Triptykon ponownie w Polsce! Na czterech koncertach! I to w jakim towarzystwie! W zeszłym roku informacja ta przyprawiła mnie o migotanie przedsionków połączone z falą gorąca. Czasu było mnóstwo, ale już wiedziałem, że muszę zjawić się na jednym z gigów. Nie trudno zgadnąć, że padło na Kraków, bo jest to rozwiązanie najlepsze pod względem logistyki.

W czwartkowe popołudnie załadowaliśmy się do busa z wielkim ptakiem i w towarzystwie polówki de lux praktycznie teleportowaliśmy się do Grodu Kraka. Następnie pocisnęliśmy pod klub. Przed wejściem już kilku BDB znajomych, popija piwko. Dołączamy do komitywy i po kilku chwilach pogaduszek zakrapianych chmielowym wywarem wbijamy do środka. Wiadomo było, że do czasówki imprezy będzie można regulować zegarki, a każdą kapelę chciałem zobaczyć.

Gdy wbijamy do środka, Blaze of Perdition rozpoczyna swoje misterium. Za mikrofonem Enigmatyczny. Szkoda, bo w końcu chciałem zobaczyć ich w oryginalnym składzie. Może następnym razem. Polazłem pod samą scenę, jednak kiepska akustyka szybko sprawiła, że wycofałem się na koniec sali. Tam było już znacznie lepiej. Zaopatrzyłem się w piwko i zacząłem delektować się muzyką. Bardzo się ucieszyłem, że zagrali „Abbey of the New Aeon” oraz „Between Two Crescent Moons” ze znakomitego splitu z Devathorn. Znaczy Blaze wypadli na tym splicie świetnie, a Devathorn tak sobie, ale summa summarum materiał jest bardzo dobry. Z ostatniej płyty poleciało „Into the Void Again” oraz „Królestwo Niczyje”, którego brakowało mi na trasie Days of no Light. Zagrali jeszcze jeden numer, ale nie napiszę Wam jaki, bo zrobiłem sobie ćmik – pauzę. Pytałem o to kumpli, ale każdy albo był w kiblu, albo był pijany, albo kładzie lagę na ich muzykę. Nie zmienia to faktu, że występ był świetny. Szkoda, że nagłośnienie lekko kulało, przynajmniej w początkowej fazie występu.

W przerwie kolejna fajeczka, browar i rzut oka na merch. Spodziewałem się trochę większego wyboru. Triptykon przywiózł kilka szmat, Secrets Of The Moon kilka szmat i dwa CD. Nasi rodacy mieli znacznie bogatszy wybór na swoim stoisku. Tak to wyglądało w telegraficznym skrócie. Czasu nie było wiele do występu, więc na pełnej kurwie zdążyłem odcedzić kartofle i gdy wpadłem na salę Mord’A’Stigmata już rozpoczęła swoje show. Zacznę może od tego, że „Hope” robi mi znakomicie, jednak nie słuchałem jej za wiele, bo postanowiłem sprawić sobie winyl. Niemniej jednak te dosłownie 2-3 przesłuchania uświadomiły mi, że jest to naprawdę rewelacyjna płyta. Chłopaki mają w zwyczaju odgrywać na koncertach cały materiał, nie napisze wam jednak czy tak było i tym razem. Spotkałem ziomków, których nie wdziałem dawno i tak trochę krążyłem między barem, kiblem i palarnią skutkiem czego nie poświeciłem całej uwagi występowi Mordy. Obiecuję, że następnym razem się poprawię. Okazja ku temu zapewne się znajdzie.

W temacie pijaństwa robiło się też już dość grubo, więc wpadłem na salę, gdy Secrets Of The Moon już grało. Pamiętam ich z koncertu w Katowicach, który organizował Pan Piona. Z dwudniowego festiwalu, z którego odbył się jeden dzień i po którym to Pan Piona postanowił zapaść się pod ziemię. Napiszę od razu, że tamten występ jakoś bardziej mi się podobał. Był dużo bardziej klimaciarski (uwaga: kuc żargon!) niż ten, który mogłem podziwiać w Krakowie. Nie miało to jebnięcia – po prostu. Było jakieś takie płaskie. Nie mogę powiedzieć, że jestem ich jakimś zajebistym fanem, ale twórczość Niemców ma swoje momenty. Ten występ mnie jednak nie przekonał. Brzmienie już było fajnie wykręcone, ale ja postanowiłem spędzać czas towarzysko.

Jednak to na Triptykon głównie fatygowałem się do Krakowa i to na ich występie zalazło mi najbardziej. Nawodniony, odlany, zwarty i gotowy zameldowałem się pod samą sceną, gdy tylko poczułem, że to może być już Ten moment. I faktycznie zaczyna się. Wychodzi na scenę pan w czapeczce, szarpie za strunę swojej gitary i urywa łeb. Brzmiało to znakomicie. Nawet lepiej niż znakomicie, bo stałem przy samej kolumnie i słyszałem wszystko doskonale. Kurwa, ten bas! Jak wiertło robiące dziurę w czaszce. Powoli. Rozpoczęli klasycznie od łamiącego kości „Procreation (of the Wicked)”. Banana miałem na ryju przez cały czas trwania tego numeru. Klasa! Z repertuaru Celtic Frost wyłapałem jeszcze „Circle of the Tyrants”, „Ain Elohim” z „Monoteist” (kurwa, trzymałem kciuki, żeby poleciał „A Dying God Coming Into Human Flesh” albo „Drown in Ashes”, ale nie tym razem). Nie zabrakło też „Morbid Tales” po zainicjowaniu którego przez salę przetoczyła się fala zachwytu. Nie ma się, co dziwić, usłyszeć na żywo ten klasyczny numer – bezcenne. Ale na dobrą sprawę byłem na koncercie Triptykon, a nie reaktywowanego Celtic Frost. Niby szkoda, ale i Triptykon ma w swoim repertuarze numery, które wyrywają z butów. W ten czwartkowy wieczór mieliśmy okazję dostawać po ryju takimi utworami jak „Goetia”, „Aurorae” (U! WIEL! BIAM!!!) „Altar Of Deceit”, a na koniec zaprezentowany został monolityczny walec „The Prolonging”. Nosz kurwa! Setlista znakomita, show znakomite! Klasa, klasa i jeszcze raz klasa! Bisów nie było.

Ten koncert to było prawie półtorej godziny darcia ryja, suchych spustów i uśmiechniętej mordy. Takie koncerty zapamiętuje się do końca życia. Ostatecznie jednak pasowało się zbierać. Zgarnęliśmy ekipę i taksą udaliśmy się do centrum. Starczyło jeszcze czasu na McFurię i piwo. W busie zasnąłem snem sprawiedliwym, wiedząc że wyjazd ten wyrył się głęboko w mojej psychice i to nie tylko ze względu na ilości spożytej wódki.