Wstyd kurwa wstyd! Rzeszów po raz kolejny dał dupy. Nie wiem czy ludziom się już w Łebach przewraca od nadmiaru? Może znak postępu i zaczynamy dościgać Warszawkę tudzież Berlin? Na konert Warbringer przyszło 35 osób. Do środka weszło 30. Klub mieści 500. Co prawda trzy dni wcześniej w tym mieście grała trasa Rebellion Tour, ale do chuja wafla, Hate gra w Rzeszowie trzy razy w roku. Jak tak dalej pójdzie to do Rzeszowa będzie przyjeżdżał tylko Hate, Behemoth i Vader, a gówniarze będą pisać na forach, że prześladują metali, bo nie organizują im koncertów w Rzeszowie.

Okej, upuściłem z krzyża, przejdźmy do relacji. Tak, w środę 24 lutego stolicę Podkarpacia nawiedziła thrash metalowa sfora. W kilku odsłonach. Amerykański Warbringer prosto z trasy z Evile zawitał do Rzeczypospolitej Polskiej, zabierając ze sobą dwie inne kapele – chorwacki War-Head i turecki Affliction. Gościem natomiast był polski Toxic Bonkers. Ale po kolei.

Gdy już wszedłem wraz z nielicznymi rzeszowskimi thrashersami z lokalnego Excidium oczom naszym ukazał się obraz nędzy i rozpaczy – pusta sala, puste loże, gdzieniegdzie wałęsały się jedynie nieliczne, w przeważającej części niepełnoletnie chyba jeszcze metalowe duszyczki. W oczekiwaniu na występ pierwszej kapeli trzeba było się czymś zająć. I tak, albo szukaliśmy po klubie znanych muzyków („Where is fuckin’ Paul Bostaph?!”), robiliśmy w konia fanek o poziomie inteligencji bliskim Joli Rutowicz („Tak, jadę na koncert Bathory”, „Yes, I Am Maciek from Turcja”…) lub po prostu chłeptaliśmy piwa. No i w końcu na scenę wszedł pierwszy zespół. W zasadzie to dwie pierwsze kapele były mi całkowicie nieznane. A na pierwszy ogień poszedł chorwacki War-Head. Pod sceną ustawiło się kilka osób, a pod koniec gigu rozkręcił się nawet mikro – młyn, hehe. Chorwaci – muszę przyznać – bardzo pozytywnie zaskoczyli zgromadzonych. Poza przydługim intro z „Omen”, rzeczywiście to co grali można nazwać thrash metalem w 100%! War-Head ma na koncie tylko jeden album – „No Signs Of Armagedon” i to zapewne z tego krążka poleciały w publiczność pyszne, thrash metalowe strzały (no bo w sumie z jakiego by innego?). Cholera, naprawdę świetne granie, będące, jak na moje ucho, kombinacją późniejszego Testament, Kreator, obowiązkowego Slayer. Nie rzucę Wam nazwami, bo po prostu nie znam, ale jak wyhaczę gdzieś ich debiutancki krążek, to recka obowiązkowa, hehe. Goście odegrali swój show z typowym temperamentem południowców, tak więc kto miał szczęście być tego wieczoru w Klubie Pod Palmą był świadkiem bardzo dobrej thrash’owej uczty.

Po Chorwatach scenę przejęli Turcy z Affliction. Wzmianka „thrash metal” widniejąca na plakacie w tym przypadku była jednak trochę myląca. Czterech śniadocerych muzyków z Affliction zaprezentowało muzykę, w przypadku której stwierdzenie „nowoczesny thrash metal” byłoby i tak mocno naciągane. Ci goście też mają na koncie dwa albumy,  muzyka na nim zawarta to wypadkowa nu metalu, metal core’a, thrash metalu i industrial. Innymi słowy Affliction to hybryda Machine Head, Fear Factory i w mniejszym stopniu faktycznego thrashu. Mi się nie podobało, ale kilka osób pod scenę poszło zaleć, ale po pierwsze, byli w takim stanie, że ledwo stali (ech, młodzież i alkohol…), po drugie sądząc po gustach muzycznych co poniektórych podobał by się im i Wodecki ubrany w skórę i wycinający na skrzypkach pszczółkę Maję. No może to zabrzmi nieładnie, ale ja tam jednak poszukałbym na europejskiej mapie metalowej kapeli, która bardziej podchodziła by pod rzeczywiste thrashowe harce. Choć wizualnie koncertowi nie można było nic zarzucić, bo Affliction się faktycznie starało, to jednak ich twórczość nie jest moim kubkiem herbatki.

Przedostatnia kapela środowej nocy to nasi rodacy z Toxic Bonkers. Zdecydowanie był to najcięższy zespół z całego zestawu, bo ich inspiracji, jak wiadomo należy szukać wśród takich kapel jak Bolt Thrower czy Napalm Death. Ale z tego co zauważyłem to kilka osób z tej żenująco mało liczebnie publiczności przyszło konkretnie dla nich. I też się temu nie dziwię, bo zaprezentowała się rewelacyjnie. Ja co prawda ich występ oglądałem z wysokości baru z kubkiem kawy w ręce i miałem wrażenie, jakby każdy z muzyków wypił takich samych kubków co najmniej kilka. Maksymalnie mocne pierdolnięcie jakie zgotowano nam za sprawą numerów z ostatniej „Progress” czy z „Seeds Of Cruelty” ale i starszych kawałków było zaprawdę wyśmienite. Na scenie kotłowało się non stop i by być szczerym a i złośliwym przy tym rzeknę, że przeciwnie do tego co się działo pod sceną. Choć i ja ponoszę część winy, wszak posadziłem pośladki przy wodopoju, hehe. Co prawda można powiedzieć, że i Toxic Bonkers nie koniecznie musieli pasować do thrash metalowego zestawu tej trasy, ale oni chociaż mi się podobali. To znaczy ich muzyka i sposób w jaki ją zaprezentowali, bo nawet jeśli wyglądaliby jak młody David Hasselhof, to by mnie nie obeszło zbyt. Niemniej jednak koncert udany był i basta.

No i znów przerwa i znów piwo w oczekiwaniu na show Amerykanów. Ale w końcu się zaczęło i młody kwintet wszedł na deski. Pod scenę podeszło pewnie z 20 osób, co stanowiło 2/3 widowni i zaczęła się jazda. Chłopcy pewnie się musieli zdziwić, jak zobaczyli ile osób pofatygowało się na ich gig, zwłaszcza, że jak nadmieniłem na wstępie – otwierali koncerty takim tuzom jak Exodus czy Napalm Death. Ale kudy im do Kata z Romanem, na którego pewnie przyjdzie dwanaście razy więcej osób… Ech… Dobra, Warbringer wszedł na scenę i od razu buhnął z niej ogień niczym z hutniczego pieca, posypał się grad thrashowych pocisków, które oryginalnie można znaleźć na jednej z dwóch płyt, jakie dotychczas wydali. Osobiście znam jedynie ich debiut, który zawiera muzę zacną i tak też zaprezentowali się Kalifornijczycy podczas rzeszowskiego gigu. Cholera, widać, że chłopaki mają po dwadzieścia kilka lat, bo żywiołowość i energia wręcz kapały ze sceny. Warbringer to thrash a’la Bay Area, więc nie powinny nikogo dziwić białe reeboki na amerykańskich stopach i marchewkowate spodnie na amerykańskich nogach, hehe. No i solidna dawka amerykańskiego thrash metalu. Młyn pod sceną ze skali mikro przeszedł w skalę mini, ale i to starczyło bym ukruszył sobie ząb, przez co picie zimnego piwa już nie jest tak przyjemne jak jeszcze kilka dni temu. Nie wiem, ile dokładnie młodzieńcy thrashowali nam na scenie, utworów pojechała jednak masa i wszystkie równie dobre. O dziwo, Warbringer chyba nie był zdziwiony niską frekwencją i wyglądało na to, że bawią się całkiem dobrze. Tak zresztą jak i ja. Po zakończonym secie wszyscy wyglądali na zadowolonych – i kapela i publika. I szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam, kiedy wytoczyliśmy się z klubu. Thrash ‘til Death, Muthas!

Reasumując – naprawdę świetny koncert, który niestety z powodu żenującej frekwencji nie wypisze się złotymi zgłoskami w annałach trasy Warbringer i spółki. Mam nadzieję, że Marek – organizator (pozdrowienia i dzięki!) rzeczywiście odbił sobie w innych miastach. Bo pod względem muzycznym naprawdę było na czym ucho zawiesić. A rzeszowscy metale – czekajcie sobie na Behemotha.