trauma, pandemonium i cerebrumNo to może coś się w końcu ruszy w Rzeszowie, co? Tak sobie pomyślałem przynajmniej, kiedy gruchnęła wiadomość, że zawita do nas trasa Pandemonium, Traumy i Fanthrash. Cóż zrobić – trzeba się było stawić, zwłaszcza że dwóch pierwszych dawno nie widziałem, a tych trzecich jeszcze ani razu. A że i znajomych spodziewałem się wielu – to i impreza szykowała się niezła.

IMG_8837aZbiórka u kumpla, kilka szybkich kielonków i piwo, po którym można było wbić do Klubu Vinyl. Niewielka ta miejscówka była w zasadzie wypełniona po brzegi – pewnie była ponad setka, więc całkiem przyjemnie. Weszliśmy do klubu idealnie z pierwszymi dźwiękami otwieracza rzeszowskiego odcinka – Cerebrum. Nie koncertują wiele, kilka lat na karku już panowie mają, ale wciąż sobie panowie radzą – choć zdaje się, że scena była na nich trochę za mała. Najbardziej ruchliwą postacią był i tak Guma, który wyrykiwał polskojęzyczne teksty Cerebrum w stronę dość licznej już gawiedzi. Fajnie Rzeszowiacy pasowali do reszty kapel, wszak zaczynali mniej więcej w tym samym czasie – koncertowo ich muzyka też była niezła do posłuchania – thrash metal zyskiwał agresji z uwagi na wokal i wykrzykiwane niemal teksty. Ponoć kapela chce wrócić do częstszego grania koncertów, więc nie widzę przeszkód, by tak faktycznie się stało.

IMG_8901aPrzerwa, piwko, rozmówki, wódeczka, sik i można się było stawiać na Fanthrash. Kolejna kapela, która po wieloletnim letargu powróciła do grania – i podobnie jak w przypadku Cerebrum mogę przyklasnąć temu pomysłowi. Co najciekawsze ludzi do klubu cały czas napływało, więc drugi zespół oglądała już liczba maniaków, która wstydu nie przynosiła. Fanthrash to połączenie młodej krwi i starej juchy, hehe – co na deskach klubu Vinyl dało niezły efekt, choć pewnie zatwardziałych thrashersów mógł odstręczać wokalista, który zachowaniem scenicznym nawiązywał dość mocno do sceny metalcore’owej. Cóż, nie każdy chce biegać w katance z drugiej strony, zwłaszcza, że gość dawał z siebie wszystko – to było widać. Scena była dla niego zdecydowanie za mała, więc co chwila zeskakiwał te pół metra niżej, do ludzi. Fanthrash w międzyczasie częstował ludzi swoim technicznym thrash metalem. Widać, że kapeli podobała się atmosfera panująca w klubie i wcale się im nie dziwię, ścisk był coraz większy, pod sceną kilka do kilkunastu osób tańczyło toksycznego walczyka, aż miło był to wszystko oglądać – sam jeszcze się wstrzymywałem z pójściem w tany.

IMG_9011s Ale już przy kolejnej kapeli nie mogłem sobie tego odmówić, heh. Zwłaszcza, że kolejna wizyta przy barze zrobiła swoje. Na scenę wkroczyło Pandemonium. Chwila konsternacji – a gdzie jest kurna Paweł? No nie ma gościa – ponoć się rozchorował. Ma pecha widać do Rzeszowa, bo pamiętam jak kilka lat temu odwołali swój występ na trasie z Behemoth właśnie w Rzeszowie, jeszcze w klubie Akademia, bo u to Paweł zaniemógł. Tym razem jednak obyło się bez całkowitej absencji zespołu, a obowiązki wokalne wziął na siebie – cóż, nie mogę powiedzieć, że było równie dobrze, jakby zagrali w pełnym składzie. Było po prostu dobrze. Scena, o ile przy każdym innym zespole wyglądała na napchaną muzykami, tak tutaj świeciła lekko pustkami i nawet metalowe instalacje, które są elementem występów Pandemonium nie pomogły wiele. Tak więc w okrojonym składzie czy nie – panowie dali koncert, a w setliście znalazło się sporo starych numerów, więc wszelkie zgredy były zadowolone, hehe. Pod koniec setu lało się ze mnie litrami, pomimo że raczej wciąż aktywnie nie działałem wiele – ścisk po prostu zaczął się już robić coraz większy. Zagadką był dla mnie tylko pałker, który wyglądał jak wychudzony James Hetfield z 1982 roku tak mniej więcej i zdecydowanie odstawał od swoich kumpli z zespołu, ubranych w coś na kształt sutann. Nieważne, bo wszystko wypadło przyzwoicie. Ale z uwagi na oczywiste rzeczy – tylko przyzwoicie.

traumaPrzed Traumą osobiście byłem już w baaaardzo zabawowym humorze, dzięki czemu po wejściu Mistera i reszty Traumy na deski zapomniałem, że sam sobie przyrzekłem, że w trosce o swoją facjatę będę grzeczny, hehe. A ludzi nabiło – oj, nabiło. Trauma zaś dzięki temu weszła w nad wyraz dobrych nastrojach. Dawno ich u nas nie było, pewnie z trzy lata – no ale cóż, Witching Hour Productions położyło lachę na promocji ich ostatniej płyty, to sami musieli się za to zabrać, dzięki czemu dane było ich zobaczyć w stolicy Podkarpacia. I naprawdę – patrząc na frekwencje tego wieczoru, Rzeszów pierwszy raz od wielu, wielu miesięcy zasłużył na miano stolicy czegokolwiek. Ok, Trauma zagrała w sumie materiał z całego okresu działalności, choć jak dla mnie „Suffocated In Slumber” było podreprezentowane, że użyję politologicznego zwrotu – ale ja ten krążek hołubię, więc mogli by go zagrać dwa razy pod rząd i może wtedy byłbym kontent. No i pod sceną zrobiło się jeszcze bardziej ruchawo. Trauma to jednak co by nie mówić – maszyna do śmierćmetalowego mordowania na wysokim poziomie. Latka lecą, nowe kapele powstają, ale Elblążanie cały czas na wysokim poziomie. I o ile przedostatnia produkcja (a zarazem ostatnia, którą było mi dane słyszeć w całości) zespołu dupy mi nie urwała, tak nowe kawałki Traumy w wykonaniu live rzeczoną dupę po prostu mocno i celnie kopią. Bardzo fajny koncert, szczęśliwie trzon kapeli był na miejscu, więc nie było żadnych przykrych niespodzianek.

Po zakończonym koncercie trzeba było podopijać co swoje i powoli zbierać zgrabne, acz pijane dupy w troki. A ci, którzy są przyzwyczajeni do tego, że na sam koniec każdej relacji z Rzeszowa narzekam jak stara baba będą niestety tym razem zawiedzeni – publiczność dopisała jak jasna cholera – podobno było ponad 300 osób, a ochrona w którymś momencie przestała wpuszczać ludzi do klubu. Czegoś takiego już dawno to miasto nie uświadczyło. Kurwa, naprawdę jestem pod wrażeniem – a co najlepsze, w końcu jakieś kapele wyjechały stąd w pełni zadowolone, hehe! A tak serio, bardzo fajny spęd muzyczno – towarzyski. I mam nadzieję, że to nie koniec.

A za zdjęcia dziękuję Sylwii 😉