Triptykon plakatWidziałeś, kurwa?! – zapytał pewnego dnia Pathologist. Kurwa, widziałem! Odpowiedziałem równie rezolutnie. No bo jakże inaczej zareagować na wieść, że zakończeniem roku będzie koncert Triptykon i Bölzer? Ci pierwsi – wiadomo, legenda, choć pod nowym szyldem. Ci drudzy zdorbili naprawdę spore zamieszanie w ostatnim roku na scenie. Wiele się więc nie zastanawialiśmy, wieści rozpuścili, kto by się jeszcze z nami wybrał, no ale ostatecznie osoby wyjeżdżające z Rzeszowa policzyć można było na palcach jednej ręki…

W drodze jak to w drodze, czas umilaliśmy sobie napojami, ale tym razem obyło się bez boruty (wielkiej). Jedna pani tylko profilaktycznie się przesiadła w trzy sekundy po tym, jak zajęliśmy za nią miejsce. Cóż, tak po ludzku zrobiło się nam przykro, że ludzie wciąż żyją stereotypami i boją się młodzieży (hehe…) ubranej w skóry. A przecież Golem rzekł tylko „co, Kuba, pijemy?” a nie „napierdolmy się jak świnie i zarżnijmy współpasażerów!”, hehe…

Ok, przyjazd na miejsce był planowy, zdążyliśmy jeszcze coś wtrząchnąć (polecamy knajpę na rogu, obok dworca PKS w Krakowie!) i udać się spacerkiem pod Klub Fabryka. Tam ostatni piwek na klatę i wchodzimy do środka, bo już się zaczęło. Odpuściliśmy sobie pierwszy zespół jakim był Spirit. Nazwę mieli swojsko brzmiącą, ale pokażcie mi osobnika który po pierwsze – przyjechałby na ich koncert, a po drugie – który by w ogóle wcześniej coś słyszał o nich. Kurna, no nic, przynajmniej można było się spóźnić bez większego wyrzutu sumienia.

massemord krkJak już się wtarabaniliśmy do środka to akurat na scenie rozłożył się Massemord. Zanim jednak dotarliśmy pod scenę, trzeba było uścisnąć pewnie z dwa tuziny dłoni – w sumie można by rzec, że znajomi się pozjeżdżali z całej Polski. Wiadomo, nie wszyscy mogli, ale jednak znajomych mord i mordeczek było mnóstwo. W każdym razie doczłapałem pod scenę, gdy Massemord nakurwiał swój recital… i szybko się wycofałem. Daleko do tyłu. Po prostu im bliżej sceny, tym gorzej było słychać. W zasadzie najlepiej było słuchać Massemord stojąc za ścianą, dzielącą jeden bar z szatnią, od sali, w której odbywało się show. W związku z tym nie mogę Wam wiele powiedzieć o ich koncercie – i to nie z winy zespołu.

bolzer krkPrzerwa między Massemord a Bölzer była dość długa, człowiek spokojnie zdążył jeszcze wypić browarka, poszwendać się po Fabryce, zamienić słowo raz z tym, raz z tamtym. No ale nie chciałem przegapić występu Szwajcarów, bo sporo sobie po nim obiecywałem. Wszak, bez względu na to, co mówią inni, „Aura” rozjebała mnie po stokroć. Serio. Dlatego też zanim jeszcze duet władował się na deski sceny w Klubie Fabryka zająłem miejsce pod barierkami. Muszę przyznać, że dziwnie wyglądało tych dwóch typów na scenie – w sensie, że trochę pustawo, hehe. No nic, zaczęli grać – kurwa, z jednej strony koncert mi się naprawdę podobał, choć wiem, że jest wiele osób, które raczej nie były zachwycone. Z drugiej strony brzmienie wciąż nie było najlepsze, zaś z trzeciej strony jakoś zdecydowanie bardziej mi Bölzer podchodził przed wyjazdem, gdy odsłuchiwałem sobie „Aurę” i „Somę” w domowym zaciszu. Ale powracając do strony pierwszej – Bölzer zagrał niezłą sztukę, choć może trochę mam jednak niedosyt – zwłaszcza, że w zasadzie traktowałem oba zespoły były niemal równorzędnym powodem, dla którego stawiłem się w Krakowie tej niedzieli. Może jednak wpływ na to miało jednak kiepskie brzmienie? Przecież riff w „Entranced by the Wolfshook” jest kurewsko genialny, a tutaj to go sobie musiałem pod nosem nucić bo coś przebić się nie mógł. Numery Szwajcarów były długie, więc i set nie był bardzo rozbudowany – coś koło sześciu kawałków, ale zasadniczo mi wystarczyło – zwłaszcza, że podczas ich koncertu wpadłem w młyn, bo inaczej się nie dało.

triptykon krkGdy Bölzer opuścił scenę ja również ewakuowałem się na browarka, by przyjąć płyny które wypociłem. No, alko już w sumie sporo wchłonąłem, ale rzekłbym fason jeszcze trzymałem – wicie, rozumicie „najebany, ale zawsze elegancki”, hehe… Niemniej jednak nawet nie wiem, kiedy ten czas przerwy minął, a już ludzie zaczęli wbijać z powrotem do sali koncertowej. Potężny Triptykon wkroczył na scenę. No i zaczęli. Kurwa, ale czym!!! „Procreation of the Wicked” – potworny ciężar, jeszcze wolniej niż w oryginale. I tu już brzmienie tak nie zawodziło. Może ktoś poszedł po rozum do głowy? Tomek Wojownik w dobrej, bardzo dobrej formie – głos jak dzwon, żadnych niedoróbek. Po nim – mocny punkt w postaci „Goetia”. Ja jebię, odegrane fenomenalnie. Koncertowo utrzymali ponurą, wisielczą atmosferę nagrań z płyt, co jest naprawdę trudne do zrobienia w tak dużej sali, przy takiej ilości ludzi. Oczywiście jakiś wieśniak koło mnie musiał skomentować „hyhy, jakby basistka pokazała cycky to bym bliży podszedł…” Kurwa, metaluchy to jednak w większości buraki, a przyznam, że takie wtręty rozbijają mi odbiór misternie budowanej przez Triptykon atmosfery. „Panie, miej nad nim litość”, że zacytuję słowa tekstu „Goetii”, hehe…Cały koncert to było takie przeplatanie numerów Triptykon, ale i Celtic Frost, a nawet Hellhammer. Powiem Wam, że usłyszeć „Messiah” i „Circle of the Tyrants” na żywca to jednak jest coś niesamowitego. Trzeba byłoby Wam zobaczyć jak zareagowała publiczność na te dwa strzały! Co najlepsze – Fischer wcale nie jest jakimś frontmanem co to zapierdala po scenie, skacze czy posługuje się nad wyraz bogatą konferansjerką, a i tak ludzie jedli mu z ręki. Klasa. Szczęśliwie Triptykon nie grał jak wieścili niektórzy tylko czterdziestu pięciu minut, ale i te siedemdziesiąt minut to było jak dla mnie za mało. Kilku numerów mi brakło, choćby genialnego „Aurorae”. Cóż, nie można mieć wszystkiego, ale i tak dla mnie był to chyba najlepszy koncert tego roku – wspaniałe zwieńczenie 2014. Szczęką po koncercie jeszcze długo zbierałem śmieci z podłogi…triptykon1 krk

No ale wszystko co dobre zbyt szybko się kończy. Jako, że do autobusu mieliśmy jeszcze sporo czasu, posiedzieliśmy chwilę, wypili po piweczku. Różne śmieszne typy się do nas zaczęły przypierdalać ni z gruchy ni z pietruchy, BDB recenzenci jednozdaniowi i inne takie ewenementy, hehe. Ustaliliśmy, że się zbieramy, po drodze musowo wpadając na wyżerkę. Klasycznie, opierdoliliśmy kuraka z kubełka (McFurii nie mieli) i udaliśmy się w stronę dworca. Po drodze zgubiłem się na prostej drodze, nie wiem po co wdrapywałem się na mury i przeskakiwałem przez tory, hehe… Nikt nie wie, hehe… W polskim busie pospadaliśmy jak bąki i w Rzeszowie byliśmy około czwartej nad ranem. Rozstaliśmy się z pieśnią na ustach – padło na zespół Kanalia i ich słynny (o ile oglądacie „Świat według Kiepskich”) utwór „No Future”, hehe. Występ ze wszechmiar udany. Mam nadzieję, że kolejny wyjazd będzie choć w połowie tak dobry!

 

Zdjęcia dzięki uprzejmości Infernal Impressions. Więcej macie tutaj.