Warfist, Taran, Deathstorm; Klub Studencki WySPa, Zielona Góra; 01.03.2019

W wielu miejscach na koncertach bywałem, ale w Zielonej Górze jeszcze nie. Kiedy więc Warfist ogłosił syte Release Party w związku z premierą swojego najnowszego albumu, „Grünberger”, nadarzyła się okazja by to nadrobić, tym bardziej, że supporty były bardzo zacne.

1 marca zatem stawiłem się w Zielonej  dość wcześnie, a to z powodu dziwacznych połączeń. Czasu było sporo. Nie! Było go właściwie w chuj, dlatego spokojnie, w doborowym towarzystwie zwiedziłem miasto, przy czym szokiem dla mnie było, iż nie znajdziecie tam pomników naszego kochanego Papy (według słów Miha z Warfist jest jeden gdzieś na obrzeżach- ponoć). Za to  Zielona Góra upstrzyła architekturę miejską pomnikiem Bachusa.

Gdy zbliżał się czas koncertu, udaliśmy się do położonego kawałek od centrum klubu. „WySPa” robi całkiem fajne wrażenie. Spora sala, dużo miejsc do siedzenia, a także balkoniki, z kótrych można podziwiać z sceniczne harce. No i dla czytelników pewnie najistotniejsza informacja: mają zacne, czeskie piwo w przystępnych cenach. Wewnątrz szybkie przywitanie ze znajomymi twarzami i można było raczyć się wyborną, zimną Holbą. Następnie rzut oka na merch, w tym Godz ov War, gdzie jak zawsze, majestatycznie górował nad wszystkimi Greg, tym razem z elegancką fryzurą. Uszczupliwszy zasobność portfela wzbogaciłem się jeszcze na stoisku obok o ostatni długograj Tarana. Teraz można było lokować się pod sceną bo tam szykował się do zadawania śmierci Deathstorm.

Muzyką Gubinian miałem okazję już poznać przy okazji zakupu ich drugiego długograja, który został wydany przez Putrid Cult. Domowe odsłuchy zadawały obrażenia w pięknym stylu, godnym Morbid Angel, dlatego też liczyłem na solidną porcję scenicznej miazgi. Nie zawiodłem się, bo Deathstorm już od pierwszego kawałka przeorał publikę niczym czołg pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę. Miłym zaskoczeniem też był fakt, że spodziewając się Morbidów, dostałem na żywo solidny wpierdol w stylu Incantation. Gubinianie nie brali jeńców, sprawnie krusząc kości od samego początku kanonadą soczystych, niczym solidny klaps na zgrabny tyłek, riffów, które potrafiły nagle przyjemnie zwolnić. Do tego zacnie smagająca po ryjach perkusja oraz grobowy wokal dopełniały dzieła zniszczenia. Mieszanka ta była pyszna niczym zimna wódeczka (i tak samo gęsta), dlatego też pod sceną szybko zgromadził się tłumek, a i nawet doszło do tańców. Wśród obietnic śmierci i cierpienia wyłapałem „Ascend!”, „Benefactor”, „Land of Severity” oraz „Death is Sacred”. Zacne to było, powiadam Wam, jeśli ktoś jeszcze nie widział Deathstorm na żywo, a ma okazję, to wbijać. Taki metal śmierci to się lubi.

Chwilę oddechu należało dobrze wykorzystać na szybki fajek oraz orzeźwienie ciała zimnym pienistym, a następnie zająć dobre miejsce pod sceną, gdzie do wojny szykował się Warfist. Lubię tych świrów muszę przyznać. Ich wybuchowy thrash łapie mnie za serce i zmusza do intensywnego machania głową, dlatego też liczyłem na solidny wpierdol tego wieczoru. Jak to szło? Proście, a będzie wam dane? No to zostało i to już od pierwszego kawałka, który rozbujał cały klub. Dalej poleciały takie strzały jak: „Death by the Cleansing Fire”, „The Chapel of Death”, „Feasting on Dead Bodies”. Odegrano chyba cały najnowszy album, dzięki czemu mogę śmiało powiedzieć, że nie tylko z odtwarzacza brzmi on zacnie, ale także poniewiera okrutnie na żywo. Gratis poleciało znane i lubiane „Metal to the Bone” odśpiewane wspólnie z publiką oraz „Devil Lives in Grünberg”. Warfist koncertowo zaorał. Znowu, co nie dziwi, bo ten obecnie duet, koncertowo wspomagany przez Nechrista, znanego choćby z Tarana, bez przeszkód umie sprzedać solidne, szybkie proste na pysk, tak by słuchacz prosił o więcej. Cieszy, że kapela nadal trzyma poziom i nie zwalnia tempa. Oby tak dalej!

Na koniec przyszła pora na zespół, na który niemal wszyscy czekali, bo za często ich na scenie nie widać. Mowa, rzecz jasna, o Taran! Kurwa mać, ostatnim razem widziałem ich w 2015 r., jeszcze w legendarnej Ciemnej Stronie Miasta, gdzie zostawili po sobie jedynie popioły. Minęło już sporo czasu, więc trzeba to nadrobić. Chwila nerwowego napięcia, podczas której sala wypełniła się po brzegi i leci to klimatyczne intro z ostatniej płytki, które płynnie przeszło w bestialskie pierdolnięcie w postaci „Reign of Hellfire”. Z miejsca padło kilka trupów, gdzieś płonęły zabudowania oraz lokalne kościoły. Zaprawdę, zaprawdę powiadam czytelnikom, kto wątpił już w formę sceniczną Tarana, ten niech spierdala bo to, co leciało ze sceny było wprost nieludzkie. Rozgrzewka rozpaliła tłum do białości, a tu już leciało następne „March of Shadows” poganiane chłostą przez „Cuius Regio, Eius Religio”. Na „The Black Mark” Bastis gościnnie niestety na wokalu nie pojawił się, ale to nie szkodzi, bo obecny wokalista, podług internetów jest nim Arael, radził sobie świetnie wspomagany dodatkowo przez Draca. Nie mogło się oczywiście obyć bez odśpiewanych wraz z publiką „Popiołów 2014 A.Y.P.S.”. Następnie przypomniano publice, że zielonogórzanie mają w swoim dorobku kilka zacnych coverów, zatem padło na „Under a Funeral Moon”. Piękne było to wykonanie, aż zapewne gdzieś tam na północy Fenriz oraz Nocturno Culto uśmiechnęli się z zadowoleniem. Następnie chwila oddechu przy „Dominus Muscarum”, by poleciało to, na co chyba wszyscy zgromadzeni czekali, ta deklaracja nienawiści oraz pogardy, czyli „Krwią Zbryzgany Nazareński Bękart”. Chaos, jaki rozpętał się wtedy pod sceną był wprost nieludzki, trup ścielił się gęsto, a sztandar piekieł powiewał wysoko tego wieczoru. Przedostatnie poleciało „Exterminantion”, zaś na koniec odegrano coś specjalnego. Tak jak nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji oraz kontroli ze skarbówki, tak ja nie spodziewałem się coveru „Baptism by Fire” Marduka. I to wykonanego tak, że Szwedzi mogliby poczuć się dumni. Jezu do patyków przybity, nad ogniskiem na chrupko pieczony, jak to dewastowało! Chyba po tym całym wywodzie nie muszę podkreślać, że Taran ma się dobrze i niszczy obiekty? Bo to, co zaprezentowano tego wieczoru, to był jebany wulkan pełen siarki i ognia.

Gdy już opadł bitewny kurz, można było wziąć w końcu chwilę oddechu. Imprezę można spokojnie nazwać sukcesem. Frekwencja dopisała, merch był rozpasany, zaś kapele stanęły na wysokości zadania- jeśli tym zadaniem było urządzenie piekła na ziemi. Pozostało więc zebrać manele i udać się na relaksacyjny afterek w zlokalizowanej w centrum, sympatycznej knajpce Jazzkino, bo trud mój skończon jeszcze nie był, a do porannego autobusu trzeba było dotrwać.

Zdjęcia dzięki łaskawości WiosnaFoto. Grazie! Poleca się tę fotografkę!

Autor

58 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *