Szczerze mówiąc, obawiałem się, że nie będzie dane mi uczestniczenie w United Titans Festival 2010. Jak wiadomo, natura i wypadki losowe zawsze były przeciwko bogu ducha winnym metalowcom. Jak nie żałoba jakaś, to wulkan pierdyknie. Jak nie oszołomstwo się ujawni w imię bozi uprzykrzać innym życie, to pół kraju się pod wodą znajdzie. A że jeszcze trzy dni przed całą imprezą istniało spore prawdopodobieństwo ewakuacji sporej części Krakowa, w którym to siać śmierć i zniszczenie miały bardzo poważane hordy, to w myślach znów zacząłem bluźnić niesprawiedliwemu losowi. Szczęśliwie obyło się bez żadnych takich, zapakowałem się więc w tabor Tanich Linii Kolejowych i śmierdzącym wagonem udałem się w podróż.

Cała impreza odbywała się w Klubie Studio, skrzętnie ukrytym pomiędzy akademikami na miasteczku studenckim i była to chyba optymalna miejscówka na tego typu akcję. Spory klub, ze sporą salą, podwyższeniem i ławeczkami, a także częścią barową. Plusem było też to, że z części barowej istniała możliwość (choć nie z całej) podziwiania występów. Tak więc lokalizacja trafiona jak najbardziej. Do tego uprzejma i kulturalna, acz stanowcza, ochrona, piwo w przyzwoitej cenie. No naprawdę, od strony organizacyjnej trudno szukać jakichkolwiek minusów. No dobra, po dłuższym zastanowieniu znalazłem jeden. Normalnie, jedyna kawa, jaką dysponował bar, to była saszetka za pięćdziesiąt groszy „dwa w jednym: kawa plus mleczko”. A przecież wiadomo, że „only black cofee is real!”, hehe… Okej, więcej wpadek nie pomnę…Przejdźmy zatem do meritum, które przyciągnęło w tę majową sobotę do Krakowa kilka setek metal-maniaków.

Równo o godzinie czternastej zaczęto wpuszczać spragnioną Diabła gawiedź do środka, kto więc chciał zdążył sieknąć browara lub dwa, zanim na scenę weszli Kanadyjczycy z Cauldron. Szczerze mówiąc, mało kto kojarzył tę nazwę, część osób, których rozmowy doleciały moich wścibskich uszu, myślała, że to Polacy, inni że Rosjanie z kolei… Jako, że Cauldron otwierał cały fest, frekwencja podczas ich występu była marna. Ale kto nie był, niech żałuje. Kanadyjczycy wydali w zeszłym roku fantastyczny debiut „Chained To The Nite”, no ale zdaję sobie sprawę, że nie każdy fan Deicide musi ich lubić, ani że nie każdy fan Vader znać. Faktem jest mimo wszystko, że trio odstawiło naprawdę bardzo dobry heavy metalowy show. Ich muzyka wzorowana na dokonaniach Angel Witch, Raven i ogólnie całego NWOBHM koncertowo broniła się wyśmienicie. Cauldron może trochę zdezorientowany małą jeszcze frekwencją nie dał za wygraną i uraczył nas utworami z debiutu – „Conjure The Mass” czy „Bound to the Stake” oraz wcześniejszej epki plus coverem Tyrant na dokładkę. Panowie przyswoili sobie pewne zachowania typowe dla metalowych bandów z lat osiemdziesiątych, co oko cieszyło, jak zsynchronizowane machanie gitarami i tak dalej. Były też obowiązkowe krótkie solówki na bębnach czy wiosłach. No naprawdę, nie mogło się nie podobać i szczerze – marzy mi się ich osobny koncert z kilkoma innymi kapelami z nowej fali tradycyjnego heavy metalu.

Trzydzieści minut minęło, Cauldron zebrał ze sceny swoje manatki, by odstąpić miejsce przemyskim wyjadaczom z Cryptic Tales. To jest zespół z tego gatunku, przynajmniej dla mnie, którego zdecydowanie wolę słuchać właśnie podczas występów na żywo niż z płyt. Chociaż może uściślijmy – Cryptic Tales obecnie skupia się praktycznie w całości na ostatniej „VII: Dogmata of Mercy”, która, mimo że dobra, to jednak mnie nie powala. Paradoksalnie, te same numery podczas grania na żywo nabierają rumieńców. Lekką pompatyczność symfonicznego black/death metalu, w obrębie którego porusza się aktualnie Piotr i reszta, na krakowskich deskach przemienione przez nich zostało w metalową agresję. I o to chodzi, dlatego twierdzę, że ich muzyka wiele zyskuje odgrywana na żywca. Nie widziałem całego występu Cryptic’ów, jednak przez kwadrans, jaki mniej więcej dane mi było oglądnąć, zespół zaprezentował wysoką klasę i doświadczenie, a równocześnie sporą witalność, w odróżnieniu od co poniektórych ich rówieśników, którzy mieli jeszcze tego dnia wystąpić. Ponadto w czasie trwania ich koncertu w końcu zaczął się jakiś ruch pod sceną, jeszcze może niezbyt imponujących rozmiarów, ale jednak. Tak więc reasumując – bardzo udany show.

Kapela numer trzy, to grupa, której obecnie nie można odmówić popularności. Virgin Snatch. Mam jeszcze świeżo w pamięci ich występ w Rzeszowie, sprzed czterech miesięcy, kiedy to pokazali na co ich stać. Nie inaczej było tym razem, zwłaszcza, że w zasadzie grali na swoim boisku. To było zresztą czuć – Zielony to wulkan energii, zespół nadaktywności dzieci powinno się mierzyć na zasadzie „ADHD w skali trzech i pół Zielonego”. Mocny, żywiołowy thrash metalowy set, który przyciągnął głównie młodszą część publiki. Co i zrozumiałe jest, bo prawda jest taka – poza tym, że Virgin Snatch jest zespołem dobrym, to po prostu dość intensywnie promowanym. Ale i starszym się podobało, żeby nie było żem stronniczy. A że kapela ma w swoim dorobku kilka naprawdę niezłych koncertowych killerów, to tym bardziej zrozumiałe, że pod sceną był ruch. Zamykając się w godzinie lekcyjnej Virgin Snatch dało nam szkołę, jak grać porządne i na maxa spontaniczne koncerty.

Ostatnim reprezentantem barw narodowych był Vader. Z tym, że widziałem go już tyle razy, że po prostu wolałem posadzić dupsko w ławach i sączyć browara ze znajomymi. Przepraszam. Zresztą, zapewne każdy inny obecny na tym gigu sprawozdawca ich widział, więc nie powinniście mieć problemów z odszukaniem relacji z gigu Petera i kamratów. Tą razą nad Olsztynian postawiłem Heinekena, hehe.

Następni na deski Studio weszli Szwedzcy Czterej Pancerni – Marduk. Hmmm… jak na moje oko, to oni mają dobry gig jak mają dobry dzień, z tym, że nie wyczuje się do końca, kiedyż to będzie, hehe. Mój czwarty raz z Marduk uważam jednak za udany. Oczywiście trzeba lubić ich muzykę, ja tam sobie ich logówki na dupie raczej nie wydziergam, ale kilka krążków w kolekcji mam i doceniam. Ekipa Morgana postawiła na bardzo intensywny set, który w większości opierał się na znanych i ukochanych przez black metalową brać numerach. Rzekłbym evergreen’ów, gdyby nie to, że owe określenie do czarciej konwencji średnio pasuje, hehe. Ale oprócz nieśmiertelnych ciosów w postaci „Azrael”, „Materialized in Stone”, „Baptism by Fire” czy „Christraping Black Metal” usłyszeliśmy również numery nowsze, wliczając w to te pochodzące z ostatniego albumu „Wormwood”, z tym, że nie posiadam go jak na razie w kolekcji, nazwami więc rzucał nie będę, żeby gafy nie było. Rzecz jasna najbardziej ruchliwym członkiem załogi był Mortuus, który japę darł niemiłosiernie – gardzioł to on ma, co tu dużo mówić. Ogólnie wrażenie zostawili po sobie dobre, może nie tak dobre, jak przy okazji zeszłorocznego Blitzkrieg, ale spokojnie występ w Krakowie mogą wpisać w rubryczkę „Koncerty Udane”.

I czas na ostatnią trójkę tego wieczoru. Po szwedzkiej dywizji przyszła holenderska zaraza. I nie mówię w tym miejscu o związkach homoseksualnych, mientkich dragach i eutanazji, którą straszy nas toruński ajatollah. Mówię tu o prawdziwej zarazie. Pestilence! Zauważyłem, że spora grupa, zwłaszcza starszych stażem metali stawiła się w Krakowie specjalnie dla nich, podczas gdy część (niestety spora) młodzieży w ogóle nie kumała kto zacz. Ale nie ważne. W odróżnieniu od Marduk, Mammeli i koledzy wyszli na scenę w zwykłych niebieskich dżinsach i t-shirtach, wyglądając jak przeciętny fan metalu. Ale jak tylko pierdolnęli to Studio się zatrzęsło w posadach. Polscy maniacy byli naprawdę złaknieni muzyki Pestilence, kilkukrotnie przerywając występ Holendrów skandując ich nazwę. Chwilami sama kapela nie wiedziała co zrobić, bo tłum skandował, a oni, poganiani przez organizatorów pilnujących rozpiski, musieli się streszczać. Prawdopodobnie zresztą będzie to można oglądnąć na planowanym DVD, bo kolesie nagrywali to sobie prywatnymi kamerami. Wracając do muzyki, Pestilence zaprezentował głównie strzały z dwóch pierwszych albumów a także z ostatniego krążka. Powiem Wam, że utwory z ostatniego „Ressurrection Macabre” w niczym nie odstają od takich killerów jak „Chemotherapy”, „Subordinate to the Domination”, The „Process Of Suffocation” tudzież innego „Echoes of Death”, a Mameli pomiędzy kawałkami zabawiał publiczność rozmową, schlebiając jej co i rusz. W ogóle nie było czuć, że kolesie mają już po cztery krzyżyki na karku, bo na scenie kotłowało się nie gorzej niż pod nią. Wokalista biegał raz na jeden koniec sceny, raz na drugi, zaś basista grał w sposób, jakby nagle dostawał ataku epilepsji, przybierając pozy a’la człowiek – guma. Do tego potężne, ciężkie brzmienie! Marketingu też trochę było, bo wokalista zapowiedział, że koszulki wiszące w hallu to już ostatnie sztuki w ogóle i na więcej nie ma co liczyć. Efekt oczywisty – po ich gigu wszystkie t shirty z logiem Pestilence zostały do cna wyprzedane (ja tam poszedłem pod prąd i zaopatrzyłem się w merch Cauldron, pewnie jako jedyny, hehe). Ale co tam biznes, skoro Pestilence dało takiego ognia! Zdecydowanie najlepszy koncert całego festu! Publiczność jeszcze długo nie chciała puścić ich ze sceny, ale czas jest nieubłagany.

Nie ma jednak z drugiej strony tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo przedostatnim zespołem, który wszedł zaraz po Pestilence był Death Angel. Mimo, że odwiedzili nasz kraj już jakiś czas temu, dla mnie był to pierwszy raz z ich muzyką na żywca. Po thrash metalowcach z San Francisco spodziewałem się dużo, co tu kryć. I dostałem z nawiązką! Death Angel nie pieprzył się w żadne wstępy, po prostu weszli na scenę i od razu przypieprzyli stuprocentową dawką thrash metalu z Bay Area! Pięciu chłopa szalało na scenie jak nastolatkowi, jakby nie było znaczenia, że ich debiut ukazał się w 1987 roku! Ogień, ogień i jeszcze raz ogień! Z niecałej godziny, jaka była dla nich przeznaczona, Death Angel wycisnął tyle soczystego thrash metalu, ile się tylko dało. Mark Osegueda prawie nie ustał w miejscu ani przez moment, może jedynie podczas gadania do publiki. Do tego szczęściarz co chwila pociągał z gwinta Bombay Gin, a mnie biednemu tylko ślinka ciekła, hehe. No ale może go to napędzało do krzesania z siebie takiej energii, więc nie można mieć tego za złe, heh. Abstrahując od tego na jakie paliwo działa Angel Death, byli niczym rakieta – jak już wystartowali, to trudno ich było zatrzymać! Spora część materiału pochodziła z pierwszego albumu „Voracious Souls”, „Mistress Of Pain”, tytułowy bodajże (choć wiecie – głową za żadną setlistę nie ręczę, ani ich ani innych kapel, bo może i jestem Wyrocznia, ale i omylny czasem, hehe) no i odegrany na koniec, sztandarowy „Kill As One”. Żebyście widzieli, co działo się pod sceną na tym numerze. Mało kto, zgromadzony na Sali w tym momencie oparł się pokusie skandowania refrenu! Mi nie przeszkadzał aparat w jednej ręce i piwo w drugiej. Jakbym takową posiadał, to trzecią ręką niechybnie robiłbym diabełka, hehe! No ale i nowe rzeczy Death Angel też zaprezentował więc nie wyobrażam sobie by ktokolwiek wyszedł z ich koncertu ze skwaszoną miną. Świetny występ zaliczyli thrashersi z San Francisco, bez dwóch zdań!

Po Death Angel przyszło trochę poczekać na gwiazdę wieczoru, poplątałem się więc po klubie, poobserwowałem jak co poniektórzy muzycy próbowali przemycić całkiem nadobne „koleżanki” na backstage. Niestety, ochroniarze niczym Cerber byli w zasadzie nieugięci – nie ważne, że masz biust jak Dolly Parton albo nogi jak dwudziestoletnia Brigitte Bardot – nie masz passa, nie wchodzisz, hehe. Napisałem w zasadzie, po zauważyłem kilka odstępstw od tej reguły, zaś ten, kogo „koleżanki” (a niektóre zaiste były piękne) odwiedziły zapewne szczęśliwy był niczym zamachowiec – samobójca u boku siedemdziesięciu dwóch dziewic, hehe. Dobra, rozmarzyłem się, schodzimy na ziemię…

No i przyszła pora na headlinera całego United Titans Festival. Dużo sobie obiecywałem po ich występie. W końcu to Deicide! W zasadzie zespół noszący już miano legendy, zresztą sam ich dwie pierwsze płyty hołubić będę na wieki wieków. W kłębach sztucznego dymu kapela weszła na scenę – po bokach Jack Owens i Kevin Quirion, który zastąpił Santollę, za zestawem Steve Asheim i na środku za mikrofonem On – zwalisty jak niedźwiedź grizzly Benton. Bez żadnego „Hello Poland” przypierdolili zlepkiem kilku utworów, między innymi „Dead By Down”. Pod sceną amok, istny rozpierdol i rzeź. Po kilku utworach Glen przemówił tak flegmatycznym i niezrozumiałym akcentem, że miałem trudności ze zrozumieniem o czym on do nas rozmawia. W publikę leciały kolejne hiciory zespołu, raczej starsze typu „Serpents Of The Light”, „Children Of The Underworld”, „When Satan Rule His World”. No setlista była naprawdę mocarna, bo I z wcześniejszych albumów poszły strzały – “Lunatic of God’s Creation” czy “Dead but Dreaming” – na kolana!!! Poleciało też coś z ostatnich krążków, szczęśliwie obyło się raczej bez numerów z „Inineratehymn” i „In Torment In Hell”. Z tym, że mam jedno ale. O ile twórczość Deicide, jak już wspomniałem, łykam z przyjemnością, o tyle sposób w jaki Benton i reszta odgrywali je na krakowskim koncercie pozostawał wiele do życzenia. I nie mówię tu o technice. Mówię tu o zaangażowaniu. Nie od dziś co prawda wiadomo, że lider kapeli ma gburowate usposobienie, ale tak skromnej konferansjerki w wykonaniu zespołu takiego formatu nie widziałem już dawno. Zwłaszcza, że energia jaką razili publikę Pestilence czy Death Angel, będący przecież rówieśnikami Deicide, była nieporównywalnie wyższa. Jeszcze uciszanie publiczności, żeby nie skandowała nazwy… Może ze strony Bentona był to żart, ale patrząc na całość koncertu Deicide można było odnieść wrażenie, że chcą odegrać co swoje i iść pić. Dobra, jarały mnie takie numery jak „Sacrificial Suicide”, który pojawił się gdzieś tam pod koniec, ale szkoda, że kapela nie przyłożyła się do nich bardziej. Bo to nie tyczy się tylko Bentona, ale i Owensa czy Quiriona. Chociaż trzeba przyznać, że bisowali, a o całym secie przybili nawet kilka piątek. Oczywiście muzycznie było bez zarzutu. Jednak jako, że w swojej dziecięcej naiwności nastawiałem się na wiele więcej, jestem trochę rozczarowany.

Podsumowując więc cały festiwal od strony muzycznej było dobrze. Oczywiście gdyby nie średni koncert Deicide mógłbym rzec, że wykurwiście, w końcu byli headlinerem. Mimo to dobór kapel był przedni, genialne wręcz były sztuki Pestilence i Death Angel, bardzo dobry występ Cauldron (mimo gównianej jeszcze publiki), dobre występy Cryptic Tales, Marduk i Virgin Snatch. Vader mi umknął (lub ja im). To tak w telegraficznym skrócie, dla tych, którym nie chciało się psuć oczu i czytać całości, hehe.

Na zakończenie powiem szczerze i prosto z mostu. Od czasu, gdy pewien jegomość ze Śląska położył laskę na metalach i festiwal skupiający (zazwyczaj) największe zespoły metalowej sceny zawisł w próżni, dawno nie było okazji, by w granicach Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej zobaczyć za przyzwoitą cenę śmietankę metalowych hord. Dlatego też United Titans Festival okazał się dla wielu, w tym i dla mnie, znakomitą okazją, by ponapierdalać głową dla Szatana. I cokolwiek mówi się o organizatorach tego festu w polskim metalowym światku, to nawet przy największej złośliwości nie można odmówić im fachowego podejścia i światowej klasy. Oczekuję kolejnej edycji za rok!

Szczerze mówiąc, obawiałem się, że nie będzie dane mi uczestniczenie w United Titans Festival 2010. Jak wiadomo, natura i wypadki losowe zawsze były przeciwko bogu ducha winnym metalowcom. Jak nie żałoba jakaś, to wulkan pierdyknie. Jak nie oszołomstwo się ujawni w imię bozi uprzykrzać innym życie, to pół kraju się pod wodą znajdzie. A że jeszcze trzy dni przed całą imprezą istniało spore prawdopodobieństwo ewakuacji sporej części Krakowa, w którym to siać śmierć i zniszczenie miały bardzo poważane hordy, to w myślach znów zacząłem bluźnić niesprawiedliwemu losowi. Szczęśliwie obyło się bez żadnych takich, zapakowałem się więc w tabor Tanich Linii Kolejowych i śmierdzącym wagonem udałem się w podróż.

Cała impreza odbywała się w Klubie Studio, skrzętnie ukrytym pomiędzy akademikami na miasteczku studenckim i była to chyba optymalna miejscówka na tego typu akcję. Spory klub, ze sporą salą, podwyższeniem i ławeczkami, a także częścią barową. Plusem było też to, że z części barowej istniała możliwość (choć nie z całej) podziwiania występów. Tak więc lokalizacja trafiona jak najbardziej. Do tego uprzejma i kulturalna, acz stanowcza, ochrona, piwo w przyzwoitej cenie. No naprawdę, od strony organizacyjnej trudno szukać jakichkolwiek minusów. No dobra, po dłuższym zastanowieniu znalazłem jeden. Normalnie, jedyna kawa, jaką dysponował bar, to była saszetka za pięćdziesiąt groszy „dwa w jednym: kawa plus mleczko”. A przecież wiadomo, że „only black cofee is real!”, hehe… Okej, więcej wpadek nie pomnę…Przejdźmy zatem do meritum, które przyciągnęło w tę majową sobotę do Krakowa kilka setek metal-maniaków.

Równo o godzinie czternastej zaczęto wpuszczać spragnioną Diabła gawiedź do środka, kto więc chciał zdążył sieknąć browara lub dwa, zanim na scenę weszli Kanadyjczycy z Cauldron. Szczerze mówiąc, mało kto kojarzył tę nazwę, część osób, których rozmowy doleciały moich wścibskich uszu, myślała, że to Polacy, inni że Rosjanie z kolei… Jako, że Cauldron otwierał cały fest, frekwencja podczas ich występu była marna. Ale kto nie był, niech żałuje. Kanadyjczycy wydali w zeszłym roku fantastyczny debiut „Chained To The Nite”, no ale zdaję sobie sprawę, że nie każdy fan Deicide musi ich lubić, ani że nie każdy fan Vader znać. Faktem jest mimo wszystko, że trio odstawiło naprawdę bardzo dobry heavy metalowy show. Ich muzyka wzorowana na dokonaniach Angel Witch, Raven i ogólnie całego NWOBHM koncertowo broniła się wyśmienicie. Cauldron może trochę zdezorientowany małą jeszcze frekwencją nie dał za wygraną i uraczył nas utworami z debiutu oraz wcześniejszej epki plus coverem na dokładkę. Panowie przyswoili sobie pewne zachowania typowe dla metalowych bandów z lat osiemdziesiątych, co oko cieszyło, jak zsynchronizowane machanie gitarami i tak dalej. Były też obowiązkowe krótkie solówki na bębnach czy wiosłach. No naprawdę, nie mogło się nie podobać i szczerze – marzy mi się ich osobny koncert z kilkoma innymi kapelami z nowej fali tradycyjnego heavy metalu.

Trzydzieści minut minęło, Cauldron zebrał ze sceny swoje manatki, by odstąpić miejsce przemyskim wyjadaczom z Cryptic Tales. To jest zespół z tego gatunku, przynajmniej dla mnie, którego zdecydowanie wolę słuchać właśnie podczas występów na żywo niż z płyt. Chociaż może uściślijmy – Cryptic Tales obecnie skupia się praktycznie w całości na ostatniej „VII: Dogmata of Mercy”, która, mimo że dobra, to jednak mnie nie powala. Paradoksalnie, te same numery podczas grania na żywo nabierają rumieńców. Lekką pompatyczność symfonicznego black/death metalu, w obrębie którego porusza się aktualnie Piotr i reszta, na krakowskich deskach przemienione przez nich zostało w metalową agresję. I o to chodzi, dlatego twierdzę, że ich muzyka wiele zyskuje odgrywana na żywca. Nie widziałem całego występu Cryptic’ów, jednak przez kwadrans, jaki mniej więcej dane mi było oglądnąć, zespół zaprezentował wysoką klasę i doświadczenie, a równocześnie sporą witalność, w odróżnieniu od co poniektórych ich rówieśników, którzy mieli jeszcze tego dnia wystąpić. Ponadto w czasie trwania ich koncertu w końcu zaczął się jakiś ruch pod sceną, jeszcze może niezbyt imponujących rozmiarów, ale jednak. Tak więc reasumując – bardzo udany show.

Kapela numer trzy, to grupa, której obecnie nie można odmówić popularności. Virgin Snatch. Mam jeszcze świeżo w pamięci ich występ w Rzeszowie, sprzed czterech miesięcy, kiedy to pokazali na co ich stać. Nie inaczej było tym razem, zwłaszcza, że w zasadzie grali na swoim boisku. To było zresztą czuć – Zielony to wulkan energii, zespół nadaktywności dzieci powinno się mierzyć na zasadzie „ADHD w skali trzech i pół Zielonego”. Mocny, żywiołowy thrash metalowy set, który przyciągnął głównie młodszą część publiki. Co i zrozumiałe jest, bo prawda jest taka – poza tym, że Virgin Snatch jest zespołem dobrym, to po prostu dość intensywnie promowanym. Ale i starszym się podobało, żeby nie było żem stronniczy. A że kapela ma w swoim dorobku kilka naprawdę niezłych koncertowych killerów, to tym bardziej zrozumiałe, że pod sceną był ruch. Zamykając się w godzinie lekcyjnej Virgin Snatch dało nam szkołę, jak grać porządne i na maxa spontaniczne koncerty.

Ostatnim reprezentantem barw narodowych był Vader. Z tym, że widziałem go już tyle razy, że po prostu wolałem posadzić dupsko w ławach i sączyć browara ze znajomymi. Przepraszam. Zresztą, zapewne każdy inny obecny na tym gigu sprawozdawca ich widział, więc nie powinniście mieć problemów z odszukaniem relacji z gigu Petera i kamratów. Tą razą nad Olsztynian postawiłem Heinekena, hehe.

Następni na deski Studio weszli Szwedzcy Czterej Pancerni – Marduk. Hmmm… jak na moje oko, to oni mają dobry gig jak mają dobry dzień, z tym, że nie wyczuje się do końca, kiedyż to będzie, hehe. Mój czwarty raz z Marduk uważam jednak za udany. Oczywiście trzeba lubić ich muzykę, ja tam sobie ich logówki na dupie raczej nie wydziergam, ale kilka krążków w kolekcji mam i doceniam. Ekipa Morgana postawiła na bardzo intensywny set, który w większości opierał się na znanych i ukochanych przez black metalową brać numerach. Rzekłbym evergreen’ów, gdyby nie to, że owe określenie do czarciej konwencji średnio pasuje, hehe. Ale oprócz nieśmiertelnych ciosów w postaci „Azrael”, „Materialized in Stone”, „Baptism by Fire” czy „Christraping Black Metal” usłyszeliśmy również numery nowsze, wliczając w to te pochodzące z ostatniego albumu „Wormwood”, z tym, że nie posiadam go jak na razie w kolekcji, nazwami więc rzucał nie będę, żeby gafy nie było. Rzecz jasna najbardziej ruchliwym członkiem załogi był Mortuus, który japę darł niemiłosiernie – gardzioł to on ma, co tu dużo mówić. Ogólnie wrażenie zostawili po sobie dobre, może nie tak dobre, jak przy okazji zeszłorocznego Blitzkrieg, ale spokojnie występ w Krakowie mogą wpisać w rubryczkę „Koncerty Udane”.

I czas na ostatnią trójkę tego wieczoru. Po szwedzkiej dywizji przyszła holenderska zaraza. I nie mówię w tym miejscu o związkach homoseksualnych, mientkich dragach i eutanazji, którą straszy nas toruński ajatollah. Mówię tu o prawdziwej zarazie. Pestilence! Zauważyłem, że spora grupa, zwłaszcza starszych stażem metali stawiła się w Krakowie specjalnie dla nich, podczas gdy część (niestety spora) młodzieży w ogóle nie kumała kto zacz. Ale nie ważne. W odróżnieniu od Marduk, Mammeli i koledzy wyszli na scenę w zwykłych niebieskich dżinsach i t-shirtach, wyglądając jak przeciętny fan metalu. Ale jak tylko pierdolnęli to Studio się zatrzęsło w posadach. Polscy maniacy byli naprawdę złaknieni muzyki Pestilence, kilkukrotnie przerywając występ Holendrów skandując ich nazwę. Chwilami sama kapela nie wiedziała co zrobić, bo tłum skandował, a oni, poganiani przez organizatorów pilnujących rozpiski, musieli się streszczać. Prawdopodobnie zresztą będzie to można oglądnąć na planowanym DVD, bo kolesie nagrywali to sobie prywatnymi kamerami. Wracając do muzyki, Pestilence zaprezentował głównie strzały z dwóch pierwszych albumów a także z ostatniego krążka. Powiem Wam, że utwory z ostatniego „Ressurrection Macabre” w niczym nie odstają od takich killerów jak „Chemotherapy”, „Subordinate to the Domination”, The „Process Of Suffocation” tudzież innego „Echoes of Death”, a Mameli pomiędzy kawałkami zabawiał publiczność rozmową, schlebiając jej co i rusz. W ogóle nie było czuć, że kolesie mają już po cztery krzyżyki na karku, bo na scenie kotłowało się nie gorzej niż pod nią. Wokalista biegał raz na jeden koniec sceny, raz na drugi, zaś basista grał w sposób, jakby nagle dostawał ataku epilepsji, przybierając pozy a’la człowiek – guma. Do tego potężne, ciężkie brzmienie! Marketingu też trochę było, bo wokalista zapowiedział, że koszulki wiszące w hallu to już ostatnie sztuki w ogóle i na więcej nie ma co liczyć. Efekt oczywisty – po ich gigu wszystkie t shirty z logiem Pestilence zostały do cna wyprzedane (ja tam poszedłem pod prąd i zaopatrzyłem się w merch Cauldron, pewnie jako jedyny, hehe). Ale co tam biznes, skoro Pestilence dało takiego ognia! Zdecydowanie najlepszy koncert całego festu! Publiczność jeszcze długo nie chciała puścić ich ze sceny, ale czas jest nieubłagany.

Nie ma jednak z drugiej strony tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo przedostatnim zespołem, który wszedł zaraz po Pestilence był Death Angel. Mimo, że odwiedzili nasz kraj już jakiś czas temu, dla mnie był to pierwszy raz z ich muzyką na żywca. Po thrash metalowcach z San Francisco spodziewałem się dużo, co tu kryć. I dostałem z nawiązką! Death Angel nie pieprzył się w żadne wstępy, po prostu weszli na scenę i od razu przypieprzyli stuprocentową dawką thrash metalu z Bay Area! Pięciu chłopa szalało na scenie jak nastolatkowi, jakby nie było znaczenia, że ich debiut ukazał się w 1987 roku! Ogień, ogień i jeszcze raz ogień! Z niecałej godziny, jaka była dla nich przeznaczona, Death Angel wycisnął tyle soczystego thrash metalu, ile się tylko dało. Mark Osegueda prawie nie ustał w miejscu ani przez moment, może jedynie podczas gadania do publiki. Do tego szczęściarz co chwila pociągał z gwinta Bombay Gin, a mnie biednemu tylko ślinka ciekła, hehe. No ale może go to napędzało do krzesania z siebie takiej energii, więc nie można mieć tego za złe, heh. Abstrahując od tego na jakie paliwo działa Angel Death, byli niczym rakieta – jak już wystartowali, to trudno ich było zatrzymać! Spora część materiału pochodziła z pierwszego albumu „Voracious Souls”, „Mistress Of Pain”, tytułowy bodajże (choć wiecie – głową za żadną setlistę nie ręczę, ani ich ani innych kapel, bo może i jestem Wyrocznia, ale i omylny czasem, hehe) no i odegrany na koniec, sztandarowy „Kill As One”. Żebyście widzieli, co działo się pod sceną na tym numerze. Mało kto, zgromadzony na Sali w tym momencie oparł się pokusie skandowania refrenu! Mi nie przeszkadzał aparat w jednej ręce i piwo w drugiej. Jakbym takową posiadał, to trzecią ręką niechybnie robiłbym diabełka, hehe! No ale i nowe rzeczy Death Angel też zaprezentował więc nie wyobrażam sobie by ktokolwiek wyszedł z ich koncertu ze skwaszoną miną. Świetny występ zaliczyli thrashersi z San Francisco, bez dwóch zdań!

Po Death Angel przyszło trochę poczekać na gwiazdę wieczoru, poplątałem się więc po klubie, poobserwowałem jak co poniektórzy muzycy próbowali przemycić całkiem nadobne „koleżanki” na backstage. Niestety, ochroniarze niczym Cerber byli w zasadzie nieugięci – nie ważne, że masz biust jak Dolly Parton albo nogi jak dwudziestoletnia Brigitte Bardot – nie masz passa, nie wchodzisz, hehe. Napisałem w zasadzie, po zauważyłem kilka odstępstw od tej reguły, zaś ten, kogo „koleżanki” (a niektóre zaiste były piękne) odwiedziły zapewne szczęśliwy był niczym zamachowiec – samobójca u boku siedemdziesięciu dwóch dziewic, hehe. Dobra, rozmarzyłem się, schodzimy na ziemię…

No i przyszła pora na headlinera całego United Titans Festival. Dużo sobie obiecywałem po ich występie. W końcu to Deicide! W zasadzie zespół noszący już miano legendy, zresztą sam ich dwie pierwsze płyty hołubić będę na wieki wieków. W kłębach sztucznego dymu kapela weszła na scenę – po bokach Jack Owens i Kevin Quirion, który zastąpił Santollę, za zestawem Steve Asheim i na środku za mikrofonem On – zwalisty jak niedźwiedź grizzly Benton. Bez żadnego „Hello Poland” przypierdolili zlepkiem kilku utworów, między innymi „Dead By Down”. Pod sceną amok, istny rozpierdol i rzeź. Po kilku utworach Glen przemówił tak flegmatycznym i niezrozumiałym akcentem, że miałem trudności ze zrozumieniem o czym on do nas rozmawia. W publikę leciały kolejne hiciory zespołu, raczej starsze typu „Serpents Of The Light”, „Children Of The Underworld”, „When Satan Rule His World”. No setlista była naprawdę mocarna, bo I z wcześniejszych albumów poszły strzały – “Lunatic of God’s Creation” czy “Dead but Dreaming” – na kolana!!! Poleciało też coś z ostatnich krążków, szczęśliwie obyło się raczej bez numerów z „Inineratehymn” i „In Torment In Hell”. Z tym, że mam jedno ale. O ile twórczość Deicide, jak już wspomniałem, łykam z przyjemnością, o tyle sposób w jaki Benton i reszta odgrywali je na krakowskim koncercie pozostawał wiele do życzenia. I nie mówię tu o technice. Mówię tu o zaangażowaniu. Nie od dziś co prawda wiadomo, że lider kapeli ma gburowate usposobienie, ale tak skromnej konferansjerki w wykonaniu zespołu takiego formatu nie widziałem już dawno. Zwłaszcza, że energia jaką razili publikę Pestilence czy Death Angel, będący przecież rówieśnikami Deicide, była nieporównywalnie wyższa. Jeszcze uciszanie publiczności, żeby nie skandowała nazwy… Może ze strony Bentona był to żart, ale patrząc na całość koncertu Deicide można było odnieść wrażenie, że chcą odegrać co swoje i iść pić. Dobra, jarały mnie takie numery jak „Sacrificial Suicide”, który pojawił się gdzieś tam pod koniec, ale szkoda, że kapela nie przyłożyła się do nich bardziej. Bo to nie tyczy się tylko Bentona, ale i Owensa czy Quiriona. Chociaż trzeba przyznać, że bisowali, a o całym secie przybili nawet kilka piątek. Oczywiście muzycznie było bez zarzutu. Jednak jako, że w swojej dziecięcej naiwności nastawiałem się na wiele więcej, jestem trochę rozczarowany.

Podsumowując więc cały festiwal od strony muzycznej było dobrze. Oczywiście gdyby nie średni koncert Deicide mógłbym rzec, że wykurwiście, w końcu byli headlinerem. Mimo to dobór kapel był przedni, genialne wręcz były sztuki Pestilence i Death Angel, bardzo dobry występ Cauldron (mimo gównianej jeszcze publiki), dobre występy Cryptic Tales, Marduk i Virgin Snatch. Vader mi umknął (lub ja im). To tak w telegraficznym skrócie, dla tych, którym nie chciało się psuć oczu i czytać całości, hehe.

Na zakończenie powiem szczerze i prosto z mostu. Od czasu, gdy pewien jegomość ze Śląska położył laskę na metalach i festiwal skupiający (zazwyczaj) największe zespoły metalowej sceny zawisł w próżni, dawno nie było okazji, by w granicach Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej zobaczyć za przyzwoitą cenę śmietankę metalowych hord. Dlatego też United Titans Festival okazał się dla wielu, w tym i dla mnie, znakomitą okazją, by ponapierdalać głową dla Szatana. I cokolwiek mówi się o organizatorach tego festu w polskim metalowym światku, to nawet przy największej złośliwości nie można odmówić im fachowego podejścia i światowej klasy. Oczekuję kolejnej edycji za rok!