Wrzesień w Rzeszowie pod względem koncertowym zapowiadał się całkiem nieźle, oczywiście jak na warunki Polski B. Jak ktoś chciał lżejszych brzmień, udał się na Nazareth czy Sabaton, zaś jeśli ktoś widział siebie jako zwolennika większej ekstremy – dla niego był Blitzkrieg. Natomiast chętni do wspierania polskiej sceny podziemnej stawili się na United Death Armageddon Tour 2009. W tym miejscu chciałbym użyć przymiotnika „tłumnie”, ale Rzeszowiacy raczej nie dali mi takiej możliwości – nie wiem czy stawiła się setka osób, a dokładniej rzecz ujmując były to te same osoby, które stawiają się na większość koncertów w Reichshosfie. Jak na miasto liczące sto siedemdziesiąt tysięcy osób, wynik raczej mizerny, ale w tym momencie niczego nowego nie powiedziałem.

Rzeszowski koncert był pierwszym w rozpisce trasy, nie obyło się niestety bez obsuwy i całość zaczęła się sporo po godzinie dziewiętnastej. W międzyczasie do przybytku Pod Palmą doczłapały ostatnie spóźnialskie gapy, które to zdążyły wyłoić jeszcze w pobliskich krzazorach kilka piw, żeby w środku nie przepłacać. Cały gig otwierali lokalni thrashersi z Excidium. Niestety, powtórzyła się sytuacja, która miała miejsce Pod Palmą już wcześniej – nagłośnienie było tragiczne. Rzeszowiacy mimo najszczerszych chęci nie mogli nic zrobić, chyba że zejść ze sceny w spuścić panu gałkowemu wpierdol. Cały czas jakieś sprzężenia, bas którego nie było w ogóle słychać… Dopiero przy ostatnim numerze ktoś chyba przypomniał sobie o włożeniu jakiejś wtyczki, dzięki czemu lewa kolumna udowodniła, że nie stoi tylko dla ozdoby. A muzycznie? Cóż, z tego co było słychać to chłopcy (tak, ja wiem, chłopcy to są w agencjach towarzyskich, a oni to są młode wilki, hehe) się starali jak mogli, prezentując głównie kawałki z „Infernal Thrashing Kömmandments”, jednak po upływie pół godziny musieli zejść ze sceny. Niestety w nierównym pojedynku zespół – akustyk, starszy pan był jednak górą. Wielka szkoda.

Kapelą numer dwa tego wieczoru byli podopieczni Mariusza z Lilith Productions (przy okazji pozdrawiam!) – Mord’A’Stigmata. Nie tak dawno dane mi było oglądać ich show w Gorlicach, ale że ich muzyka rozpierdala (tak, znów wchodzę w dupę, hehe) mnie na atomy, to z tym większym zaciekawieniem chciałem zobaczyć, co też kapela pokaże w bardziej profesjonalnych warunkach. No i znów, „dzięki” akustykowi owe profesjonalne warunki były stwierdzeniem lekko na wyrost. Mord’A’Stigmata zabrzmiała już nieco lepiej od Excidium, ale dalej do ideału było daleko. Gitara Statica była bardzo słabo słyszalna, ale gość za konsoletą dalej nic z tym nie robił, widocznie taka była jego wizja muzyki, psia mać… Było to wyjątkowym bólem w dupie, gdyż moim zdaniem zespół ten nie gra prostego łupu – cupu i na koncercie zapewne bardzo trudno jest odtworzyć te dźwięki tak by zachować ich klimat. Kulejący sound na pewno nie działał tu in plus, w związku z czym czarne metalowe ludki stały jeno przez większość czasu i wpatrywały się w postacie na scenie. Na chwilę rozkręcił się pod sceną minimalny młyn nawet, ale w sześć osób to żadna zabawa, zwłaszcza kiedy trzy z nich mocno walczyły z prawami fizyki. Mord’A’Stigmata skupiła się na utworach z fenomenalnej „Uberrealistic”, ale i zaprezentowali nowe utwory. Powiem tyle, że warto czekać na następcę debiutu, bo pod łysą czaszką Statica wykluły się nie lada pomysły. Ogólnie rzecz ujmując – dobry koncert, jednak ponownie brzmienie było przeciwnikiem kapeli.

Blaze Of Perdition – po nich ponoć można było spodziewać się wielu rzeczy. Nie widziałem ich jeszcze na żywo, słyszałem różne opinie od zachwytu przez zniesmaczenie do totalnej krytyki. Od siebie powiem tak – możecie mówić, że dałem się złapać na ich tanie sztuczki ze świńską krwią i tak dalej, lecz niezaprzeczalnie cały ten wizerunek pasował do ich muzyki. Black metal z przymiotnikiem „obskurny” zgromadził pod sceną niezły tłumek napierdalającej się młodzieży, chwilami było na tyle ostro, że w trosce o swoją facjatę i posadę, która ucierpiałaby, jeśli przyszedłbym do roboty z cipą pod okiem, wycofałem się na bezpieczną odległość. Blaze Of Perdition na scenie sprawiało wrażenie popierdolonych fanatyków – wszyscy ubrani w jakieś szmaty, oblani posoką z wieprza, która jebała na dobre kilka metrów. Dwóch wokalistów, z czego jeden (Sonneillon) przypominał czarny charakter z filmu „Sin City”, wyrzygiwało kolejne wersy, pluło, szarpało za kudły ludzi pod sceną, polewało zgromadzonych rzeczoną krwią, biczowali się łańcuchami. Prawda jest taka, że Rzeszów dawno nie widział takiego koncertu, więc wrażenie zrobili całkiem całkiem. A jak muzycznie? Brzmienie nadal kulawe, ale jakoś w przypadku muzyki Blaze Of Perdition zeszło to na dalszy plan. Zespół zaprezentował numery zarówno te, które nagrał jeszcze jako Perdition, jak i te świeższe (choć przy zapachu juchy to słowo jakoś jest nie na miejscu, hehe), zarejestrowane już pod obecnym szyldem. I scenicznie wypadli naprawdę zajebiście, cały koncert był bardzo agresywny, ale i trącił takim cmentarnym odorem – jednym słowem black metalowy koncert pełną gębą.

Przedostatnim bandem piątkowego wieczoru było tarnowskie Hell United. Ja tych panów kojarzę jeszcze gdy grali sobie pod szyldem Eclypse. Wówczas również było nieźle. Choć przyznam się bez bicia, że ich występu nie widziałem dokładnie z powodu rozmów towarzyskich i dysput filozoficznych, jakie prowadziłem podczas tego występu. Ale z tego co wychwyciło moje redaktorskie (dobra, śmieszą mnie takie sformułowania w odniesieniu do webzinowych aktywistów, hehe) oko i ucho, Tarnowianie nie dali dupy i pozamiatali gawiedź swym brutalnym death metalem. Dziwią mnie opinie, które krążą o tej kapeli, że niby to Hell United są z dupy wzięci – słuchając ich na deskach Klubu Pod Palmą odniosłem całkowicie inne wrażenie – chyba, że chodziło o dupę Szatana, wówczas jak najbardziej się mogę zgodzić. Mroczny death metal zgromadził pod sceną sporą liczbę osób, oczywiście jak na niezbyt pokaźną frekwencję, niestety smutna konstatacja – niektóre mroczne duszyczki bawiły się jakby znalazły się tu przypadkiem, ot – pomyliły sobie zespoły, bo chciały iść na Pidżamę Porno. W związku z tym chwilami miast dzikiego moshu można było zobaczyć sobie woodstockowe hasanie. A sam zespół po około czterdziestu minutach zszedł ze sceny, odstępując miejsce headliner’owi trasy.

Chyba słusznie rola ta przypadła katowickiemu Massemord. Zespół to uznany, nie tylko na naszym, polskim metalowym poletku, ale i (a nawet może przede wszystkim) poza jego granicami. Słusznie mówi się o nich, że wprowadzili nową jakość do black metalu. Liczyłem, że wszystkie te peany znajdą swoje odbicie w muzyce. I… nie przeliczyłem się. Od pierwszych taktów ekipa Namtara udowodniła zgromadzonym, dlaczego przypadł im status głównego zespołu (jeśli można się tak wyrazić) trasy. Solidna black metalowa uczta, jaką zgotował Massemord porwała maniaków, co tu dużo mówić. Mnie samego wyciągnęła z backstage’u, bo przecież po coś na ten koncert przyszedłem. I nie żałuję, po stokroć! Pamiętam krakowski koncert Furii, tworzonej przecież przez tych samych ludzi – i pomimo, że obie kapele miały oczywiście zjebane brzmienie, to jednak rzeszowski koncert podobał mi się bardziej. Katowiczanie pokazali, że black metal to nie koniecznie świńska krew, ale i bardziej zdehumanizowane oblicze – trupiobiałe twarze i torsy, pomimo lekko statycznego jak na mój gust zachowania na scenie, muzycznie wypadli bardzo dobrze. Ja ich oglądałem z perspektywy kilku metrów – ze sceny biło chłodem i agresją, zespół bez żadnego gwiazdorzenia odegrał swój set, podczas którego oczywiście bawiło się chyba najwięcej ludzi – co zrozumiałe zresztą. Po czem zeszli ze sceny. Koncert dobiegł końca, lub by użyć innego zwrotu – „dokonało się”.

Na zakończenie tradycyjnie podsumowanie. Więc jest tak: dźwiękowca należałoby utopić w gównie, to po pierwsze. Obsuwę usprawiedliwiam pierwszym koncertem w ramach trasy – tak więc odpuszczone, hehe. Dobór kapel wyśmienity. Frekwencja jak zwykle ostatnio w Rzeszowie – słaba. Niemniej jednak mam nadzieję, że następna edycja United Death Armageddon nie ominie Rzeszowa. Ja będę na pewno.

Piękne fotki są autorstwa Czarnej666, a resztę galerii podziwiać proszę tutaj.