Dwudziesta edycja Under The Black Sun Festiwal praktycznie od początku borykała się z problemami organizacyjnymi. A to zespoły nie dopisały (Genocide Shrines po raz kolejny nie dało rady zagrać), a to miejscówka w której odbywał się festiwal została wymówiona organizatorowi, a to w końcu pogoda postanowiła oczyścić atmosferę niemal nieprzerwanie padającym deszczem. Tak czy siak black metal to nie rury z kremem, więc impreza musiała się odbyć mimo wszelkich przeszkód. Z początku organizator przeniósł imprezę do berlińskiego K17 (wtedy zastanawiałem się czy w ogóle jechać) ale potem poszedł po rozum do głowy i stwierdził, że plener będzie jednak lepszy. Udało się znaleźć nowy teren i dzięki temu było wiadomo, że 20 edycja tej imprezy dojdzie do skutku zachowując tradycję, czyli: pozostając w lesie.

Do miejsca festiwalu dotarliśmy tuż po godzinie 16, czyli jeszcze przed pierwszymi występami. Oczywiście, deszcz napierdalał jak pociski pod Berlinem w ‘45. Więc nie pozostało nic innego jak rozpocząć pobyt rozgrzewką w deszczu podczas stawiania wiaty, namiotów i odpalenia po tym 0,7 butelki whisky… Co jak co, ale rozgrzać trzeba było się odpowiednio, co by przetrwać chłodny wieczór. Ponieważ butelka nie chciała odpuścić, naszym pierwszym koncertem tego dnia był występ holenderskiego Infinity. I od razu przyznam, że słabo go zarejestrowałem. I nie, nie dlatego że alkohol był tego przyczyną. Ale to, że Infinity zupełnie nie w komponowało się moje gusta muzyczne. Jasne, black metal. Miejscami nieco zadziorny, ale w ogólnym rozrachunku na tyle wtórny i mało wyróżniający się, że wolałem poświęcić ten czas na zapoznanie się z terenem, zakup festiwalowego merchu i zajęcie dogodnego miejsca na występ kolejnej kapeli. Hetroertzen. Nazwa zawsze mnie intrygowała i zastanawiało mnie jedno: jak chilijczycy poradzą sobie grając szwedzki black metal. I wyszło im z początku nieźle. Mocny, nasycony nieco religijnym akcentem z dużą dawką czarnej materii metal rozbrzmiewał w deszczowej aurze niosąc za sobą mistyczny klimat. Poleciały kawałki z nowego działa szwedów, czyli z “Uprising of the Fallen” i wydanego w 2014 “Ain Soph Aur”. Z czasem jednak cały występ zaczął mnie nużyć więc przed końcem setu postanowiłem powrócić do bazy.

Hetroertzen

Drugi dzień zaczął się od jednego, prostego pytania: kurwa, co my tu właściwie robimy?! Deszcz jak padał, tak lał coraz mocniej. Wiatr dodatkowo potęgował chłód, a kac wczorajszego dnia jakoś wybitnie mocniej przyciskał niż zwykle. Śniadanie i pierwsze piwo rozwiały jednak wszelkie wątpliwości.

Chotzä

Tuż po 14 na scenie pojawił się Satan Worship, ale to nie ten zespół był dla mnie jednym z dwóch, głównych dań dnia. Pierwszym z nich była szwajcarska Chotzä. Przyznam, że miałem styczności z tym zespołem dopiero od czasu, kiedy go zapowiedziano na tą edycję. Szczątkowa ilość materiału prezentowała się jednak na tyle dobrze, że podsycił mój apetyt na więcej. I w końcu tuż przed 15 rozbrzmiały pierwsze dźwięki prostego, chamskiego black’n’rolla z typowo pijackimi, szorstkimi wokalami w tle. Ja pierdolę. Ile to miało mocy, fellingu i punkowego brudu to ja nawet nie. Drugi kawałek w kolejności “Kabutt” (na ten liczyłem najbardziej) po prostu rozjebał mnie na kawałki. Dawno nie miałem tyle radochy z oglądania jakiegokolwiek zespołu grającego na żywo. Piwsko wlewało się do organizmu raz po raz, zaś Chotzä składała hołd Elvisowi, Szatanowi i samemu GG Allinowi przez niemal 40 minut. Nie liczyło się wtedy kompletnie nic, tylko black’n’roll i szatan.  Liczyłem jeszcze mocno na cover GG’ego, ale jego brak zrekompensowały mi “Jammergschtautä” i “Jesus vo Na(rsch)zareth”. Reasumując: rozjebali mnie doszczętnie. Merch Chotzä zakupiony, szczęście podwójne.

Inferno

Tuż po Szwajcarch pojawił się na scenie hiszpański Balmog, a zaraz po nich Czesi z Inferno. Byłem bardzo ciekaw co zespół, który przeskoczył chyba już wszystkie odmiany black metalu ma do pokazania na żywo. Wszak ich najnowszy twór “Gnosis Kardias…” jest całkiem fajnym materiałem więc i na żywo musiał się po prostu sam obronić. I się nie obronił heh. Całość występu wyglądała naprawdę słabo. Wymieszanie behemotha, popłuczyn po jakimś religijnym blacku z mocnym, a raczej kijowym występem teatralnym wokalisty i miałko brzmiącymi gitarami. Nie krytykuję jednak do końca tego występu, bo kawałki z rzeczonego “Gnosis…” brzmiały jak należy, ale ginęły gdzieś pod gruzami miernego imagu zespołu. I o ile np. Chotzä zebrała publikę mimo deszczu, o tyle Inferno grało dla garstki najwytrwalszych.

Po Inferno postanowiliśmy udać się na strawę i uzupełnienie płynów. Raz by zrobiło się nieco cieplej, dwa by było jeszcze weselej. Właśnie wtedy też na scenie produkował się nasz rodzimy Bessat, a tuż po nich chłamerykański Crimson Moon. Mniej więcej przed godziną 20 na scenie pojawili się portugalczycy z Corpus Christii. I o ile dwa poprzednie zespoły nie interesowały mnie zbytnio, to jednak portugalczycy już tak. Wszak Corpus Christii to miejscami ciekawy zespół, ale gwiazda jego nieco wyblakła ostatnimi czasy. Nie zniechęciło mnie to jednak do obejrzenia ich na scenie. Muzycznie, naprawdę bardzo dobrze. Mocno, wyraźnie jak na południowców przystało. I gdyby nie słaby wokal, całość byłaby naprawdę bardzo w pytę. Gdzieś w połowie występu na scenie pojawił się wokalista z jednej z niemieckich kapel, co by wspomóc Nocturnus Horrendus wokalnie. I gdyby główny wokal wyciąć a pozostawić ten prezentowany przez gościa, Corpus Christii prawdopodobnie pozamiatało by tego wieczoru wszystkich. Ot co robi charyzma i odpowiednie nastawienie do muzyki. Dobry występ, ale wokal to padaka.

In The Woods…

Nocturnal Depression szczerze pominę. Muzycznie dobrze, ale stylowo już niekoniecznie i w moich rejonach. I gdyby nie ten deszcz pewnie gdzieś bym leżał uwalony rozmarzony z butelką trunku w łapie oczekując występu dnia, a może i nawet występu tej edycji. In The Woods… cóż za fajna ironia losu. Festiwal w lesie z zespołem, który w lesie siedzi od ponad dwóch dekad. Występ na ubiegłorocznym Brutal Assault pozostawił we mnie fantastyczne wspomnienia, ale to co pokazali tego wieczoru przebiło owe po sześciokroć. Magia, absolutna magia. Rozpoczęli klasycznie, bo od “Yearning The Seeds Of A New Dimension”… cóż to było za 12 minut. Pełne emocji, szaleństwa, smutku… i przede wszystkim głębokiej nostalgii, która wywołała łzy szczęścia… Mr. Fog to idealny wokal na te czasy dla In The Woods…, nie ma absolutnej wątpliwości. Nie obyło się też bez “Blue Oceans Rise (Like a War)” z powrotnego “Pure”. I przyznam, żę będę musiał się chyba przeprosić z tym krążkiem, bo z każdym koncertem, kawałki z niego brzmią coraz lepiej. Zdecydowanie występ festiwalu…

Zamykaczem tego dnia był Angantyr i jak się okazało pozostanie na ten zespół było błędem. Dobrze, że łyk smacznej cytrynówki zrekompensował niesmak pozostawiony po tym występie.

Trzeci, a zarazem ostatni dzień festiwalu to już istna masakra. Chuj z pogodą, bo ta w ogóle się nie zmieniła ani o jotę od dnia przyjazdu, ale to co działo się już w trakcie koncertów oraz za sceną zrekompensowało chyba wszystkie niedogodności tej edycji.

Arkona

Na początku tego dnia zagrały Panychida oraz Streams Of Blood. Dla mnie otwieraczem jednak tego dnia była nasza polska Arkona. Tutaj praktycznie nie trzeba pisać nic po za tym, że był to zajebisty występ. Nieco nowego materiału, nieco staroci… Ogólnie ten zespół już jest zupełnie na innym etapie i mimo wszystko nie traci nic a nic z korzeni, z których wyrósł. Lekki niedosyt mógł wywołać fakt, że zabrakło nieco polskich klasyków grupy. Cóż, nie wszystko można mieć. Mam nadzieję na powtórkę gdzieś w Polsce. Następnie na scenie pojawiły się Darkmoon Warrior, Kult i Monarque. I to właśnie podczas tych występów wspólna integracja zakulisowa z przedstawicielami polskiej sceny muzycznej przerodziła się w niezłą imprezę, podczas której pękła nie jedna flaszka, zaś cytrynówka, której to składano dosłownie hołdy na kolanach (tak, ta sama co zrobiła furorę na Black Silesia Festival) pokonała nawet samego wokalistę Make a Change… Kill Yourself… I to właśnie duńczyków zobaczyłem jako kolejnych na scenie. Jak się okazało, wokalista się nie zabił, a całość brzmiała nadzwyczaj żywiołowo. Nie wiem czemu depresyjne zespoły black metalowe na żywo właśnie tak grają, ale… mniejsza o to. Występ poprawny, nawet bardzo, ale raczej nie przekonają mnie do siebie. Tuż po po nich na scenie pojawił się Darkened Nocturn Slaughtercult. Jak rok temu na Brutal Assault tak i tutaj zespół pokazał klasę. Onielar to jednak ma jaja, chyba o wiele większe niż większość zły black metalofców, co doskonale pokazywała na scenie. Niemiecka precyzja, to chyba wystarczy jako podsumowanie. Po DNS nastąpiła przerwa, podczas której załapałem całkiem niezłą zwiechę. Jednak wurst prosto z grilla i całkiem niezłe piwo ożywiły mnie na tyle, że mogłem obejrzeć występ The Ruins Of Beverast. Świetne show, pełne profesjonalizmu a przede wszystkim klimatu. Na żywo ta muzyka rozkłada na łopatki, z krążków już lekko – jak dla mnie – nie daje rady. I tak tegoroczna edycja dobiegła dla mnie końca.

The Ruins Of Beverast

Podsumowując. Dwudziesta, jubileuszowa edycja Under The Black Sun wypadła więcej niż poprawnie. Skundlała pogoda nie przeszkodzała w odobiorze zespołów. Brzmienie stało na wysokim poziomie. Jedna scena (a nie jak dwie, jak to bywało na poprzednich edycjach) mimo nieznacznych obsów podołała zadaniu i zmieściła każdy zespół. Merchu w tym roku było sporo, ceny trzymały mniej więcej polski poziom. Czy warto więc jeździć na Utbs? Ja wohl! Ich warten auf die nächste Ausgabe des Festival! I tyle w temacie.