Witchmaster, Stillborn, Halucynogen, Excidium; Rzeszów, Klub 1/4 Mili; 15.04.2009

Szczerze mówiąc, to bałem się, że przez kabotyństwo różnych ludzi, koncert ten w ogóle nie dojdzie do skutku. Wszak odgórnie ustalono, że przez trzy dni cały, trzydziestoośmiomilionowy naród ma oderwać się od codziennego życia i z żałoby nie wychodzić z mieszkań. Obyło się na szczęście jedynie na zmianie klubu. Wkurwiłbym się, bo Witchmaster mało koncertuje, więc głupio byłoby gdyby koncert się nie odbył. Ale po kolei, jak to powiedział syndyk do prezesa PKP.

Impreza przeniosła się do rzeszowskiego klubu ¼ Mili, no i właściwie chyba to miejsce było wystarczające na tą imprezę, bo część chyba wzięła sobie do serca słowa prezydenta RP i uskuteczniała żałobę w domowym zaciszu. Na szczęście czterech młodzieńców nie przejęło się słowami Lecha II Małego, dzięki czemu publika mogła obejrzeć sobie koncert lokalnych thrashers z Excidium. O ile się nie mylę, to był to trzeci występ chłopaków w karierze, ja zaś jestem kultowy, bo widziałem je wszystkie, hehe. No i cóż tu rzec? Muzycznie było okej, podobnież wizualnie (katany, łańcuchy, gwoździe, nawet odwrócony krzyż znalazł się na scenie), niestety akustyk to sobie powinien włosami łonowymi kręcić, a nie gałkami konsolety, bo Excidium zagłuszało się nawzajem. A szkoda, bo dwoili się i troili na deskach, prezentując utwory z demówki i splitu z Bloodthirst, co mogło się podobać, jeśli tak jak niżej podpisany ceni się szkołę germańskiego grania. I nie wiem, czy wśród publiki jeszcze za mało osób było dostatecznie wstawionych, by pójść w tany, czy zniechęcało ich brzmienie, ale faktem jest że pomimo prób, nie udało się takim dwóm rozkręcić zabawy pod sceną. Cóż, tym razem trzeba się było ograniczyć do headbangingu. Oby przy następnej okazji Excidium miało więcej szczęścia względem brzmienia.

Po młodych gniewnych scenę przejęli trochę starsi, zakręceni. Halucynogen to taki kolejny lokalny twór, złożony z członków Misteria czy Saggitarius. Na wokalu – w mojej skromnej opinii jeden z najlepszych gardłowych w tym smutnym jak pipa kraju – Maniek. Dla mnie to ów młodzian był głównym aktorem tego gigu. Kwartet pogrywa sobie mieszankę death, thrash i core’a z naciskiem na dwa ostatnie. I powiem tak – nie za bardzo pasowała mi ta ekipa pod względem stylistycznym do reszty kapel, których występy było mi dane uświadczyć tegoż wieczora, ale muzycznie panowie byli bez zarzutu. Ubrani w białą odzież ochronną i maski, zabrzmieli już trochę lepiej od poprzedników. Muzyka zespołu Halucynogen zaś rozbujała kilka osób na sali, zwłaszcza, że taki Fiszdik, obsługujący gitarę to znana persona na rzeszowskiej scenie i to od każdej strony, hehe. Ogólnie powiem, iż zespół zaprezentował się very good, chłopcy pograli sobie kawałki z pierwszego demo i zdaje mi się, że coś nowego też się tam zaplątało.

Trzecim zespołem na deskach ¼ Mili był powszechnie znany i lubiany mielecki Stillborn. Kurwa, straciłem już chyba rachubę, ile razy widziałem tych diabłów w akcji, z tego co pamiętam to samych relacji z tych koncertów zrobiłem z trzy, tak więc tym razem będę się streszczał. Stillborn, rozjebał, bo cóż innego mogło się stać? Pomimo, że publiczność od początku brała czynny udział w ich show, Killer prowokował do większej zabawy pytaniami retorycznymi („Co jest, Rzeszów kurwa, żałoba jakaś? Napierdalać!!!” hehe). No i oczywiście piekielnym death metalowym wygarem, którego mam nadzieję, nie trzeba nikomu opisywać szczegółowo. Było naprawdę bardzo dobrze, widać, że zespół jest stworzony do grania w takich małych śmierdzących norach jak klub na Podpromiu. Niestety i u Stillborn brzmienie było dalekie od ideału, przez co ich decior tracił na wyrazistości, czasem trudno było rozpoznać poszczególne numery. No ale to nie ich wina, a mi tam się ta kapela zawsze podobała.

Dobra, pora na danie główne tego wieczora. Bardzo rzadko ta kapela gra koncerty, tym bardziej się dziwiłem, że na ich rzeszowski gig przyszła zaledwie garstka zapaleńców. No ja wszedłem jako jeden z ostatnich, a miałem bilet numer 73. Trudno, to ja będę dzieciom i wnukom opowiadał, jak to kochany papcio bawił się na Witchmaster. Za to jak się bawił! Panowie zaczęli z grubej rury, bez niepotrzebnego pierdolenia. Pod sceną od razu zrobił się ruch i powiem Wam, że jak na tych w porywach kilkunastu maniaków, zrobiliśmy (tak, my – webziniści też bawimy się na koncertach, hehe) całkiem niezły ruch. A Witchmaster przedstawił nam same perełki ze swej dyskografii. Jeśli perełkami można oczywiście nazwać takie obskurne hymny jak „Fuck Off And Die”, „Blood Bondage Flagellation” czy kawałki z nowej płyty – mielący strzał „Trücizna”, „Road to Treblinka” czy „Two-point Suicie”. Kurwa, miazga – na scenie szał, Bastis wykrzykuje kolejne wersy miotając dziko wzrokiem po publice lub patrząc tępo gdzieś w sufit, Basti napierdala na stojąco w swój zestaw, Kali wygrywa z boku kolejne riffy. Jedynie Reyash nieobecny dzięki kurewsko dużej miksturze wódki i gandzi (trzeba był widzieć, jak na czworaka wchodzi na scenę, a na koniec setu wpada w perkusję, hehe). Na scenie czaszki, piszczele, Kali rzuca drewnianym krzyżem który jakaś dobra duszyczka wrzuciła na scenę. Kurwa, chaos i zniszczenie, a to wszystko za jedyne 25 złotych, hahaha. Witchmaster pokazał tego wieczora klasę, szkoda, że ich set składał się jedynie z dziesięciu utworów (czy jakoś tak) i wybłaganego przez publikę bisu w postaci ponownie odegranej „Trücizna”, bez gitary, którą zdążyli już Kalemu odłączyć. Kult. Szkoda tylko, że nie usłyszałem „Black Scum” czy „666 Dominatrix”. Mam nadzieję, że na kolejny gig Witchmaster nie będzie trzeba czekać kolejnych paru lat. Choć może z drugiej strony, lepiej raz na kilka lat, byle w takim stylu, niż koncertować co chwila, ale za każdym razem popadać w coraz większą rutynę. Twórcy „Masochistic Devil Worship” są jedna jak najdalsi od takiego stanu rzeczy.

Mówiąc krótko – kto mógł być na tym koncercie, a nie był, niech żałuje. Wszystkie zespoły pokazały klasę. Oczywiście najbardziej chwalę sobie występ Witchmaster. Klasy natomiast nie pokazał pan-kurwa-pożal-się-boże-dźwiękowiec, a także publika, która się nie zjawiła. Ci, którzy się stawili tego dnia w klubie, na pewno nie mają czego żałować. Szaleństwa nigdy dosyć!

Za foty dziękuję narażającej życie Czarnej666, a resztę możecie podziwiać tutaj.

Autor

10089 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *