witchmaster-poster-2016-hi-res-728x1024

Wczoraj za oknem było tak jakoś zimno, szaro, ponuro, ale ludzie tacy dziwnie weseli, podchmieleni. Była w sumie ku temu okazja. Koncert czterech zajebistych hordes w Protokulturze! Na który czekałem z wypiekami alkoholika na twarzy przyznać muszę. No ale dobra, ja wiem. Nic o piciu nie będzie, tylko same konkrety.

I w zasadzie mogę zacząć od niedopuszczalnej obsuwy, która tego wieczoru nastąpiła. No panie, idziesz na koncert, a tu organizator wzrusza Ci tylko ramionami, że “ruskie to inna strefa czasowa” i nic z tym zrobić nie może. No ale jak się zaprasza tych, co nastroić się nie potrafią, to ja się nie dziwię he he… Na poważnie jednak, wszystko mimo to było potem bdb, jak zawsze. Kapele sprawnie zagrały, piwo było zimne (i dziwnie dobre tego wieczoru), merch też fajny (dzięki czemu mój portfel do 10 będzie chodził głodny, no i chuj, no i cześć)… No ale wracając do tych Ruskich.

morbital_proto

Morbital wskoczył do składu w zasadzie w ostatniej chwili. I to był, trzeba powiedzieć, dobry ruch ze strony organizatora, że dokoptował ten kwartet. Okazało się bowiem, że Morbital mający w dupie poczucie czasu (chyba jak większość Rosjan), nie w ciemię bity i na death metalu się zna. I to bardzo dobrze. Miejscami tak mocno łoili, że aż czułem jak czaszka pęka mi w poprzek. Ładna porcja śmierci metalu nasycona grindowym nalotem w postaci wokaliz niejednego mógł tego wieczoru zmusić nie tylko do potupania nóżką, ale i wesołej zabawy pod sceną. Mieli pecha, że grali jako rozgrzewacz, ale gdyby dostali czas mniej więcej po środku, jestem pewien że paru ochlejusów by się znalazło do obijania się właśnie pod sceną. Dobry, fajny, żywiołowy set, który w pamięci pozostanie mi na dłuższy czas. Pominę tutaj tylko wokalistę z wyglądem boksera, którego wokal miejscami irytował. Pominę tutaj też jego stateczność, ale poza tym reszta była ok i z chęcią zobaczę ten zespół raz jeszcze.

nekkrofukk_proto

Zaraz po ruskim spirytusie na scenie pojawił się Nekkrofukk. Na ten koncert sala nabiła się już prawie po brzegi. Nie dziwię się, wszak większość zebranych właśnie czekała na nich. I za cierpliwość wszyscy zostali wynagrodzeni po 666kroć. Rozrzut gnoju rozpoczął się niemal natychmiast, zaś strugi odchodów, krwi i szaleństwa popłynęły niczym ścieki do Amazonki. Pierdolnięcie mieli niesamowicie ciężkie i chamsko brudne zarazem. Bas smakował niczym żelkowe cukierki o smaku spermy. Gitara niczym uryna rozsiewała smród i nienawiść, zaś bębny dudniły niczym biegunka samego rogatego. Wokale? Wielki Lord K. wie jak dbać o wodzirejkę, więc i tutaj nie było litości. Co rusz ze sceny płynęły potoki wymiocin wychwalające przemoc i samego diabła. Materiał, który został wręcz wyrzygany zwieńczony był najznakomitszym cover songiem, jaki tego wieczoru mógł – i musiał – rozbrzmieć. Nawet Venom tak idealnie prosto, wręcz tandetnie i pięknie “In League With Satan” by nie zagrał. Szatan mógł być dumny a laski tego wieczoru zapewne miały nie tylko z przodu ale i z tyłu bardzo mokro. Nekkrofukk = zniszczenie. W zasadzie trudno było mi się pozbierać po tym występie. Świat stał się inny, a pojęcie candy crusher nabrało dla mnie nowego, abstrakcyjnego znaczenia.

tortorum_proto

Tego wieczoru byłem też ciekaw występu Tortorum. W sumie jakoś nigdy mnie mocno nie przyciągał ten zespół, ale po jego występie wiem, że muszę się przeprosić chociażby z “Katabasis”. To był naprawdę zacny występ. I nie mówię tego, bo tak wypada. Po prostu. Porcja naprawdę wysokogatunkowego, norweskiego black metalu. Zimnego, miejscami obskurnego, ale i wściekłego zarazem. Siejącego na sali ferment satanistycznego zła, ale nie pozbawiony odpowiedniego, północnego klimatu. Wokale się zgadzały, instrumentarium też. Nie można było się do niczego przyczepić. Szkoda tylko, że Skyggen ma etap Thunderbolt za sobą, bo choć jeden numer z repertuaru tejże grupy mógłby być świetnym zwieńczeniem każdego występu. No ale mniejsza o to, bo rozbrzmiało “Beyond the Earth and Air and Sun” i nic więcej nie było mi tego dnia od tego zespołu potrzebne. Tortorum odwdzięczył się publice jeszcze jednym bisem, po którym udał się na zasłużony odpoczynek. Bardzo dobry występ.

witchmaster_proto1

No i ostatni tego wieczoru zespół egzekucyjny, czyli Witchmaster. Występ ten był jednocześnie debiutem scenicznym Inferno jako gitarzysty. Sprawdził się? No pewnie, kurwa. Zielonogórzanie (trzymajmy się korzeni) po prostu pobili ze skutkiem śmiertelnym, podnieśli i jeszcze raz pobili ze skutkiem śmiertelnym. Ten zespół po prostu jest jak dobre, zielonogórskie wino. Im starsze, tym coraz mocniej kopiące i jeszcze bardziej zajebiste w smaku. Poleciały tego wieczoru same hity: od “Masochistic Devil Worship”, poprzez “Tormentor Infernal” i “Satanic Metal Attack” (to była jakaś pierdolona dzicz!) aż po wieńczący “Fuck off and die!”. Czego tutaj więcej chcieć od tego zespołu? On po prostu jest. Wchodzi na scenę, zabija i schodzi ze sceny. Ten wieczór zdecydowanie należał do Witchmaster. I w sumie dobrze, że pojawiły się barierki przed sceną, bo zapewne co chwila trzeba by było wyciągać okaleczonych z drutu kolczastego. Tak, wojna. Wojna to dobre słowo dla występu tego zespołu, tego wieczoru.

Podsumowując krótko: to jeden z (naj)lepszych koncertów tego roku, który widziałem w Trójmieście.