Masochistic Devil Worship”. No nie da się! Ale mi tego brakowało. Chamstwo, bluźnierstwo, szaleństwo i destrukcja. Tak to wyglądało. Całość trwała około godzinę. To wystarczyło, żeby wypompować z ludzi ostatnie siły. Na koniec dobili „Fuck Off and Die” i tyle. Znakomity występ tego hordes. Choć przyznam szczerze, że nijak się ma do poprzedniej ich wizyty w Rzeszowie. Tam to się działo… I tego kultu rogatego w oparach alkoholu mi trochę brakło… Nie zmienia to fakty, że wieczór zaliczam do zajebiście udanych.

Oby więcej takich w Rzeszowie. Frekwencja była naprawdę dobra i jak ktoś słusznie zauważył: „Ci, co mieli być, to są, tylko trzeźwi”. Amen!

Autor

743 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *