UnderTheBlackSub2016Letnie festiwale. Potok muzyki i potok wódki. Słowem sielanka. Wyjazd na tegoroczny UTBS właściwie podjęty został natychmiast, kiedy to okazało się, że tegoroczny lineup ma ubogacić Genocide Shrines. Na szczęście pół roku minęło tak szybko jak świetność Vader’a. Dzięki czemu już 30 czerwca wczesnym porankiem ruszyliśmy w drogę do IV Rzeszy. Ta na szczęście była bezproblemowa i już na parę godzin przed pierwszymi koncertami zalogowaliśmy się pod Helenenauer Weg 3. Jako że to moja pierwsza edycja tego festiwalu muszę co nieco o napisać o samej miejscówie. Las. Zajebisty las i jeszcze raz las. Świetna lokalizacja to na pewno atut tego festu. Sporo miejsca na namioty, sporo miejsca na chlanie i ogólnie sielankowy, że się tak wyrażę, nastrój to atuty UTBS. W tym roku jednak, opierając się na opiniach innych, organizacja nieco poległa, acz ja tego jakoś nie odczułem. Ochrony praktycznie zero (dopiero 2 dnia jakaś mobilizacja w pilnowaniu opasek i dużej sceny), nieco ubogie punkty gastronomiczne (dokładnie 3) ale za to całkiem ciekawe stoiska distro i zmyślne eko toi toie (poranne wypróżnienie to jednak podstawa) za 5 euro (3 dni nieograniczonego korzystania ze sralni). Tak to tego roku wyglądało. Pogoda również okazała się być łaskawa, choć ostatniego dnia troszkę sobie popadało (Hot Shower he he). Tyle jeśli chodzi o organizację… a muzycznie ? Być może tego roku skład nie powalał, ale parę rodzynków i rodzynów się znalazło.

Dzień pierwszy – czwartek

Sarinvomit

Sarinvomit

Ten dzień miał być zajebistym otwarciem całej imprezy. Wstępna rozpiska i lineup zapowiadały tego dnia m.in. Genocide Shrines. Niestety, problemy prawne z otrzymaniem wiz do eurokołchozu okazały się dla zespołu nie do przeskoczenia, przez co odpadli oni na ponad tydzień przed festem. Dlatego też w zamian siewców ludobójstwa na scenie pojawił się jako pierwszy tego dnia polsko-niemiecki Nebiros. Występu co prawda nie widziałem – dzielnie wlewałem w siebie procenty na polu namiotowym – jednakże muzyka płynąca przez las świadczyła o tym, że to był w miarę dobry występ. Surowy, narktoczyny black metal. Tyle i aż tyle. Tuż po nich na scenie pojawili się pierwsi, których chciałem zobaczyć, czyli turecki Sarinvomit. W końcu “Baphopanzers of the Demoniacal Brigade” to całkiem niezły materiał, więc byłem ciekaw jak kawałki z tegoż zabrzmią na żywo. I ja jebe. Pomijając już długość ustawienia się, strojenia i prób, tak chujowego brzmienia dawno nie słyszałem. No ale patrząc na dźwiękowca wpierdalajacego chińszczyznę nie dziwiłem się w sumie niczemu. Sam występ turasów można jednak uznać za udany. Thrashujący black metal miejscami naprawdę mocno wciągał, ale jeszcze trochę przez Bosfor wody upłynie, zanim odpowiednie zgranie u chłopaków będzie i osiągną poziom swoich ulubieńców (do takiego Revenge albo Bestial Rides sporo drogi). Gdyby nie dźwiękowiec, pewnie w odbiorze by było lepiej, a tak tylko średnia krajowa.

Jako kolejni na scenie zainstalowali się kolesie z kraju cygar i Fidela Castro, czyli Narbeleth. I tutaj przyznam szczerze, że w prawie ogóle tego występu nie zarejestrowałem. Być może dlatego, że to była po prostu straszna kupa. Nie dość, że brzmienie nadal leżało, to jeszcze muzycznie ów projekt nie pokazał zupełnie nic ciekawego. Ot taki od bida black metal i to wszystko. Tak, więc na pewno było tak, że musiałem spożyć coś mocniejszego. Tuż po 22 na scenie pojawił się Skyforger. Widziałem Łotyszy parę lat temu przy okazji koncertu Nokturnal Mortum w Katowicach i muszę powiedzieć, że jak ich nie słucham tak wtedy mi się podobali. Nie inaczej było i teraz. Energia, żywioł i przede wszystkim luz bijący od muzyków. Fajnie się tego słuchało i przede wszystkim w końcu po ludzku. Brzmienie było odpowiednie, muzyka też. Naprawdę na nic nie można było narzekać. Zagrali mocny, szybki set, bez żadnych ubarwień i to był strzał w dziesiątkę. Skyforger był dla mnie ostatnią kapelą tego wieczoru. Reszta czasu wypełniona została – a jakże – trunkami i pogadankami na temat sceny i wesołego pierdolnika który na niej panuje.

Dzień drugi – piątek

Piąteczek, piątunio… wódeczka, konserwa, wódeczka i dalsze dyskusje na temat sceny (nie tylko Polskiej) przyjemnie wypełniały czas przed pierwszymi koncertami. Na scenie za dnia pojawiły się m.in. Luctus, Muert a także Fin i Drengskapur. Nie widziałem z tego nic, acz słysząc tylko dźwięki leśnego echa stwierdzam, że szału również nie było. Otwarciem tego dnia było dla mnie więc Whiskey Ritual. Pizza, mafia, kokaina jak ładnie przedstawił zespół wokalista, Dorian Bones. Nie wiem ile litrów dziennie piją i co biorą czy tam palą ale trzeba włochom przyznać, że wiedzą jak wziąć to co najlepsze z twórczości GG Allina i przekuć to na pijacki black’n’roll. Duch króla gówna i autodestrukcji wisiał w powietrzu przez cały występ makaroniarzy i a kolejne kawałki (było i “Black’n’Roll”, “One Million” czy rzecz jasna “Whiskey Ritual”) pompowały jeszcze więcej muzycznych procentów do krwioobiegu (szczęśliwcy zrobili kolejkę Jack’a Danniels’a z zespołem). Niech potwierdzeniem tego będzie to, że perkusista uszkodził pedał, przez co jeden bęben odpadł (ale przyznać trzeba, że jego brak nie był wcale odczuwalny). Na koniec obowiązkowo rozbrzmiał cover Mistrza “Bite It You Scum” co okazało się idealnym zwieńczeniem tej pijackiej, muzycznej przygody. Jeden z nielicznych najlepszych występów tego dnia.

WhiskeyRitual

Whiskey Ritual

Jako kolejni na scenie pojawili się goście z Fides Inversa. Nie powiem, sama nazwa zespołu na tyle mnie zainteresowała, że postanowiłem posłuchać co takiego ciekawego Włosi mają do zaprezentowania. Kaptury, rytualne wstawki i… Tyle. Nic ciekawego. O ile perkusista wykonał bdb robotę (także wokale) tak reszta zespołu ledwie ledwie pociągła cały show. Sorry, ale taki rodzaj black metalu kompletnie do mnie nie przemawia. Tuż za Włochami pojawili się panowie z Heretic. Występ ten poświęciłem na spożycie alkoholu i napełnienie żołądka strawą. Tuż po 21 na scenie pojawili amerykanie z Thornspawn. I tutaj będę trzymał się swojego. Amerykanie w tym gatunku kompletnie (z małymi wyjątkami) się nie odnajdują. Nie dość, że muzycznie to istna kupa to jeszcze basistka raczej była zainteresowana gabarytem swojego basu i ułożeniem włosów aniżeli odwaleniem porządnej sztuki. Za jakie grzechy ja się pytam? Po co to gra? Po co to istnieje? Nie ważne, bowiem tuż po tym wybitnym zespole na scenie pojawili się greccy bogowie z Acherontas. I to był prawdziwy show. Nie jakieś tam eciepecie tylko soczysty, rasowy blaczur. Z odpowiednim klimatem i pazurem. Majestatem i lucyferyczną dawką zła. Zdecydowanie najlepszy obok Whiskey Ritual występ tego dnia. Nie pamiętam ile wypiłem ale wiem, że piątek skończył się dla mnie w sobotę przed godziną 6 rano przy… a nie ważne, grunt że niemieccy sąsiedzi mocno to odczuli he he…

Acherontas

Acherontas

Dzień trzeci – sobota

Tego dnia pogoda z początku nie rozpieszczała. Przelotne opady, nieco niższa temperatura zachęciła wręcz do spożycia kilku głębszych Stumbrasa. Bdb wódzia, jeśli ktoś nie pił. Sobota wypełniona była występami tylko Norweskich hord. Na scenie pojawiły się więc Narvik, Kaeck, Kield oraz Borgene. Jak to się prezentowało na scenie, również nie wiem. Miejscami jednak przez las niosły całkiem znośne melodie. Znośne podkreślam. Odpowiednio napojony i najedzony przed godziną 18 zalogowałem się w lesie, gdzie na dużej scenie pojawili się goście z Djevelkult. Ja pierdole. O ile nic nie znaczący, blastujący black metal który pędził nie wiadomo gdzie miejscami miał przebłyski ciekawej nuty tak całość odbioru została skutecznie zabita przez wokalistę tegoż tworu. Skrzeczący, monotonny, nic nie wnoszący do muzyki i kanonu. Zacząłem się więc zastanawiać czy aby na pewno dobrze zrobiłem oddalając się od wódopoju. Na szczęście szybko ten cyrk minął i na scenie pojawili się panowie z Den Saakaldte. I to było już coś. Nienawiść, obrzydzenie do gatunku ludzkiego, do życia, do wartości i ogólna wyjebka na wszelkie nakazy i przykazania moralne. Tak mogę określić występ gości z Nottoden. 40 minut minęło trochę za szybko, bo chciałoby się zdecydowanie więcej takiego grania (trzeba nadrobić w domowym zaciszu). Hades, który grał tuż za nimi nie podtrzymał niestety tego klimatu. Nie dość, że brzmienie nie powalało, to jeszcze band jakoś mocno się nie starał. Choć trzeba przyznać, że wokalista dawał nieźle radę a i wokale miał miejscami miał całkiem klawe.

DenSaakaldte

Den Saakaldte

Coś przed godziną 22 na scenie pojawił się najwyższy z najwyższych, czyli Isvind. Bitą godzinę z trollem spędziłem jednak nabierając siły na występ Aeternus. I to był strzał w dziesiątkę, bowiem zespół dał przedstawienie jakiego chyba na tym festiwalu nie było. Żywiołowe, wypełnione death metalową ciężkością oblaną black metalową smołą i ogniami piekielnymi. Set przekrojowy, obejmujący całą twórczość zespołu, z naciskiem na te bardziej przebojowe wałki. Mocne, warte obejrzenia show, które zapadnie na dłużej w pamięci. I tak właśnie zakończył się dla mnie UTBS. Tuż za Aeternus na scenie pojawił się jeszcze Esoteric (tfu! Ancient rzecz jasna! Esoteric grał dzień wcześniej tuż za Acherontas – przyp. Łysy), ale nie chciałem psuć sobie wrażeń po występie poprzedników.

Aeternus

Aeternus

Podsumowując. Tegoroczna edycja pod względem muzycznym nie zachwyciła. Tylko jedna trzecia kapel, która przykuła mocniej moją uwagę, to naprawdę nie za ciekawy wynik. Całość jednak została obroniona przez świetny klimat samego miejsca, ludzi z którymi się było i przede wszystkim to, gdzie festiwal się odbywał. Oby 20 edycja była lepsza, bo bilet już jest zaklepany.