W zasadzie to uczestnictwo w tym gigu nie do końca było z mojej strony czymś oczywistym. Z założenia miałem pojechać, ale w międzyczasie koledze wypadły jakieś sprawy ważniejsze, więc odpadła opcja samochodu. Pamiętając jak wymięty byłem na drugi dzień po Immolation, a jednocześnie będąc zmuszonym stawić się w robocie lekko się wahałem. Szczęśliwie Pathologist zaproponował „a może by się tak nie najebywać? I tak kasy nie mamy”. Słusznie, nie wziąłem tego pod uwagę, hehe…

Z takim zamysłem po drodze zrobiliśmy sobie tylko pół litra na rozgrzewkę, bardzo dobrej wódki Wyborowej. Czarodziejka gorzałka dodała nam kurażu, więc chyżym krokiem udaliśmy się w stronę Klubu Zet Pe Te. Cóż – ludzi wielu nie było przed wejściem, acz zacne było owo towarzystwo. Pathologist spalił ćmika i wtarabaniliśmy się do środka, uścisnąwszy prawicę Szanownego Organizatora. A w klubie echo. Ludzi trochu mało, w związku z czym poplątaliśmy się trochu tu i tam, obczaili merch i spokojnym krokiem udali na salę.

I rzecz niebywała – kwadrans obsuwy! Left Hand Sounds zrobiło psikusa jak na 1 kwietnia. To na pewno był jakiś przemyślany chwyt jednak, bo takie rzeczy się przecież nie zdarzają. Z drugiej strony – nie ma co się napinać z tą czasówką, wszak wiadomo, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu (a nawet nazizmu!). Żarty jednak na bok, bo po chwili na scenę weszło Outre. Wierzcie lub nie, ale widziałem ich po raz pierwszy na żywo właśnie tego wtorkowego wieczoru – zawsze jakoś mi ich gigi uciekały. Do rzeczy – kapela ma w zapasie niezłe numery i o ile wcześniejsze materiały nie do końca do mnie przemawiały, o tyle debiut naprawdę robi mi dobrze. I to głównie na nim oparł się set zespołu o ile mi się wydaje. Novum był wokalista Mateusz, który całkiem nieźle sobie radził w tej roli. Ba, nawet się spotkałem z opinią, że typ sobie świetnie radzi ze śpiewem alikwotowym (Gaba, zapamiętałem!), więc nie pozostaje mi nic innego jak się z taką opinią zgodzić. Publiczność może nie była jeszcze najliczniejsza, ale pod sceną kilka osób łbami machało, a jeszcze gęściej się zrobiło przy coverze Clandestine Blaze (a potem ich do Berlina wpuścić nie chcą, che che…). Ogólnie – kapela wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie.

Ćmik pauza – sik pauza i można było wracać, bo na scenę miało wejść Blaze of Perdition. Przyznam, że byli oni głównym powodem dla którego zjawiłem się w listopadową noc w Krakowie, szczególnie iż są świeżo po wydaniu świetnej płyty. Jako, że Sonneillon z wiadomych przyczyn nie zawsze może z chłopakami zagrać, tym razem obowiązki gardłowego przejął Mścisław o ile kojarzę. I cóż – kapela wyszła na scenę i rozległy się pierwsze dźwięki z „Conscious Darkness” (choć w sumie bardziej na czasie byłoby gdyby zaczęli na przykład od „Ostatecznego Rozwiązania”, che che…). I kurde, niby fajnie, ale coś mi nie do końca brzmiał ten koncert. Muzycznie było ok, ale jakoś nie mogłem się przekonać i cały czas miałem wrażenie, że jakiejś diablej iskry brakuje przy tym koncercie. Ostatni raz widziałem ich gdy supportowali Triptykon i wtedy dosłownie mnie zmietli. Tym razem było dobrze, jednak brak jakiegoś nienazwanego elementu nie pozwalał mi w pełni być usatysfakcjonowanym ich występem (a może ten element można jednak nazwać i to po imieniu…). Gdzieś w połowie ich gigu wyszedłem na moment po piwko i potowarzyszyć Pathologistowi w spaleniu peta, niemniej jednak zdaje mi się, że Blaze of Perdition oparło swój set na najnowszym i wcześniejszym krążku. I fajno, bo to są ich najlepsze dokonania moim zdaniem, przez co cały koncert wypadł mimo moich wszystkich narzekań naprawdę nieźle.

I znów ploteczki i pet i piwko (typowi się chyba coś pojebało na barze i zamiast syfiastego Żywca za 9 złotych lał wszystkim Apę za 12 złotych, więc jest to niechybny plus dla takich Januszy jak my, heh…) i powrót na salę, bo oto rozkłada się tam już Ulcerate. Nie widziałem ich nigdy wcześniej na żywo, ale każdy kto był świadkiem ich koncertu opowiadał o nim w samych superlatywach, byłem więc cholernie ciekawy. Zet Pe Te jest na tyle dobrym miejscem, że można na przykład stanąć z tyłu sceny, tam gdzie ustawiony jest drugi bar i wszystko oglądać i cieszyć się dobrym brzmieniem. Tak też zrobiliśmy. A naprawdę było co podziwiać, a wszelkie pochlebne opinie znalazły pokrycie w rzeczywistości. Ulcerate na żywo to jebane zwierzęta. Ich death metalowa sztuka to jest jakiś kosmos tak w ogóle. Typy wyszły sobie na scenę tak jakby się poszli przejść do sklepu, bez żadnych skór, katan, pieszczoch, nawet t-shirtów innych kapel, a to co lało się ze sceny określić można tylko mianem jebanego piekła. Przez cały koncert potrafili znaleźć jebany balans między technicznym skomplikowaniem ich muzyki a utrzymaniem grobowego feelingu. Wokalista paszczą wydawał tak chore i głębokie growle, że gdybym miał włosy – niechybnie stanęły by mi dęba. Co najlepsze wcale nie wyglądało jakby się przy tym męczył. Ja podobnie wyglądam pewnie gdy odpowiadam komuś półgębkiem – tylko z jego otworu gębowego wylewała się lawa. Jeden z lepszych koncertów jakie dane mi było zobaczyć w tym roku i jeśli ktoś chciałby się nauczyć jak grać death metal bez zbędnego anturażu – śmiało mogę mu polecić pobranie lekcji u Ulcerate.

Gdy wszystko już się skończyło udaliśmy się z Pathologistem klasycznie na McFurię. Chciałem też pstryknąć sobie zdjęcie z pomnikiem papieża Polaka, (takie hobby), ale niestety albo były daleko, albo pozamykane, więc niepocieszeni udaliśmy się na dworzec i odjechali do domów. Zadowoleni z dobrego wypadu posnęliśmy słodko jak niemowlaki, bo na następny dzień nie było przebaczenia – obowiązki pracownicze wzywały z samego rana.

Więcej zdjęć autorstwa Pathologista – tutaj.