Wiele rzeczy można sobie odpuścić, ale gdy człowiek słyszy, że w kraju Papieża Polaka zagra Triptykon, to pewnym jest, że stawiennictwo na koncercie będzie obowiązkowe tym bardziej, że supporty były niemniej wyborne.

Szczęśliwie koncert we Wrocławiu wypadał w piątek, więc kacowe na dzień następny miałem z głowy. Onego dnia zebraliśmy się z bdb znajomymi i około godziny 15.30 ruszyliśmy na spotkanie przygody busem racząc się już w trakcie podróży procentami. Jak to zwykle, kurwa mać, bywa coś we Wrocławiu musi być nie tak. Tym razem był to nieludzki korek na autostradzie, który zmusił nas do sporego objazdu, ale za to wyjechaliśmy pod sam klub. Jeszcze szybki ćmik i można było wbijać się do lokalu.

Tu wypada parę słów powiedzieć o klubie A2, gdzie odbywała się ta szacowna impreza. Umieszczony we wnętrzu sporej hali, ma dwa bary, szatnię, obowiązkowo kibelek i sporą scenę. Lokal jest pokaźny i z powodzeniem poradził sobie z pomieszczeniem licznej gawiedzi tego wieczora, a i bez przeszkód przyjąłby liczniejszą grupę. Wady? Kurewsko drogie piwo, więc imprezującym polecam raczej walić shoty wódki, które siekają mocniej, a kosztują tyle co browar (co też czynił sam piszący, heheh).

W środku zaś odbiór biletu, szybkie przywitanie ze znajomymi i rzut oka na merch, gdzie dzielił i rządził niepodzielnie sam Mintaj. O dziw, wybór był bogaty, a ceny naprawdę przystępne, więc każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Nawet wyjściówki.

Ledwo skończyłem okupować merch, gdy na scenę wkroczyła Mord’A’Stigmata. Nie ukrywam, czekałem na tę kapelę jak dzieciak na prezent od Mikołaja. Ich już „Our Hearts Slow Down” mnie kupiło całkowicie, zaś tegoroczne „Hope” nie pozostawiło jakiegokolwiek cienia wątpliwości, że to będzie udany koncert. Z kawałków to definitywnie poleciało „Mantra of Anguish” a potem materiał z „Hope”, aczkolwiek dokładniej nie notowałem, bo dałem się ponieść muzyce. Wiem, to brzmi grafomańsko ale zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam… w chuj dobrze zagrali i utwierdzili pogląd jaki o nich krąży, że jest to kapela, której w sumie nikt nie promuje, nie ładuje się gdzie się da, ale za każdym razem jak grają pod sceną jest sporo narodu, i niemal każdy zna, i lubi. Dla mnie to będzie bodajże trzeci, o ile nie czwarty, kontakt z Mord’A’Stigmata i jestem w pełni zadowolony. Otwieracz genialny.

Czego nie mogę powiedzieć o kolejnej kapeli jaką było Blaze of Perdition. Przyznaję, dałem szansę tego wieczoru Blaze’om. Onegdaj widziałem ich na trasie z Mord’A’Stigmatą i cholernie mi to nie podeszło ale może jednak… jednak nie. Zmusiłem się przez dłuższą chwilę, by postać posłuchać, popatrzeć na Człowieka Zagadkę na wokalu i zdegustowany wyjść z bdb kolegą na ćmika i shota. Ja wiem, że to dla wielu cvlt eternal, o czym świadczy spora frekwencja pod sceną, ale mnie Blaze raczej nie porwie już. Wynudziłem się okrutnie.

Gadkę ze znajomymi zakończyliśmy akurat, gdy ze sceny poleciały pierwsze dźwięki Secrets of The Moon i trzeba było się czym prędzej gnać na salę. Trzeba przyznać, Niemcy zmyli niesmak jaki pozostawił po sobie Blaze of Perdition. Muza praktycznie sama płynęła, a człowiek chętnie śpiewał wespół z kapelą. Moje ucho wyłapało takie szlagiery jak przyjemne „Man Behind The Sun”, „Nemesis”, „Lucifer Speaks”, „No More Colours”. Fajne to było, ale już duchem byłem na następnej kapeli, którą był wszak Triptykon.

Gdy tylko Secrets zakończyło popisy na sali zapanowało nerwowe wyczekiwanie. I w końcu pojawili się na scenie! Cała uwaga tłumu skupiła się na legendarnej już czapce, z której bezpośrednio wyrastał Tom G. Warrior. Triptykon rozpoczął dewastację publiki dowalając z grubej rury „Procreation of The Wicked”, by następnie miażdżyć wszystkich mocarnymi strzałami w postaci „Altar of Deceit”, „”Aurorae”. Oczy zrobiły mi się jak spodki, gdy Tom zapowiedział, że będzie wałek z „Monotheist”. Czyżby „Dying God Coming Into Human Flesh”? Ale nieeeee, tak dobrze, to nie było choć to i lepiej. Jakby to poleciało pewnie ze szczęścia upiłbym się do nietomości, a tak to człowiek z przyjemnością raczył uszy „Ain Elohim”. Poleciało za to również niszczące budynki, „Tree of Suffocating Souls” (jak ja ten wałek kurewsko uwielbiam, to ja nie!), a także „Morbid Tales”, gdzie ekstaza publiki osiągnęła apogeum, gdy padło pytanie „ARE YOU MORBID ?!”. Podkreślić należy, że już od pierwszego kawałka tłum pod sceną był potężny i żywo reagujący tak bardzo, że aż Tom wyraził uznanie ze sceny. Bisów jednak nie było i gdy ucichły ostatnie dźwięki można było ewakuować się do domu.

Przyznaję, poza jedną kapelą koncert był kapitalny. Osobiście należę do tych osób, które płyty Triptykona lubią średnio, ale na żywo, by ich zobaczyć to na kolanach pójdę, bo ich muzyka to potężny, czarny monolit sunący powoli, majestatycznie i mielący publikę przed sobą na krwawą miazgę. I tak było tym razem: bezlitośnie, ponuro, bezdusznie. Dodajmy do tego jeszcze świetną miejscówkę, solidne supporty i z powodzeniem mogę mówić o jednej z lepszych imprez w tym roku. Oby więcej takich!