Varmia, Jarun, Pandrador, Lament; Rzeszów, Klub VInyl; 25 maja 2018

Jakoś ostatnio mamy pecha w Rzeszowie do koncertów. Jak nam nie zapierdolą z klubu rury, to nagle same zespoły wezmą i nie przyjadą. A kroiły się końcówką maja dwa koncerty pod rząd – czwartek miał stać pod znakiem gigu Bloodthirst i Moloch Letalis, zaś piątek – Varmia i Jarun. Ten drugi koncert więc nie do końca traktowałem jako mus. No ale skoro czwartkowy koncert poszedł się jebać, to wespół w zespół z Pathologistem i Efem umyśleliśmy wbić na pagan black metalowe misterium.

Tak też zrobiliśmy i zaraz po dobranocce ustawiliśmy się pod rzeszowskim Vinylem. Po zapakowaniu się do środka odnotowaliśmy niewielką liczbę osób, no ale nie można wymagać od metaluchów zainteresowania koncertem, gdy na Rynku gra za darmo disco polo. Jako, że koncert już miał obsuwę postanowiliśmy przeczekać ją w palarni przy Perle Chmielowej. Żywa wymiana zdań odnośnie kondycji sceny black metalowej w Polsce została przerwana pierwszymi dźwiękami intro – był to tarnowski Lament. Zgrabne dupcie zostały uniesione i poszliśmy sobie pod scenę. Kapela zaczęła nietypowo, bo coverem Katatonii. A potem w zasadzie to dostaliśmy już coś, co można by określić mieszanką black/doom metalu. Nie jest to mój ukochany gatunek, więc może z uwagi na ten fakt jakoś mnie nie porwali. Cztery osoby, corpse painty i kaptury, do tego dwóch wokalistów. W sumie to odsłuchałem pierwsze trzy autorskie numery i jakoś nie miałem ochoty na więcej – poszedłem więc wymienić butelkę i już tak przy barze zostałem. Ot, przeciętny black/doom metal, może jakby kapela poszła bardziej w stronę wspomnianej Katatonii to byłoby ciekawiej – ale to tylko moja opinia.

W przerwie o dziwo ludzi trochę przybyło, myślę że w porywach było około 60 głów, część już co prawda w stanie dalece wskazującym na spożycie, z gwoździem wbitym w bar bardzo głęboko. Więc znów zrobiliśmy sobie randez vous z ćmikiem w palarni, przysłuchując się rozmowom siedemnastoletnich metaluszków. Nie jestem stary, ale kurwa takie obserwacje, to dla mnie trochę jako oglądanie National Geographic o obcych kulturach – kto co komu skomentował na fejsiku i jaką fajną grupę ostatnio ktoś założył. No kurwa. Ale chuj, młodzież musi się wyklikać, jak mawiał wieszcz. Z palarni wywabiły nas dźwięki kolejnej kapeli – lokalnego bandu o nazwie Pandrador. Nie wiem, czy dobrze kojarzę, ale wcześniej tam chyba jakaś laska na wokalu była. Nieważne. Kapela w sumie jeszcze chyba nie za bardzo wie czego chce, muzycznie podchodziło to pod Vader, Amon Amarth i tak dalej, lirycznie zakotwiczeni w nordyckiej mitologii. A jak to wypada na żywo? Ano przeciętnie. Co prawda wokalista dwoił się i troił, ekspresja buchała z jego twarzy przy każdym słowie, ale hm… no wyglądało to raczej komicznie niż groźnie, czy jaki tam cel próbował osiągnąć. Reszta kapeli bez większego przekonania sobie rzeźbiła w swoich instrumentach, ludzi też początkowo nie porwali, poza dwoma typami którzy razem mieli chyba z dziesięć promili. Zresztą oni kochają metal i tak samo bawią się na każdym koncercie, nieważne czy to Pandrador czy byłby to Morbid Angel, czy najgorsze gówno byle z gitarą. Po czterech numerach uciekliśmy na ćmika i po nową pianę. A kapela dalej grała ten swój sztampowy death metal. Gdy wracałem spod baru pod sceną jakby się lekko zagęściło, młodzież poszła w tak zwane pogo, może więc jakiś cover ze sceny leciał? Nie wiem.

Jako, że mój grafik zapowiadał pracującą sobotę, kolejne piwo wziąłem sobie bezalkoholowe. Fajna sprawa, brzuch rośnie, ale na trzeźwo. I tak sobie sączyłem owe oczekując na kolejną kapelę. Liczyłem na Varmię, bo to nimi się głównie interesowałem tego wieczoru, ale życie spłatało mi jebanego figla i jako trzeci, po dość długiej obsuwie wyszli nowosądeczanie z Jarun. Osobiście – zespół dla mnie dość kontrowersyjny, bo pierwszy album jest naprawdę doskonały, drugi też niezgorszy, niestety trzeci bardzo obniżył loty. No ale stwierdziłem, że dam im szansę koncertowo. Jak już doczłapałem pod scenę gdy zaczęli i zacząłem słuchać to przez chwilę myślałem, że jednak mnie kupią. Ale niestety – im dalej w numery tym bardziej się nudziłem. Moim zdaniem roszada na miejscu wokalisty nie wyszła im na dobre. Nowy gardłowy po prostu nie daje rady. Nawet numery z debiutu jakoś straciły w moim odczuciu moc. Nie wiem jak zespół, ale ja się wymęczyłem podczas ich gigu i liczyłem, że skończą szybko a na scenę wejdzie Varmia. Ale oni grali i grali. Na koniec wszyscy ładnie się ustawili, złapali za bary i oddali wspólny ukłon publiczności. Ja tam kurwa nie wiem, ale pompatyczne to było w chuj – coś co jest okej gdy robi to Iron Maiden przed kilkudziesięciotysięcznym tłumem wypada jak pastisz gdy wykonujesz to przed kilkoma pijakami. Rzekłem.

Jarun skończył i liczyłem na szybką zmianę na scenie, bo naprawdę liczyłem, że zobaczę Varmię. No ale jak Pathologist mnie trącił i mówi „patrz kurwa, przecież oni się rozmontowują z perkusją całkiem” to już wiedzieliśmy, że przerwa nie będzie trwała kwadransa. Ten kwadrans zresztą odczekaliśmy, łudząc się, że całość wymiany sprzętu będzie miała prędkość zbliżoną do tej, która ma miejsce w pit-stopach formuły 1. Taki chuj. Skończyliśmy piwo, a na scenie dalej kurwa nic się nie działo. Stwierdziliśmy więc – jebać. Idziemy do domów. Żałuję, no ale co zrobić, skoro trzeba być świeżym i pachnącym nazajutrz. Z relacji znajomych wiem jedynie tyle, że faktycznie nieźle to wypadło, ale sam koncert zaczął się około 23:30 albo i później. O tej porze to ja już w domku byłem.

Reasumując, to był dobry wieczór, bo mogłem napić się piwka z Pathologistem i Efem. Jednak na pewno byłoby ono smaczniejsze, gdyby akompaniament był nieco lepszy.

Za zdjęcia dziękuję Justynie ;*

Autor

9760 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

5 komentarzy

  • Oral-cwel jak zwykle uprawia rzetelne dziennikarstwo.
    Piwo jedno za drugim z Pfefem i Pedalodżistem? Jest!
    Chujowo grające młode kapele? Są!
    Jebanie po zmianach w kapelach,bo kiedyś lepiej było? Jest!
    Pójście wcześniej do domu bo chuj? Jest!
    Puenta: wszystko chujowo tylko Warmia zajebiście mimo że nie byłem? Jest! 🙂
    A ja powiem, że Lament zmiażdżył,Pandrador jeszcze bardziej dopierdolił, a Jarun jest jeszcze lepszy niż kiedykolwiek!! Warmia za to słabo,nie pomogło im na pewno to, że się spóźnili – chujowe wrażenie na mnie zrobili. Do tego te przyśpiewy starych bab,no nie.
    Reasumując: jak kapele nie grają Blackened Blacku to GejosŻart będzie zawsze jechał :))
    Przez takich jak wy muza w tym kraju się nie rozwija i kisi się we własnym smrodzie od 92 pozdro!!

  • Oracle chyba czas spożywać tylko piwo bez alkoholowe skoro potem masz tak pierdolić. Gig był gicior, Jarun i Varmia wiadomo klasa, młodzi też pokazali się obiecująco. Za dwadzieścia parę złotych to takie zjazdy przyjmę z pocałowaniem łapy. Elo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *