trauma odwołanaW Rzeszowie sezon koncertowy w pełni – wszak niedawno czytaliście relację z odwiedzin Terrordome, za tydzień przeczytacie zapewne z gigu Epitome i Sphere, a dziś zapraszam do zapoznania się z opisem show, jakie zgotowała nam między innymi Trauma.

Ja wiem – większość tych kapel grała już w Rzeszowie nie raz i nie dwa, ale jak się nie ma co się lubi (choć wszystkie wymienione darzę sympatią) to się lubi co się ma. Trzymając się tej postanowiłem, że piątkowy, gorący czerwcowy wieczór poświęcę na napierdalanie baniakiem. Zgarnąwszy po drodze Efa udaliśmy się tradycyjnie do Vinyla. Fajnie, że klub w sumie w piwnicach, bo jednak zawsze było to lekkie ochłodzenie. Żeby tradycji stało się za dość jeszcze bardziej, pierwsze po przekroczeniu wejścia było piwko. W klubie szwędali się już chłopaki z Excidium, a Trauma która tyle co przyjechała wykładała swoje bety. Ludzi mimo to wcale nie było jeszcze wielu – więcej ich stało na szlugu przed klubem niż wewnątrz.

Po jakimś tam czasie publika się wreszcie poschodziła, ale to wciąż nie było to samo jak dwa lata temu, gdy na Traumę (i Pandemonium) najebało tyle luda, że nie wpuszczali już do środka. Gdy z palarni dosłyszeliśmy pierwszych dźwięków, które nie wyglądały na próbę uznaliśmy, że najwyższa pora ruszyć swoje zgrabne i warte grzechy tyłki pod scenę. Tam zaczęli już produkować się muzycy lokalnego Psycho Visions. W sumie zagrali oni przypadkiem, za zespół Jack Crusher, który nie mógł dotrzeć do Rzeszowa z jakichś tam powodów. Nie płakałem. Ciekawy byłem co to takiego ten Psycho Visions, bo wcześniej nie słyszałem – a jak już usłyszałem, to stwierdziłem, że więcej mi nie potrzeba. Jakby Wam to opisać? Muzyków było bodaj pięciu, a muzyka brzmiała tak jakby każdy chciał wrzucić do każdego utworu wszystko co mu do głowy przyjdzie. Stąd też w jednym numerze mogliśmy usłyszeć niemal balladowe spokojne granie, szybkie nakurwianie, w chuj melodii, głębokie growle i tak dalej i tak dalej. Dla mnie – absolutnie niezjadliwe. Obejrzaliśmy z Efem chyba trzy numery i ewakuowaliśmy się do palarni. Nie wiem, chłopaki muszą się zdecydować na jakiś jeden kierunek, bo póki co za dużo tam jest wszystkiego. Nie wiem jeszcze jak na EPce, bo i ta mi się trafiła, a od wczoraj nie zdążyłem jej jeszcze odsłuchać. Za koncert ich jednak nie pochwalę. Pod sceną ktoś tam niby machnął głową, inna osoba pokazała diabełka i na tym koniec – a i tak wrażenie, że to byli znajomi zespołu…

OK, szczęśliwie dla mnie Psycho Visions zeszło ze sceny. My z Efem przy drugim kuflu piwa rozwodziliśmy się na różne tematy – na przykład jak bardzo kasowym albumem byłby taki, na którym wrzucono by tylko rzeczy od zmarłych polskich muzyków… Wiecie, jakieś zarejestrowane linie perkusyjne Vitka albo Doca, gitary od dajmy na to Olassa i tak dalej… Z planów podbicia rynku muzycznego wybiło nas jednak Excidium, które weszło na scenę. Fajnie, że trafiła się im okazja do zagrania koncertu, niech pokażą, że nie umarli i w przeciwieństwie do co poniektórych wciąż robią to co robili. Oczywiście wiecie, że tutaj tera ze mnie wypływa pierwszej wody kolesiostwo w stosunku do Excidium, hehe! Takie życie. W każdym razie – panowie przejęli deski na około pół godziny i zaprezentowali nam dwa starsze kawałki i trzy całkowite nowości. Nie wchodząc nikomu w dupę – nowe numery kopią poślady. Nie wiem jak wypadną już po rejestracji, ale na żywca czuć było dużo Sodom, więc można oczekiwać z wywieszonym jęzorem. Fajnie ich nagłośnili do tego i co ważne, w końcu było dobrze słychać Cuntreapera, bo jakieś takie ma chłop szczęście, że co gig to jest najsłabiej słyszalnym ogniwem w tym łańcuchu chłoszczącym nam mordy. Poza tym widać już, że skład im okrzepł, Golem dobrze się wpasował do reszty. Zresztą, on się wszędzie wpasuje, taki fajny hehe… Coś tam próbowaliśmy pod sceną rozkręcić z kolegamy, ale nie za bardzo z drugiej strony było z kim, a w cztery osoby to chujowo jednak trochę. Niemniej jednak przy „Blackened Thrash Assasins” kilka osób więcej ruszyło. Na koniec Excidium odjebało zajebistą przeróbkę „Decibel Rebel” autorstwa Sabaton i zeszło ze sceny.

Przedostatnim zespołem był Fanthrash. Sorry, ale nie obejrzałem nic poza jednym numerem. Cóż – thrash metal zagrany na bardzo nowoczesną nutę, z wokalistą rodem z kapeli hardcore’owej dziś nie był dla mnie najważniejszy. Przesiedzieliśmy w większym gronie – część w palarni, część przy barze. Od razu uprzedzę, o pijaństwie żadnym nie było mowy. Ot, dywagacje o życiu i całej reszcie przy browarze.

Koniec końców przyszliśmy tu jednak na koncert. Na Traumę. Lubię Traumę. A w każdym razie lubię wczesne nagrania Traumy, jak i te płyty, które były dołączane do mariuszowej gaziety. Serio, uważam, że do „Archetype of Chaos” nie mają złego krążka. Do tego nie pamiętam, który to już raz widzę Traumę na deskach w ogóle? Dziesiąty? Pewnie coś koło tego. Nie narzekam. Tym razem też nie – umknął mi chyba pierwszy numer, na drugim już się stawiłem. Trauma na scenie prezentuje się – mimo stażu – całkiem nieźle. Chudy, po którym pozostała już tylko ksywa (aczkolwiek mam z nim fotę zrobioną za kuca, gdy faktycznie pseudonim miał adekwatny) wygląda na deskach jak wkurwiony tur. Ryczy kolejne wersy do mikrofonu z cholernym nerwem. Pod sceną kilka osób moshowało, ale poważniejszy nakurw miał miejsce oczywiście przy starszych strzałach, klasykach rzec by można – „Enable to React”, „Dust (Kill Me)”… Poleciało nawet coś tam z wczesnych lat dziewięćdziesiątych… Nie wiem tylko po co w którymś momencie z publiczności zaczęto rzucać nazwami typu „Gorefest!!!”, „Impetigo!!!” i innymi starymi… Też znam dużo starych nazw zespołów i się nie chwalę aż tak, hehe… Wracając do tematu.Nie poleciało natomiast „Suffocated In Slumber”… Myślę – pewnie na bis. Chuja. Na bis też nie. Toż to skandal! Oficjalnie żądam powtórzenia koncertu. Albo następnym razem choć. Ponadto poleciały też numery właśnie z krążków wydanych dla Empire Records, też całkiem w porządku – natomiast nowe jak dla mnie są trochę przekombinowane. I koncertowo też. CO tam jeszcze poszło? Ano medley Slayer, w czasie którego poszedłem po ostatniego browarka tego wieczora, jak również przewinąć małego w toalecie. Wróciłem i zasadniczo Trauma kończyła powoli. Na koniec był wspomniany bis, wywołany przez publikę, po czym panowie zaczęli rozkręcać sprzęt. Tyle dobrego na dziś.

Fajny koncert, choć szkoda, że znów nie przyciągnął większej liczby osób – zwłaszcza starszej gwardii. Choć oczywiście i jej reprezentanci byli. Ogólnie – dobrze, że coś się jednak dzieje i ktoś tam jeszcze chce zawitać do Rzeszowa. Choć rzadko.