Ulcer, Rites of Daath, Kalt Vindur; Rzeszów, Klub Vinyl; 24.03.2018

Sobota to doskonały dzień na spotkanie ze znajomymi, wypicie jednego, dwóch lub jedenastu piwek pogadania i relaksu. A gdy jeszcze do tego można zobaczyć na żywo kilka dobrych kapel, to już mamy znakomity plan na wieczór. W tę konkretną sobotę, czyli w dzień 24 marca organizowany był w klubie Vinyl spęd, który miały uświetnić kapele: Ulcer, Rites Of Daath i Kalt Vindur. Nie mogło mnie tam zabraknąć.

Wieczór przywitaliśmy lekkim biforem w jednym z lokali na rynku rzeszowskim. Liczna reprezentacja Lublina pojawiła się tego dnia w Rzeszowie, więc trzeba było gości godnie przywitać. W końcu nie my jedziemy do kogoś, a ktoś przyjechał do nas hehe. Dwa piwka minęły błyskawicznie i trzeba było żwawym krokiem udać się do Vinyla. W środku znajomych sporo, jednak frekwencja średnia… Jest jeszcze wcześnie, może ludzi trochę wbije. Gdy wpadamy do lokalu, trwają jeszcze próby dźwięku, więc udajemy się do baru, a następnie na palarnie celem konsumpcji złocistego napoju.

Ceregiel z regulacją nagłośnienia, nie trwał długo, cała sala została zadymiona i na scenie pojawia się Kalt Vindur. Nie miałem wcześniej styczności z tym zespołem, choć nazwa obiła mi się o uszy. Goście są z mojej okolicy, więc musiałem wesprzeć ich obecnością pod sceną. Koncert obejrzałem, muzyki wysłuchałem i co ja mam teraz napisać? Odczucia mam mocno mieszane. Z jednej strony potrafią goście wytworzyć znakomity trans. Są momenty, w których ta muzyka płynie, zabierając nas w najgłębsze ostępy karpackich lasów. Tylko, czemu te momenty muszą być przerywane przez zupełnie niepotrzebne, progresywne połamańce? Niesłychanie psuło mi to odbiór muzyki. Gdy już zaczynałem odpływać przy „mgłowych” riffach, znienacka zostaje wzbudzony z tego błogiego letargu jakimś riffem, który kojarzy mi się np. z Meshuggah. Może trochę popłynąłem z tym porównaniem, ale chciałem oddać dziwaczność tej muzyki. Co więc sądzę o Kalt Vindur? Jak się chłopaki skupią się na graniu leśnego black metalu pod Mgłę, to będę ich wiernym fanem, kupię sobie koszulkę i każdą kolejną płytę. Na dzień dzisiejszy jestem umiarkowanym entuzjastą muzyki Kalt Vindur.

Po koncercie kolejne piwko i kolejne dyskusje. W klubie nadal frekwencja nie powalała, ale uważam, że i tak nie było źle. Piwko i papierosek mijają szybko. Zza ściany zaczynają dobiegać pierwsze szarpnięcia strun. Idę, więc pod scenę, bo Rites Of Daath chciałem zobaczyć. Chłopaki grają bardzo dobry grobowy śmierć metal w wolniejszych tempach (w większości) i to jest właśnie takie granie, jak lubię. Powinienem napisać, że „taki death metal jaki lubię”. Koncert zajebiście mi się podobał. Dobra atmosfera, jakiś ruch pod sceną, z głośników skapuje czarna jak smoła maź. O to chodzi. Co do setlisty… Oczywiście skupili się na debiutanckiej EP-ce, ale również odbyli wycieczkę w przeszłość, serwując coś z czasów, gdy działali pod nazwą Cemetery Whore. Na koniec zaserwowali nam cover „Zajebistej kapeli z Finlandii”. Nikt nie wiedział, co to za cover, nie brzmiało to jak Impaled Nazarene, więc po koncercie trzeba było rozwiązać tę zagadkę. Nikt nie jest chodzącym metal archives, więc niezbędna okazała się pomoc Internetu. Doszliśmy do tego, że był to numer zespołu Convulse „Incantation of Restoration”. Chyba hehe. Generalnie koncert bardzo mi się podobał. Dobra atmosfera i muzyka, jaką lubię. Prosta, o szatanie i kopiąca po ryju.

Następna przerwa upłynęła oczywiście na wlewaniu w siebie kolejnych piw. Starałem się nie przesadzić z procentami, ale wszyło jak zwykle… Gdy Ulcer zaczął swój występ, byłem w stanie na tyle zbliżonym do normalnego, że zostało przegłosowane, iż to ja mam najlepsze kwalifikacje do napisania tejże relacji, ponieważ redaktor Oracle był już na znacznie bardziej zakręconej orbicie hehe. Lublin jak zwykle pokazał, że umie w śmierć metal. Ich muza, to może nie jest do końca to, czego słucham na co dzień, ale myślę, że potrafię docenić kunszt. Ulcer gra porządny metal śmierci. Nie jest to muzyka wyjątkowa, ale na pewno szczera i autentyczna. Hubert odwalał robotę za dwa gardła i dygował żądną zabawy publiką w rytm death metalowych potupańców. Do zabawy jednak wielu się nie kwapiło. Umówmy się, że to późna pora i zmęczenie hehe. Co zagrali? Było na pewno „Down Below”, „Grant Us Death”, „Godcremation” i „Death Metal Mafia”. Z innymi utworami nie będę się wygłupiał, bo nie pamiętam na 100%. Zakończyli oczywiście „Death Metal Mafia”, ale publika ożywiła się na koniec i wywołała chłopaków na bis, co ich najwyraźniej srogo zdziwiło. Zagrali jednak „rozchodniaczka” i wszyscy udaliśmy się grzecznie na spoczynek. No powiedzmy hehe.

W każdym razie wieczór uważam za bardzo udany. Kolejny zajebisty gig zafundował nam Echo Experiment. Teraz czekam na 21 kwietnia, bo Guma robi jeszcze sroższy spęd!

PS: Za zdjęcie Ulcer dziękujemy Kasi 🙂

Autor

664 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *